Służby statystyczne Stanów Zjednoczonych w cudownie prosty sposób „rozwiązały” jeden z problemów trapiących amerykańską gospodarkę od dwóch dekad. Wystarczyła jedna rewizja danych, aby nagle okazało się, że Amerykanie jednak oszczędzają.


Ekonomiści od początku XXI wieku lamentowali, że Amerykanie żyją ponad stan. Że przestali oszczędzać i rzucili się w wir kredytowanej konsumpcji. Gdy doszedł do tego boom na kredyty hipoteczne, skończyło się to najgorszym kryzysem finansowym i gospodarczym od czasów Wielkiej Depresji z lat 30. XX wieku. Teraz w Ameryce trwa równie niszczycielski boom kredytów studenckich i samochodowych.
Stąd też część ekonomistów znów zaczęła się martwić bardzo niską i malejącą stopą oszczędności Amerykanów, która w 2017 roku obniżyła się do zaledwie 3,4%, wcześniej spadając nawet poniżej 3%. Czyli do najniższego poziomu od wybuchu kryzysu finansowego w 2007 roku (tak, w 2007, a nie w 2008 jak się często podaje). Dla porządku dodajmy, że przed epoką monetarnego czarnoksięstwa Alana Greenspana stopa oszczędności w USA przekraczała 7,5%. Przed zerwaniem wymienialności dolara na złoto było to ponad 10%.
Problem z niedostateczną stopą oszczędności rozwiązała niedawna rewizja rachunków narodowych, opublikowana w zeszły piątek przez Biuro Analiz Ekonomicznych (BEA). To regularny przegląd metodyki obliczania podstawowych statystyk na poziomie całego kraju – przede wszystkim produktu krajowego brutto i jego komponentów. Aktualizacja rozciągała się od roku 1929 (!) aż po pierwszy kwartał 2018 r. Z reguły takie statystyczne „cegły” nie wzbudzają większego zainteresowania publiki.
Ale tym razem raport BEA wprawił ekonomistów w zdumienie. Okazało się bowiem, że w latach 2010-17 oszczędności Amerykanów były o jedną trzecią (czyli o dwa biliony dolarów!) wyższe, niż pierwotnie podawano. W rezultacie stopa oszczędności za 2017 z dnia na dzień podskoczyła z 3,4% do 6,7%. Według wyliczeń ekonomistów Goldman Sachs była to największa taka rewizja w historii tych danych.

Skąd się wzięły dwa biliony dolarów?
Niektórzy wątpią jednak w wiarygodność statystyk BEA, wręcz określając ostatnią rewizję rachunków narodowych mianem „chińskich danych”. To nawiązanie do praktyk statystyków z Chin, którzy w danych gospodarczych zwykli raportować to, czego wymaga władza, nawet jeśli nie ma to do końca pokrycia w rzeczywistości. To zatem bardzo poważny zarzut pod adresem BEA.
Skąd się zatem wzięły „zaginione oszczędności”? Statystycy liczą oszczędności jako różnicę między sumą dochodów ludności a zapłaconymi podatkami, odsetkami i wydatkami na konsumpcję. To, co zostaje, klasyfikowane jest jako oszczędności. Potężna rewizja stopy oszczędności wynikała z faktu, że BEA istotnie zrewidowało w górę szacunki dochodów przedsiębiorców oraz wpływy z dywidend i odsetek od kapitału. Statystycy BEA bazowali na danych fiskusa (IRS), który odkrył znaczące „niedoraportowanie” dochodów przedsiębiorców, poczynając od roku 2010. Mieli oni pokazywać niższą podstawę opodatkowania niż faktycznie osiągnięte dochody. Dlatego w danych BEA zarobki przedsiębiorców za rok 2016 zrewidowano w górę o 113 mld USD, a w 2017 o 143 mld USD.
Konsekwencje „oszczędnościowej” rewizji
To rewizja całkowicie zmieniająca obraz amerykańskiej gospodarki. Jeśli ludzie oszczędzają znacznie więcej, niż sądziliśmy, to znaczy, że amerykańska gospodarka jest w znacznie lepszej formie i że taka sytuacja może dodać 0,8% do annualizowanego wzrostu realnych wydatków konsumpcyjnych w ciągu następnych 2 lat – twierdzą eksperci Goldmana. A to z kolei może skłonić Rezerwę Federalną do przyspieszenia podwyżek stóp procentowych i podniesienia stóp wyżej, niż się tego obecnie spodziewa rynek. Według Jana Hatziusa – głównego ekonomisty Goldman Sachs – to neguje zakładany poprzednio przez bank scenariusz spowolnienia lub wręcz recesji w latach 2019-20.
Ale są też bardziej sceptyczne głosy. Julia Coronado z MacroPolicy Perspectives zauważyła, że jeśli dane BEA są zgodne z rzeczywistością, to obalają powszechnie panującą w USA teorię związku stopy oszczędności ze wskaźnikiem bogactwa do dochodu. Jeśli bowiem przez dekady Amerykanie reagowali zwiększeniem wydatków na wzrost wartości posiadanych domów czy akcji (tzw. wealth effect), a teraz tego nie robią (tj. nie zwiększają konsumpcji kosztem oszczędności), to coś jest nie tak.
Być może rozwiązaniem tej zagadki jest struktura wzrostu dochodów. Z badań wiadomo, że ok. połowa Amerykanów nie ma żadnych oszczędności. Z kolei rosnące dochody 1% najbogatszych mają słabsze przełożenie na wzrost konsumpcji (ileż w końcu można mieć jachtów czy ferrari?) niż wzrost zarobków najbiedniejszych. W takim przypadku mielibyśmy tylko wzrost nierówności majątkowych wywołanych polityką Rezerwy Federalnej, która poprzez zaniżanie stóp procentowych i kolejnych fal QE świadomie i z premedytacją pompowała ceny aktywów finansowych, aby poprzez „efekt bogactwa” pobudzić konsumpcję. Tymczasem zyski trafiły do garstki najbogatszych, którzy nie za bardzo są w stanie konsumować więcej.
Po drugie, jeśli faktycznie wzrost dochodów (i w konsekwencji oszczędności) wynikał z jakichś form unikania podatków, to takie pieniądze trzymane są raczej poza zasięgiem wzroku aparatu skarbowego. Raczej się nimi nie szasta i nie inwestuje poprzez regulowany (i monitorowany przez władze) rynek finansowy. Nie przyczyniają się one to rozbudowy potencjału gospodarczego. Zatem ostatecznie zaraportowany przez BEA wzrost stopy oszczędności Amerykanów wcale nie musi być dobrą wiadomością.
Krzysztof Kolany































































