Pani Agnieszka pisze:
Rosyjski Gazprom groził przykręceniem kurka, bo Mińsk nie zapłacił za odebrany gaz. Tym razem skończyło się na groźbach, bo Białoruś spłaciła dług, lecz historia ostatnich trzech lat pokazuje, że rosyjski potentat potrafi przykręcić gazowy kurek.[…] Groźby ze strony Gazpromu, że zakręci gazowy kurek dla Ukrainy i Białorusi, uderzające też w kraje unijne, mogą się pojawiać nawet co kilka miesięcy.
Przerwanie dostaw odbiorcy, który nie płaci za towar, nie jest jakimś dzikim obyczajem i trudno dziwić się jakiejkolwiek firmie, że nie chce dostarczać towaru, za który ktoś nie płaci. Dodatkowo zauważyć należy, że Białoruś płaci za gaz 100 $/1000m3, gdy my płacimy ponad 2,5-krotnie więcej. W polskim interesie gospodarczym jest, aby Białoruś otrzymywała gaz w porównywalnych cenach, inaczej konkuruje w sposób “nieuczciwy” z naszymi przedsiębiorstwami.
I to nie rozliczenia między Gazpromem a Biełtransgazem są zagrożeniem dla krajów Europy, a nieprzewidywalność prezydenta Juszczenki. Dowiódł on na przełomie 2006 - 2007, że każdy sposób jest doby, żeby osiągnąć swoje cele.
Każda taka rosyjska zapowiedź oznacza obawy o dostawy dla Polski i Niemiec. […] Dla Unii Europejskiej to sygnał, że nowe drogi dostaw gazu nie z Rosji, ale z Azji są pilną koniecznością.
Dla krajów zagrożonych tą sytuacją (głównie Niemiec) nie gaz z Azji jest alternatywą, ale stabilne kanały dostaw gazu z Rosji, które omijałyby tak niestabilne regiony jak Białoruś czy Ukraina, a dobrze byłoby, żeby z tak niechętnymi Rosji krajami jak Litwa czy Polska, miały też jak najmniej wspólnego.
Każdy kryzys między krajami byłego bloku sowieckiego a Rosją umacnia w krajach północnej Europy, potrzebujących coraz więcej gazu, przekonanie, że gazociąg Nord Stream jest najpewniejszą alternatywą. Polscy politycy i dziennikarze tego nie rozumieją, gdyż zadowalają się politycznym i medialnym wymiarem tych konfliktów i szkodami, jakie ponosi w nich Rosja czy Gazprom. Natomiast przedsiębiorcy szukają realnych alternatyw, a nie politycznych środków walki z kimkolwiek.
Formalnie każde tego typu przedsięwzięcie (rurociąg) ma charakter komercyjny, bo inwestorzy chcą odzyskać nakłady. Lecz poparcie Unii z możliwością współfinansowania z kasy Brukseli choćby analiz projektu jest bardzo istotne. Trudno ocenić, czy Unia zdecyduje się na taki krok teraz, kiedy powstaje plan budowy nowego wielkiego rurociągu z Azji Środkowej do Europy.
Nie rozumiem tego słowa “formalnie”, ponieważ rurociągi w Europie i na świecie (nawet w Rosji) powstają realnie jako przedsięwzięcia komercjalne, na ryzyko przedsiębiorstw, które je budują.
Nadzieja, że “Europa” zafunduje komuś tak wielkie przedsięwzięcia, w tym liczne zapowiedzi polskich polityków) jest żywieniem złudzeń. Unia stara się pójść w dokładnie odwrotnym kierunku. Chce zliberalizować, uczynić bardziej konkurencyjnym i biznesowym ten rynek. Jak w tych staraniach wyglądałoby nagłe fundowanie jednemu z graczy rurociągu? Skąd Unia Europejska wzięłaby na to pieniądze? Już widzę Niemców głosujących za tym, żeby Grekom i Włochom czy też Węgrom i Austriakom wybudować rurociąg.
Poza tym Unia Europejska ma listę priorytetowych projektów i na niej znajduje się tak Nord Stream, jak i Nabucco. Jednak powstanie każdego z nich już jest sprawą biznesu, a państwa mogą tylko sprzyjać. Lub przeciwdziałać, jak czyni to Polska z projektem rosyjsko - niemieckim.
Więcej na blogu Andrzeja Szczęśniaka. Zapraszamy.






























































