Rząd Stanów Zjednoczonych ponownie postanowił napaść na Iran, tym razem za pretekst podając też obalenie reżymu ajatollahów. Ale rachunek za to wszystko i tak wystawią reszcie świata w postaci droższych paliw i wyższej inflacji CPI.


W sobotę 28 lutego USA i Izrael zaatakowały Iran. W atakach lotniczych wzięło udział przynajmniej kilkaset samolotów. Zniszczono m.in. pałac prezydencki i budynek Rady Bezpieczeństwa Narodowego. W atakach zabici zostali irański przywódca Ali Chamanei oraz kilku najważniejszych dowódców wojskich Iranu. Wśród ofiar jest też przynajmniej dwustu cywili oraz setki rannych. Iran odpowiedział atakami rakietowymi na amerykańskie cele wojskowe i cywilne na Bliskim Wschodzie.
Prezydent Donald Trump oraz premier Izraela Benjamin Netaniahu działali tu w warunkach recydywy, gdyż w czerwcu 2025 roku także dopuścili się ataku na Iran. Wtedy oficjalnym uzasadnieniem akcji zbrojnej było dążenie do zniszczenia irańskiego programu atomowego (choć w przeszłości Indie, Pakistan czy Korea Płn. uzyskały broń nuklearną bez konsekwencji. Także Izrael zbudował swój potencjał nuklearny nie do końca legalnie, a rząd Stanów Zjednoczonych w latach 40-tych nikogo o zgodę nie pytał). Teraz ataki wymierzone są w struktury totalitarnego państwa ajatollahów. Liderzy USA wprost mówią, że chcieliby doprowadzić do zmiany władzy. Podobnie jak w XXI wieku usiłowali to zrobić w Libii i Syrii czy całkiem niedawno w Wenezueli.
ReklamaZobacz także
Wojna wliczona w ceny. Tylko jaka wojna?
Rynki finansowe od przynajmniej kilku tygodni zdawały sobie sprawę z możliwości amerykańsko-izraelskiego ataku na Iran. Było to pisane w zasadzie otwartym tekstem i wiadomo było, że rząd Izraela prze do tej wojny nie zwracając uwagi na koszty. Znakiem zapytania było tylko to, czy (i w jakiej skali) do izraelskiej napaści przyłączy się także US Airforce. Tym bardziej, że nie ma żadnych jawnych informacji, jakoby Iran w jakikolwiek sposób zagrażał bezpieczeństwu Stanów Zjednoczonych.
- Nie było bezpośredniego zagrożenia dla Stanów Zjednoczonych ze strony Irańczyków. Istniało natomiast zagrożenie dla Izraela. Jeśli zagrożenie dla Izraela utożsamimy z bezpośrednim zagrożeniem dla USA, to wkraczamy na nieznane terytorium – nie owijał w bawełnę wiceszef senackiej komisji ds. wywiadu Mark Warner.
Mimo to w styczniu i lutym rynek zdążył uwzględnić w cenach kluczowych aktywów premię za wzrost ryzyka geopolitycznego. Przede wszystkim było to widać w przypadku ropy naftowej. Ropa Brent od początku stycznia do końca lutego podrożała z 60 USD do 73 USD za baryłkę. Ten przeszło 20-procenowy skok notowań surowca trudno wytłumaczyć czymkolwiek innym niż gęstniejącą sytuacją wokół Iranu.
- Inwestorzy obserwują rozwój sytuacji na linii USA-Iran, a na rynkach utrzymuje się napięcie w związku z rozmieszczaniem amerykańskich sił zbrojnych na Bliskim Wschodzie – tak brzmiała piątkowa depesza PAP z rynku ropy naftowej. Dla wszystkich, którzy pamiętali wydarzenia z czerwca 2025 (gdy USA pomogło Izraelowi zniszczyć podziemne irańskie instalacje atomowe), było dość oczywiste, że Amerykanie nie gromadzą takiej armady dla samego nastraszenia władz w Teheranie. Wojna była niemal pewna. Nikt tylko nie wiedział dwóch rzeczy: 1) kiedy wybuchnie i 2) jak długo potrwa.
Kto za to wszystko zapłaci? I dlaczego znowu my?
W przypadku powtórki scenariusza z czerwca ’25 już za kilka tygodni powinniśmy o całej sprawie zapomnieć. Tak jak rynki, media, politycy i inwestorzy zapomnieli w zeszłe lato. Analitycy dodają, że prezydent Trump lubi „szybkie akcje” i tym różni się od swych republikańskich (patrz: obaj Bushowie) oraz demokratycznych (Obama) poprzedników, że nie ma ochoty na długotrwały konflikt zbrojny. Bo ten oznacza droższe paliwa, wyższą inflację CPI i niezadowolenie wyborców o izolacjonistycznych poglądach. No ale od stuleci wiemy, że wojny zaczynają się wtedy, kiedy chcesz, ale nie kończą się wtedy, kiedy prosisz. Wystarczy przypomnieć rosyjską „trzydniową operację specjalną", która trwa już ponad 4 lata.
Jeśli zatem spółka Netaniahu&Trump szybko ogłosi militarny lub polityczny „sukces”, to do Wielkanocy o wszystkim zdążymy zapomnieć. Ceny ropy zapewne wrócą w okolice 60 USD/baryłkę, dolar znów będzie się osłabiał, a giełdowe indeksy ustanawiać nowe szczyty hossy. Wiemy jednak też, że nic dwa razy się nie zdarza. I w związku z tym nawet przygotowany na taką ewentualność rynek zareagował nieco nerwowo. W dwa dni cena ropy naftowej wzrosła o ponad 10 USD na baryłce, podnosząc się o 15% względem i tak już wysokiego kursu z piątkowego zamknięcia notowań.
Na dodatek zmiana ta zaszła w otoczeniu umacniającego się dolara amerykańskiego oraz słabnącego złotego. To sprawia, że paliwa na polskich stacjach mogą podrożeć nawet mocniej, niżby to wynikało ze zmiany „dolarowej” ceny ropy naftowej. W tym kontekście liczą się jednak przede wszystkim ceny gotowych paliw. A pod tym względem jest znacznie gorzej niż w przypadku samego surowca.
We wtorek wczesnym popołudniem za galon benzyny na giełdzie nowojorskiej płacono ponad 2,5 dolara. To już o jedną czwartą więcej niż jeszcze dwa tygodnie temu oraz najwięcej od lipca 2024 roku. Nie lepiej jest na rynku oleju napędowego, którego tona w Londynie osiągnęła ceny rzędu 1050 USD. To o 25% więcej niż jeszcze w piątek, gdy i tak giełdowe ceny ON były najwyższe od listopada.
Efekty już widzimy w cenniku Orlenu, który za metr sześcienny oleju napędowego we wtorek liczył sobie 5 237 zł. Taka sama ilość benzyny Eurosuper95 kosztowała 4 616 zł. Po dodaniu 23% VAT daje to ok. 5,68 zł/l benzyny oraz aż 6,44 zł/l oleju napędowego. O ile zatem podwyżki cen Pb95 nie powinny być w najbliższym czasie jakoś specjalnie dotkliwe dla polskich konsumentów, to już w przypadku oleju napędowego w detalu trzeba się liczyć ze zwyżkami rzędu przynajmniej 50-60 gr/l. A przecież cała gospodarka „jedzie” właśnie na „dieslu”, który napędza ciężarówki, autobusy, maszyny budowlane, lokomotywy spalinowe, etc.
Przeczytaj także
Utrzymanie się tak wysokich cen oleju napędowego przez dłuższy czas (tj. liczony w miesiącach) byłby mocnym bodźcem inflacyjnym nie tylko dla polskiej gospodarki. Dodajmy do tego ceny gazu ziemnego, które w Europie są obecnie dwukrotnie wyższe, niż były jeszcze w piątek wieczorem. Zagrożona kryzysem gospodarczym jest zatem przede wszystkim Europa i w nieco mniejszym stopniu Azja.
Jak tak dalej pójdzie, to ceny energii znów wypuszczą z butelki inflacyjnego dżina i mogą zmusić decydentów w bankach centralnych do ponownego zaostrzenia polityki monetarnej. A w polskim przypadku mogą zatrzymać lub nawet zakończyć cykl obniżek stóp procentowych. To ważny czynnik w kontekście środowej decyzji Rady Polityki Pieniężnej, po której ekonomiści jeszcze do soboty spodziewali się 25-punktowej redukcji stóp procentowych NBP.
Wielka gra o Cieśninę Ormuz
W kontekście wojny z Iranem liczą się dwa czynniki. Pierwszym są dostawy ropy naftowej z Persji. Chodzi o 3,3 mln baryłek ropy dziennie, co stanowi ok. 3% światowych dostaw tego surowca. Prawie cała irańska ropa trafia obecnie do Chin, więc ta kwestia nie jest dla nas istotnym zmartwieniem. Rzecz jasna Chińczycy skądś będą musieli sobie tą ropę ściągnąć, co oczywiście podniesie ceny globalnie. Ale to w warunkach obecnej nadprodukcji surowca nie wydaje się to być większym problemem.
Przeczytaj także
Problem numer dwa jest znacznie poważniejszy i zwie się „blokada Cieśniny Ormuz”. Przez ten wąski akwen łączący Zatokę Perską z Zatoką Omańską codziennie przepływa blisko 20 mln baryłek ropy naftowej – czyli 20% globalnej produkcji i jakieś 30% ropy transportowanej drogą morską. Obecnie Cieśnina Ormuz jest w praktyce zablokowana, co uniemożliwia eksport surowca z Iraku, Kuwejtu czy Arabii Saudyjskiej. Co prawda Saudowie dysponują „zapasowym” rurociągiem prowadzącym nad Morze Czarne, ale zdaniem analityków łączna dzienna przepustowość tych połączeń wynosi zaledwie 16-17 proc. średniej przepustowości cieśniny. Pytanie, co z pozostałymi 80-85%.
Jeśli konflikt z Iranem potrwa kilku dni lub co najwyżej parę tygodni, to rafinerie powinny sobie jakoś poradzić, korzystając ze zgromadzonych zapasów surowca. Jeśli jednak Cieśnina Ormuz pozostanie zablokowana przez miesiące, to czekać nas będzie regularny kryzys naftowy. Ekonomiści PKO BP w czarnym scenariuszu oszacowali, że długoterminowa blokada Cieśniny Ormuz przez Iran może podnieść ceny ropy Brent do 140-200 dol. za baryłkę.
Przeczytaj także
A wtedy benzyna i olej napędowy mogą stać się towarami luksusowymi, co byłoby druzgocące dla całych branż światowej gospodarki (np. dla lotnictwa, turystyki, transportu, przemysłu, etc.). Pamiętajmy też, że paliwa kopalne stanowią podstawę naszej cywilizacji i są absolutnie niezbędne w praktycznie każdej dziedzinie życia. Nie chodzi tu tylko o benzynę czy ON, ale też nawozy sztuczne (bez których można zapomnieć o przyzwoitych plonach), plastiki, tworzywa sztuczne, ubrania, buty, leki – wszędzie tam wykorzystywane są pochodne ropy naftowej.
Wojna trwa i co dalej?
Wyżej zarysowany scenariusz jest opcją skrajnie negatywną. Przy tym wątpliwe jest, aby przy tak miażdżącej przewadze militarnej Izraela i USA siły zbrojne Iranu były w stanie faktycznie i na długo zamknąć Cieśninę Ormuz. Na razie jednak armatorów paraliżuje strach – nikt nie chce się pchać tankowcem z setkami tysięcy baryłek ropy na pokładzie pod ostrzał irańskich dronów. Pytanie, jak długo taka groźba będzie realna i czy za kilka dni ruch tankowców nie wróci do jako takiej normy.
W tym momencie chyba nikt nie potrafi udzielić poprawnej odpowiedzi na to pytanie. Możemy jedynie obserwować reakcję rynków finansowych i z niej wnioskować, co robią lepiej od nas poinformowani ludzie. We wtorek widzieliśmy tu kilka najbardziej oczywistych sygnałów:
1) Nadal mocno drożała tak sama ropa naftowa (+7%) jak i gotowe paliwa (+15% w przypadku ON).
2) Jeszcze mocniej zwyżkowały notowania gazu ziemnego w Europie (+32%)
3) Tęgie spadki zagościły na europejskich rynkach akcji, gdzie giełdowe indeksy traciły po 2-4%. To dużo, ale to jeszcze bardzo daleko od paniki.
4) Po kompletnie neutralnej sesji poniedziałkowej mam prawo spodziewać się poważniejszej reakcji na Wall Street, ponieważ kontrakty terminowe na S&P500 i Nasdaq w momencie pisania tego tekstu zniżkowały po 1,5-2,0%.
5) Równocześnie widzieliśmy mniejsze zainteresowanie klasycznymi „bezpiecznymi przystaniami”. Złoto nawet taniało o blisko 2%, oddając poniedziałkowe zyski. To samo działo się z frankiem szwajcarskim. W górę szły rentowności 10-letnich obligacji skarbowych rządu USA, co świadczy o spadku ich ceny rynkowej. Także tutaj nie dość, że nie widać żadnej paniki, to nawet można mówić o pewnej uldze.
6) Niepokoi gwałtowne umacnianie się dolara. Wprawdzie przez poprzednie kilka dekad stało się niemal regułą, że USD umacnia się, gdy rządu USA kogoś napada, to z inwestycyjnego punktu widzenia aprecjacja dolara postrzegana jest dość negatywnie. Oznacza ona bowiem, że kapitał wraca do USA, porzucając zwłaszcza tzw. rynki wschodzące. Czyli w tej grupie także i Polskę, co zresztą widzimy po skokowym wzroście kursu EUR/PLN.
Teraz wszystko jest w rękach polityków po obu stronach irańskiego konfliktu. Jeśli wykażą się umiarem i rozsądkiem, to konflikt powinien zakończyć się najdalej za kilka tygodni, które światowa gospodarka jakoś wytrzyma. Będzie jednak znacznie gorzej, gdyby wojna się przedłużyła. Ale tego nikt nam nie zakomunikuje z wyprzedzeniem. Pozostaje tylko obserwacja sygnałów wysyłanych nam przez rynki finansowe.

























































