Bank centralny Stanów Zjednoczonych pod presją prezydenta Trumpa obrał kurs na luźniejszą politykę monetarną. Czyli na wyższą inflację, byleby tylko nie dopuścić do wzrostu bezrobocia. Warto przy tym nie sugerować się początkową reakcją rynków finansowych.


Co do jednego panuje zgoda: w średnim – a może także w dłuższym – terminie to było przełomowe posiedzenie Federalnego Komitetu Otwartego Rynku. Zacznijmy od faktów:
- FOMC zgodnie z oczekiwaniami rynku obniżył stopę funduszy federalnych o 25 pb. Była to pierwsza obniżka po trwającej 9 miesięcy monetarnej „pauzie”.
- W fedokropkach znalazła się większość dla dwóch kolejnych 25-punktowych redukcji stóp w 2025 roku. Oznacza to niemal przesądzone cięcia w październiku i w grudniu.
- Za głębszą – 50-punktową – obniżką stóp głosował świeży prezydencki nominat Stephen Miran, który do Rady Gubernatorów wszedł w dzień rozpoczęcia wrześniowego posiedzenia
- Członkowie Komitetu nieznacznie OBNIŻYLI swoje prognozy dotyczące stopy bezrobocia oraz PODNIEŚLI przyszłoroczną prognozę inflacji PCE.
- W komunikacie FOMC pojawiły się nowe sformułowania zwracające uwagę na spowolnienie rynku pracy oraz wzrost inflacji. Ale najważniejsze jest to, że Komitet uznał, iż „wzrosło ryzyko spadku zatrudnienia” (ang. downside risks)
Do tego doszło dość nijakie w swej wymowie wystąpienie przewodniczącego Powella. Ten nadal upierał się, że polityka monetarna jest „restrykcyjna” (co w sytuacji rosnącej inflacji i rekordowo niskich spreadów kredytowych jest tezą najmniej dyskusyjną) i że będzie zmierzać w kierunku polityki neutralnej. Powell za to dość jednoznacznie odrzucił postulat cięcia stóp od razu o 50 pb.
Tyle wiemy. A czego możemy się domyślać?
- W krótkim terminie ryzyko wyższej inflacji wzrosło, zaś ryzyko pogorszenia się sytuacji na rynku pracy wzrosło – dodał Powell. Takie sformułowanie w połączeniu z wykresem kropkowym w mojej ocenie zapowiada rozpoczęcie całego cyklu obniżek stóp procentowych w Rezerwie Federalnej.
Z „fedokropek” wynika, że do końca 2027 stopa funduszy federalnych spadnie w pobliże 3% i na tym poziomie już pozostanie także „w długim terminie”, gdzie stopa postrzegana przez FOMC za neutralną wynosi 3,0%. To z grubsza pokrywa się z oczekiwaniami rynku. Z tą tylko drobną różnicą, że rynek widzi zejście nawet poniżej 3% jeszcze w 2026. Ale to są detale, a i do samych „fedokropek” nie należy podchodzić z nabożnym szacunkiem, gdyż rzadko kiedy zapowiadają one to, co FOMC naprawdę zrobi.

Po drugie, Rezerwa Federalna rozpoczyna cykl luzowania polityki pieniężnej w warunkach, gdy sami członkowie FOMC przewidują wyższą, niż przewidywali w czerwcu, inflację i niższą stopę bezrobocia. Przecież to jest jawny absurd! W takiej sytuacji odpowiedzialny bank centralny albo wstrzymałby się z decyzjami względem stóp, albo nawet zaryzykowałby ich podwyżkę. Ale w żadnym wypadku obniżkę, która przecież stymuluje inflację i ma na celu pobudzić koniunkturę gospodarczą i w ten sposób wzmocnić popyt na pracę (i w konsekwencji obniżyć bezrobocie). Co więcej, według mediany prognoz członków FOMC bazowa inflacja PCE ma się utrzymać powyżej 2-procentowego celu aż do 2028 roku! Komitet dał zatem jasno do zrozumienia, że ze swojego w ramach "podwójnego mandatu" obecnie przedkłada cel maksymalizacji zatrudnienia ponad cel inflacyjny
Panowie, policzmy głosy
To prowadzi nas do równie oczywistego wniosku numer trzy: wrześniowa decyzja FOMC miała wymiar czysto polityczny. I nie chodzi tu o politykę monetarną (bo ta prowadziłaby do utrzymania FFR bez zmian), lecz naciski płynące z Białego Domu. W 7-osobowej Radzie Gubernatorów Donald Trumpa ma już trzech swoich ludzi. W tym powołanego raptem w środę Stephena Mirana, który „na dzień dobry” zagłosował przeciwko przewodniczącemu Powellowi i opowiedział się za 50-punktową redukcją FFR. Formalnie pan Miran wciąż zajmuje stanowisko w Białym Domu, więc jego deklaracje o „niezależności” od prezydenta są czystą farsą. Do tego mamy Michelle Bowman oraz Christophera Wallera, którzy w lipcu opowiedzieli się za cięciem stóp wbrew większości Komitetu.
Dodajmy do tego próby usunięcia przez prezydenta Trumpa gubernator Lisy Cook, które jak na razie zostały zablokowane przez sąd apelacyjny. Ale sprawa zapewne trafi do Sądu Najwyższego, a tam większość sędziów została nominowana przez Partię Republikańską. Ponadto w maju 2026 roku kończy się kadencja przewodniczącego Powella, na miejsce którego Donald Trump zapewne wybierze kogoś bardziej uległego i szybciej tnącego stopy na życzenie prezydenta. Wtedy za kilka miesięcy nawet 5 z 7 członków Rady Gubernatorów może być „ludźmi Trumpa”. I będą oni mieli dominującą pozycję (ale niekoniecznie większość) w 12-osobowym Komitecie Otwartego Rynku, w skład którego rotacyjnie wchodzą jeszcze prezesi czterech lokalnych oddziałów Fedu oraz szef oddziału nowojorskiego.
Może się zatem okazać, że w 2026 roku FOMC będzie obniżał stopy procentowe szybciej i głębiej, niżby to wynikało z obecnego wykresu kropkowego. Po prostu prezydent Trump podmieni „kropki” na takie bardziej „gołębie”. A to w dłuższej perspektywie będzie oznaczało mniejszą niezależność Rezerwy Federalnej od władzy wykonawczej w Waszyngtonie. Taki układ zawsze kończy się tym samym: wyższą inflacją.
Co powie rynek?
Pierwsze reakcje rynków finansowych na komunikaty z FOMC często bywają mylące. Początkowo rynki zareagowały bardzo optymistycznie: dolar osłabił się względem euro, a giełdowe indeksy ruszyły w górę. Później rynek przeszedł w tryb realizacji zysków i szybko zniwelował początkowe ruchy. Środowa sesja na Wall Street zakończyła się nieznacznie pod kreską, a kurs EUR/USD spadł w okolice 1,18 USD, wycofując się z nowo zdobytego tegorocznego szczytu (1,1920).
Faktyczną reakcję rynków poznamy dzisiaj i w kolejnych dniach. Warto też mieć na uwadze, że niemal dokładnie taki scenariusz inwestorzy dyskontowali przez ostatnie kilka tygodni i mogą zadziałać w myśl zasady: kupuj plotki, sprzedawaj fakty. Zapewne też nieprzypadkowo przez ostatnie dni i tygodnie obserwowaliśmy nowe rekordy cen złota.
Reasumując, nowa polityka monetarna Fedu będzie nakierowana na utrzymywanie możliwie niskiego bezrobocia i wysokiego zadowolenia prezydenta Trumpa. Na krótką metę może to wesprzeć rynki akcji, podnosząc nominalne zyski giełdowych spółek. Równocześnie ciężkie czasy mogą nadejść dla inwestujących w obligacje. Jest to też jednoznaczne „zielone światło” dla metali szlachetnych i przypuszczalnie także surowców przemysłowych. Największą ofiarą będzie amerykański dolar.































































