Zgodny z oczekiwaniami spadek inflacji CPI w Stanach Zjednoczonych podkopał oczekiwania na wrześniową podwyżkę stóp procentowych w Fedzie. Teoretycznie powinno to osłabić dolara, ale amerykańska waluta się umocniła. Również raporty makro z Polski nie pozwoliły na umocnienie złotego.


Główna publikacja makroekonomiczna tego tygodnia okazała się niewypałem. Inflacja CPI z USA zarówno w ujęciu szerokim jak i bazowym minimalnie spadła, idealnie wpisując się w oczekiwania większości ekonomistów. Początkowo wywołało to lekką ulgę na rynkach finansowych, gdyż rynkowa wycena szans na wrześniową podwyżkę stopy funduszy federalnych spadła z ok. 50% do zaledwie 36%. W rezultacie dolar zaczął się osłabiać, a giełdowe indeksy na Wall Street poszły w górę.
Jednakże osłabienie dolara okazało się nietrwałe, a i nastroje na rynkach akcji nieco się pogorszyły. Ciążyły im m.in. wysokie (podchodzące pod 90 USD za baryłkę) ceny ropy naftowej i brak rozwiązania sporu o cieśninę Ormuz. W efekcie eurodolar zakończył środową sesję niżej, niż ją rozpoczął, a to nie wpływało dobrze na waluty z rynków wschodzących.
Z kolei kurs euro do złotego pozostał prawie bez zmian, utrzymując się tuż powyżej wsparcia leżącego na wysokości 4,30 zł. W czwartek przed południem euro było wyceniane na 4,3043 zł. Czyli w zasadzie na tym samym poziomie co przez poprzedni tydzień.
Lekkim rozczarowaniem okazał się wstępny odczyt produktu krajowego brutto Polski. Nasz PKB w II kwartale urósł o 3,8%. Wprawdzie był to wynik zgodny z rynkowym konsensusem, ale niemała część ekonomistów liczyła na więcej. Bo chyba dopiero odczyty wyższe od 4% mogłyby zdjąć ze stołu spekulacje na temat obniżek stóp procentowych w NBP.

- Pozytywny wpływ na notowania złotego może mieć tempo wzrostu gospodarczego, które — jeśli zgodnie z naszą prognozą przekroczy 4% r/r — zwiększyłoby przewagę dynamiki wzrostu Polski nad strefą euro i tym samym podniosło relatywną atrakcyjność krajowych aktywów dla inwestorów zagranicznych. Przy materializacji tego scenariusza oczekujemy spadku EURPLN w kierunku 4,28 oraz USDPLN w stronę 3,70 – tak jeszcze o poranku pisali ekonomiści PKO BP. Rzeczywistość nie potwierdziła tych nadziei.
Wciąż zbyt wysoka pozostaje za to inflacja konsumencka, którą w lipcu GUS potwierdził na poziomie 3,0%. To rezultat nie dość że pozostający powyżej 2,5-procentowego celu NBP, to jeszcze jest on zaniżany przez jednorazowy spadek cen żywności oraz statystyczny defekt przy mierzeniu cen obuwia. Mamy zatem dość przeciętny jak na polskie standardy wzrost gospodarczy i trwale podwyższoną inflację. A to raczej nie zachęca do kupowania polskiego złotego.
Mimo to na głównych „złotowych” parach walutowych od kilku dni panuje spokój. Kurs euro trzyma się linii 4,30 zł, a notowania dolara utrzymują się w przedziale 3,70-3,75 zł. W czwartek przed południem kurs USD/PLN wynosił 3,7354 zł po tym, jak dzień wcześniej dolar podrożał o jeden grosz.
Blisko 4-miesiecznego minimum notowany jest frank szwajcarski, wyceniany na niespełna 4,60 zł. Za funta brytyjskiego trzeba było zapłacić 5,0351 zł, a więc o grosz mniej niż w środę wieczorem.





























































