Minęły ponad dwa miesiące od praktycznego wstrzymania żeglugi przez Cieśninę Ormuz. Problemem są nie tylko mocno zmniejszone dostawy ropy i gazu z Zatoki Perskiej, ale też globalne deficyty wielu kluczowych surowców przemysłowych.


Gdy dwa miesiące temu usiłowałem zarysować ekonomiczne konsekwencje irańskiej awantury Izraela i Stanów Zjednoczonych, wszyscy przygotowywali się na krótką i „zwycięską” wojnę. Tak jak w czerwcu 2025 roku. Teraz wiemy jednak, że zmaterializował się jeden z bardziej pesymistycznych scenariuszy. Cieśnina Ormuz jest praktycznie zamknięta od tygodni. Przechodzi przez nią może z 5-10% tego, co przed marcem 2026 roku. Oznacza to, że na świecie mamy trzeci miesiąc największego w historii kryzysu paliwowego.
Przed wojną z Iranem przez Ormuz przepływało ok. 20 mln baryłek ropy naftowej dziennie – czyli z grubsza prawie 20% światowego wydobycia. To przez ten wąski akwen na świat trafiał praktycznie cały eksport ropy z Iraku, Kuwejtu, Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Iranu oraz zdecydowana większość produkcji Arabii Saudyjskiej. Zdaniem analityków Saudyjczykom udało się przekierować jakieś 5-7 mln baryłek dziennie „zapasowym” rurociągiem wiodącym nad Morze Czerwone. Do tego jest jeszcze emiracki bypass wiodący do terminalu w Fudżajra leżącego już po drugiej stronie Ormuzu, ale jego przepustowość do niespełna 2 mln bpd.
Przeczytaj także
Żadnej alternatywy nie ma za to dla gazu skroplonego, którego wydobycie w Katarze zostało wstrzymane bezterminowo. Mówimy tu o jakichś 20% globalnych dostaw LNG. Nie za bardzo jest też jak wyeksportować produkty naftowe dostarczane przez państwa Zatoki Perskiej: paliwo lotnicze, olej napędowy czy benzynę. To wszystko szło przecież tankowcami, które od tygodni stoją na kotwicy po obu stronach Cieśniny Ormuz.
- W ciągu ostatnich dwóch miesięcy świat utracił około miliarda baryłek ropy, a rynki energii będą potrzebować czasu, by się ustabilizować nawet po wznowieniu dostaw - powiedział Amin Nasser, szef Saudi Aramco. Chodzi też o zniszczenia w infrastrukturze wydobywczej, która została uszkodzona podczas irańskich ataków i której odbudowa potrwa tygodnie, a w niektórych przypadkach nawet miesiące.

Komuś może zabraknąć nie tylko paliw
Jak dotąd brak dostaw ropy naftowej z Zatoki Perskiej był rekompensowany bezprecedensowym uwolnieniem państwowych rezerw strategicznych oraz redukcją zapasów znajdujących się w rękach podmiotów prywatnych. Ponadto kto tylko mógł, ten zwiększał wydobycie, aby skorzystać na wysokich cenach „czarnego złota”. Dostosowanie zaszło też po stronie popytowej: części nabywców po prostu nie stać na tak drogie paliwa. Dzięki temu jak na razie paliw nam nie zabrakło. Ale to wkrótce może się zmienić. Prezes Chevronu Mike Wirth ostrzegł niedawno, że zbliża się moment pojawienia się realnego niedoboru ropy. Jako pierwsze mają go odczuć gospodarki azjatyckie, do których trafiała większość dostaw z Zatoki Perskiej.
Ropa i gaz t o jednak nie wszystkie surowce, których światu może zabraknąć. A to dlatego, że kraje Zatoki Perskiej w poprzednich dekadach rozwinęły własną bazę produkcyjną i są istotnymi eksporterami wielu innych ważnych dóbr przemysłowych. Lista potencjalnych towarów deficytowych jest długa i dlatego ograniczę się do kilku najważniejszych.
Przeczytaj także
Pierwszym z nich jest siarka. Współcześnie surowiec ten w ponad 90% pochodzi z odzysku przy rafinacji ropy naftowej i gazu, a nie z wydobycia kopalnianego. Tu akurat światowym ewenementem jest Polska, gdzie siarkę rodzimą wydobywa się w kopalni w Osieku (Siarkopol należący do giełdowej Grupy Azoty) oraz w podkarpackiej Baszni Dolnej. Zakład Basznia II jest drugą na świecie czynną kopalnią stosującą metodę podziemnego wytopu surowca.
Ale skoro miażdżąca większość siarki pozyskuje się „przy okazji” oczyszczania ropy naftowej, to jednymi z największych dostawców tego surowca są Zjednoczone Emiraty Arabskie (ok. 6,5 mln ton rocznie) oraz Arabia Saudyjska (ok. 6,2 mln t). Siarka jest jednym z kluczowych surowców dla przemysłu chemicznego, zwłaszcza przy wytwarzaniu nawozów sztucznych. W tym aspekcie trzeba dodać, że Arabia Saudyjska jest obecnie piątym największym na świecie producentów nawozów sztucznych. Są to towary masowe, które na większe odległości przemieszcza się statkami. A od ponad 70 dni te tkwią w Zatoce Perskiej lub oczekują na możliwość wpłynięcia do niej.
Nawozy sztuczne są współcześnie obok oleju napędowego absolutnie kluczowym czynnikiem przy produkcji żywności. Gdy zaczyna ich brakować (lub mocno drożeją), to farmerzy ograniczają zużycie i w efekcie uzyskują niższe plony. To dlatego drugą pochodną kryzysu naftowego zwykle jest kryzys żywnościowy. Jeśli tegoroczne plony będą zdecydowanie niższe od zeszłorocznych, to już za kilka miesięcy świat może doświadczyć znacząco wyższych cen artykułów spożywczych.
Przeczytaj także
Przed tym scenariuszem na początku maja ostrzegał prezes Maspeksu – największej polskiej firmy spożywczej. - W mojej ocenie będą znowu niejednocyfrowe procentowe wzrosty kosztów, które przełożą się na ceny - powiedział w rozmowie z PAP Biznes prezes Krzysztof Pawiński. - Gdybym wiedział, że następne dostawy surowców mogą być tańsze, to każdy by jakoś pasa zacisnął, żeby dotrwać. Ale nie ma takich widoków – dodał Pawiński.
- A nawozy to gaz. Maszyny rolnicze to olej napędowy, a jest jeszcze cały transport i logistyka. To wszystko jest utkane z energii. Do tego dochodzą jeszcze koszty opakowań, a papier i karton to bardzo energochłonna branża – wyjaśniał prezes Maspeksu.
Metale, asfalty, plastiki i gazy
O ile bez żywności się przez jakiś czas jakoś się obejdziemy, to już absolutnym koszmarem byłyby braki w dostawach piwa podczas tegorocznego Mundialu. W połowie kwietnia przed taką ewentualnością ostrzegały brytyjskie media, alarmując przed niedoborem… dwutlenku węgla. Okazuje się, że CO2 jest niezbędne przy produkcji współczesnej żywności (pakowaniu mięsa i sałat, ogłuszaniu zwierząt przed ubojem, etc.). Podobno sprawa przykuła uwagę na najwyższym szczeblu rządowym w ramach komitetu COBRA odpowiedzialnego za sytuacje nadzwyczajne. W najgorszym scenariuszu założono zamknięcie cieśniny Ormuz do końca czerwca. A zbliżamy się do połowy maja…
Innym potencjalnym deficytowym gazem przemysłowym jest hel. Do marca ’26 zapewne mało kto wiedział, że bez helu stanąć może produkcja półprzewodników. Tymczasem to właśnie Katar odpowiada za ok. 1/3 globalnych dostaw helu wykorzystywanego przy chłodzeniu maszyn produkujących zaawansowane chipy – napisał pod koniec marca „Wall Street Journal”. Hel jest wykorzystywany do stabilizacji temperatury podczas litografii, czyli procesu tworzenia układów scalonych. W wielu zastosowaniach hel nie ma dziś sobie równej alternatywy. A to stawia pod znakiem zapytania możliwości produkcji chipów tak potrzebnych algorytmom generatywnej AI.
W przypadku helu tak samo jak w przypadku ropy naftowej czy gazu zniszczeniu lub uszkodzeniu podczas działań wojennych uległa też infrastruktura wydobywcza i przetwórcza. Oznacza to, że niedobory tego towaru mogą utrzymać się jeszcze długo po otwarciu Cieśniny Ormuz.
Przejdźmy teraz na inny stan skupienia. Kolejny materiałem, którego może komuś zabraknąć, jest aluminium. Od początku roku ceny tego metalu wrosły o ponad 17%. Tak się składa, że spora część aluminium pochodzi z hut w Bahrajnie (ok. 1,6 mln ton) i Zjednoczonych Emiratów Arabskich (2,7 mln t). Do tego jeszcze istotne ilości (ale poniżej miliona ton) dostarczają producenci z Arabii Saudyjskiej i Kataru. Łącznie to wprawdzie niespełna 10% światowej produkcji, ale wytwarzanie aluminium pochłania duże ilości energii elektrycznej, która podrożała za sprawą wyższych cen gazu czy węgla.
Pozostając w świecie metali, dochodzimy do stali, gdzie jednym z czołowych producentów na świecie jest Iran, którego porty zablokowała dzielna US Navy. W 2025 roku Persowie wyprodukowali 31,8 mln ton stali, co dało im 10. pozycję na świecie. To niewiele mniej niż Niemcy (34,1 mln t) czy Brazylia (33,3 mln t). Stali nam zapewne nie zabraknie, ale nawet chwilowe wypadnięcie z rynku niemal 2% globalnej produkcji będzie rzutować na wyższe ceny.
Idąc w bardziej giętkie tematy, docieramy do plastików. Tutaj na liście poważnych producentów mamy państwowy koncern petrochemiczny Saudi Aramco, który odpowiada za ponad 4% światowej produkcji. Plastiki stanowią też istotną część eksportu Kataru (ok. 2,8% ogółu) oraz Iranu (za ok. 6 mld USD).
I na koniec dojeżdżamy do asfaltów, gdzie też istnieje ryzyko pojawienia się niedoborów. Asfalty zasadniczo powstają z tego, co pozostaje po rafinacji ropy naftowej. Tymczasem tylko w początkowej fazie kryzysu na Bliskim Wschodzie co najmniej 17 jednostek transportujących bitum do Indii zostało unieruchomionych w rejonie Zatoki Perskiej. W marcu ceny bitumu wzrosły o 47%, napędzając koszty przy budowie i naprawie dróg.
To cena ustala punkt równowagi
Napisawszy to wszystko, trzeba dodać jedno istotne zastrzeżenie. Wystąpienie trwałych lub okresowych niedoborów pewnych surowców przemysłowych nie oznacza, że ich w ogóle nie będzie. Globalne rynki to nie lokalny spożywczak, gdzie właściciel wywiesza kartkę z napisem „towaru brak”. Po prostu ceny deficytowych dóbr będą rosły tak długo, aż odpowiednio duża część nabywców zrezygnuje z zakupu z powodu nieopłacalności własnej produkcji po tak wysokich kosztach. W ten sposób rynek sam usunie z rynku niedobór. Nie poprzez cudowne rozmnożenie podaży, lecz poprzez ograniczenie popytu za pomocą mechanizmu cenowego. Rzecz jasna konsekwencją będzie mniejsza podaż dóbr finalnych i w konsekwencji: wyższe ich ceny.
Reasumując, utrzymanie blokady Cieśniny Ormuz grozi nie tylko eskalacją obecnego kryzysu paliwowego, ale tez pojawienie się globalnych niedoborów wielu innych kluczowych surowców i półproduktów przemysłowych. Pamiętajmy też o tych wszystkich statkach, które stoją bezczynnie, nie mogąc wpłynąć do Zatoki Perskiej. Na nich też są uwięzione zasoby, a same frachtowce nie mogą zostać wykorzystane do przewiezienia czegoś innego.
To wszystko prowadzi nas w świat wyższych cen, gromadzenia ponadstandardowych zapasów przez producentów oraz generalnie do wyższej inflacji cenowej i wolniejszego wzrostu gospodarczego. To także ryzyko opóźnienia procesów inwestycyjnych, czyli spowolnienia tempa zwiększenia mocy produkcyjnych, co w dalszej konsekwencji też nasila presję na wzrost cen. A wyższa inflacja to w konwencji wyższe stopy procentowe w nadmiernie zadłużonym świecie. A to już może wywołać nieprzewidywalne wydarzenia nie tylko w realnej gospodarce, ale też na rynkach kredytowych.



























































