Wtorkowy poranek przyniósł zdecydowane umocnienie dolara względem euro. Pretekstem do osłabienia wspólnotowej waluty były dane o cenach dóbr konsumpcyjnych w Niemczech.


Dziś na rynki finansowe wracają inwestorzy ze Stanów Zjednoczonych, którzy w poniedziałek mieli wolne. Powrót Amerykanów zbiegł się w czasie ze zdecydowanym umocnieniem dolara. Do 10:38 kurs EUR/USD zdążył spaść o prawie 1,1%, schodząc do poziomu 1,0553 euro za dolara.
Pretekstu do tak silnego ruchu w dół dostarczyły dane z Niemiec, gdzie na skutek jednorazowej interwencji rządu doszło do niespodziewanego spadku wskaźników CPI. Dzięki temu np. w Nadrenii inflacja CPI w grudniu spadła do 8,7% wobec 10,4% w listopadzie. Zadecydował o tym „statystyczny” spadek cen energii (o 14,3%) wynikający z tego, że rząd federalny w grudniu dopłacił gospodarstwom domowych do rachunków za gaz. Podobne „inflacyjne niespodzianki” miały miejsce także w innych landach, co pozwala oczekiwać znacznie niższego odczytu CPI dla całych Niemiec (publikacja o 14:00).
Wydawałoby się, że rynek walutowy nie powinien reagować na tego typu „manipulacje” wskaźnikami CPI. A jednak uczestnicy rynku zareagowali tak, jakby spodziewali się osłabienia presji na podwyżki stóp procentowych w wykonaniu Europejskiego Banku Centralnego.
Na polskim rynku przekładało się to na przeszło 6-groszowy wzrost kursu dolara, który o 10:43 kosztował 4,4265 zł. Złoty osłabił się także względem słabnącego euro. Kurs euro poszedł w gorę o niespełna dwa grosze, osiągając poziom 4,6741 zł.
Za franka szwajcarskiego płacono 4,7323 zł, czyli o 0,7 grosza więcej niż dzień wcześniej. Funt brytyjski wyceniany był na 5,2805 zł, a więc o dwa grosze wyżej niż w poniedziałek wieczorem.




























































