Sztukmistrz z Poznania - historia Piotra Bykowskiego

Piotr Bykowski - kilka lat temu próbował popełnić samobójstwo, w październiku 2005 r. ktoś do niego strzelał. Niektórzy sądzą, że zamach był równie rzetelny, jak wiele biznesów wielkopolskiego przedsiębiorcy. Prawdziwy będzie za to wyrok.

Piotr Bykowski, jeden z najbardziej znanych polskich biznesmenów lat 90. XX w., od grudnia 2005 r. siedzi w areszcie. Choć niektóre jego przedsięwzięcia kończyły się plajtą, tworzył kolejne, do końca ubiegłej dekady budując swe gospodarcze imperium. Po upadku Banku Staropolskiego prokurator postawił mu jednak zarzuty, a proces w tej sprawie rozpoczął się w październiku 2005 roku.

Sąd zdecydował się na zatrzymanie biznesmena, który nieco wcześniej, w listopadzie, został ranny w tajemniczym zamachu. Proces potrwa wiele miesięcy i być może dzięki niemu dowiemy się czegoś o roli niektórych polityków, blisko związanych z przedsiębiorcą, w wyprowadzeniu z upadłego banku kilkuset milionów złotych.

Sporo wskazuje na to, że poznański biznesmen za kratkami spędzi wiele lat. Politycy, z którymi utrzymywał kontakty i którym dawał pracę – a oni jemu ochronę – już dawno utracili wpływy. Kolejne pomysły Bykowskiego nie bulwersują już opinii publicznej, a jedynie wywołują śmiech. Ostatnią sztuczkę pokazał półtora roku temu – w czerwcu 2004 roku. Miała doprowadzić do odzyskania przez niego Invest-Banku, ale tylko ułatwiła zadanie prokuratorowi.

Piotr Bykowski utracił nad bankiem kontrolę przed siedmioma laty. Właściwie chodzi o dwa banki – oprócz Invest-Banku był jeszcze Bank Staropolski. Oba miały skomplikowaną strukturę własnościową, lecz kontrolował je właśnie poznański biznesmen. W końcu lat 90. Bykowski, by je ratować, musiał znaleźć nowego inwestora i tak trafił na Grupę Polsat. Na jej czele stoi jednak zawodnik, którego oszukać trudno – Zygmunt Solorz-Żak. Polsat i zależna od niego spółka PAI Media przejęły większość udziałów w Invest-Banku, który był w lepszym stanie (i po dokapitalizowaniu okazał się całkiem zdrową firmą), lecz nie kwapiły się, by ratować Bank Staropolski, który był już faktycznym bankrutem. Gdy zaś ostatecznie splajtował, na początku 2000 r., Bykowski utracił naraz obydwa banki – bowiem poprzez Staropolski utrzymywał wpływy w Invest-Banku.

Solorz, który niektórym wydawał się sojusznikiem „sztukmistrza z Poznania”, z dnia na dzień okazał się jego największym wrogiem. Bykowski zatem, by odzyskać bank, wymyślił sztuczkę godną prestidigitatora. Ogłosił, że Invest-Bank, jeszcze w styczniu 1994 r., wystawił weksle warte 0,5 mld zł dla konsorcjum finansowego Auto-Kredyt (jednego z dawno upadłych parabanków Bykowskiego). I że teraz weksle są w posiadaniu poznańskiego biznesmena, który tym sposobem ma wierzytelności Invest-Banku dwukrotnie większe niż jego własne fundusze.

Weksle zostały publicznie pokazane w czerwcu 2004 r. w... Sejmie Rzeczypospolitej. Na spotkaniu zorganizowanym przez ówczesnego posła Unii Pracy (ostatnio bezskutecznie startującego do sejmu z ramienia Samoobrony) Andrzeja Aumillera, powiązana z Bykowskim spółka KPG Pro-Eksport przekazała do realizacji Jackowi Pisarskiemu, szefowi Zespołu Stowarzyszeń Poszkodowanych przez Zygmunta Solorza-Żaka, pierwszy weksel (na 3,5 mln złotych). Zespół działa od kilku lat i próbuje wykazać, że to szef Polsatu odpowiada za plajtę banku Bykowskiego, po której pieniądze straciło kilkadziesiąt tysięcy osób. Weksle podpisane przez Bykowskiego miały datę ze stycznia 1994 roku. Wówczas to (tylko przez miesiąc) Bykowski pełnił funkcję prokurenta Invest-Banku i mógł samodzielnie wystawiać dokumenty. Szybko okazało się jednak, że weksel jest nieudolnie sfałszowany: wypisany został na blankiecie, którego wzór wszedł w życie dopiero w listopadzie 1994 roku. Bykowski do tego się przyznał, ale utrzymywał, że była to tylko próbka, a prawdziwe weksle trzyma głęboko w skarbcu.

Prokurator nie wykazał się poczuciem humoru. 9 grudnia 2005 r. Bykowski został aresztowany – za sfałszowanie środka płatniczego grozi nawet 25 lat więzienia. Trudno zrozumieć, co chciał osiągnąć, wyciągając rzekome weksle. Taki numer może by i przeszedł przed kilkunastu laty, ale dziś polski kapitalizm jest bardziej cywilizowany.

I bez sfałszowanych weksli biznesmen może spędzić wiele lat w więzieniu. Jest głównym oskarżonym w procesie o doprowadzenie do upadku Banku Staropolskiego. Zdaniem prokuratury, on i inni oskarżeni, kierując bankiem w latach 1993 – 1999, przekroczyli uprawnienia, nie dopełnili obowiązków i narazili spółkę na stratę 560 mln złotych. Mówiąc prościej – wyprowadzili z kierowanego przez siebie banku ponad 0,5 mld złotych. Udało im się to dzięki doskonałej nieprzejrzystości prowadzonych przez Bykowskiego firm. Zakładał je, jedna po drugiej, przelewając pieniądze, tak by biegli rewidenci nie potrafili się zorientować w rzeczywistym stanie spółek. Niektórzy – zresztą – się orientowali, ale przymykali oko. Po upadku Banku Staropolskiego, Krajowy Sąd Dyscyplinarny przy Krajowej Izbie Biegłych Rewidentów uznał za winnych audytorów wydających nierzetelne opinie do badanych sprawozdań banku.

Najgłośniejsze przedsięwzięcie biznesmena z Poznania to niewątpliwie Drewbud. Założył go jeszcze w ostatnich miesiącach PRL. Jak? Bykowski wynegocjował z rządem Mieczysława F. Rakowskiego linię kredytową o niskiej stopie procentowej. Trudno dziś powiedzieć, czy ministrowie byli aż tak naiwni, że uwierzyli, iż w warunkach szalejącej inflacji możliwe są kredyty hipoteczne i cud budowlany, czy też może po prostu świadomie wspierali Bykowskiego. Dla działaczy PZPR był on przecież człowiekiem godnym zaufania. Pracował kiedyś w Zarządzie Wojewódzkim Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej, no i działał w partii.

Korporacja Budowlana Drewbud miała budować tanie domy, ale najpierw trzeba było kupić jej „akcje”. Popyt na nie, jesienią 1989 r., był ogromny, co dobrze świadczyło o zaufaniu ludzi do rodzącego się kapitalizmu, ale nie najlepiej o ich wiedzy ekonomicznej i prawnej. „Akcje” żadnych uprawnień właścicielskich nie dawały, stanowiły jedynie formę nieoprocentowanej przedpłaty – i to w sytuacji, gdy inflacja wynosiła kilkadziesiąt procent miesięcznie. Państwo polskie nie potrafiło jeszcze wówczas odróżniać hochsztaplerów od biznesmenów. Nie było ani prawa o publicznym obrocie papierami wartościowymi, ani sprawnego nadzoru bankowego.

Bykowski zebrane od „akcjonariuszy” pieniądze musiał jakoś ulokować. Budowa domów nie wchodziła w grę – okazała się nieopłacalna bez „tanich” (to jest dotowanych przez rząd) kredytów. Pieniądze trafiły do Invest-Banku. Kilkudziesięciu akcjonariuszy – założycieli banku – dostało z Drewbudu pożyczki. Uzyskane w ten sposób pieniądze wnieśli jako kapitał do nowej firmy Bykowskiego. Był wśród nich Wacław Niewiarowski, wtedy jeszcze wojewoda gorzowski, a potem – minister w rządzie Hanny Suchockiej. W banku chętnie przyjmowano do pracy byłych polityków – i tych z PZPR, i tych z solidarnościowym rodowodem.

Kolejną mutacją interesów Bykowskiego stało się powiązane z Invest-Bankiem Polskie Towarzystwo Samochodowe. Było parabankiem, przyjęło formę spółdzielni. Jeśli ktoś chciał dostać kredyt na samochód, musiał do niej przystąpić, to znaczy – wpłacić pieniądze. Parabanki stanowiły prawdziwą plagę na początku lat 90. Klienci lokowali w nich oszczędności nie wiedząc, że nie podlegają one normalnym zasadom ostrożnościowym, wynikającym z prawa bankowego. Firmy te bez przeszkód inwestowały zatem pieniądze w ryzykowne transakcje. Interes musiał się kręcić, więc w 1991 r. Bykowski wymyślił lokaty dewizowe o niskiej wartości. Podczas gdy banki otwierały wówczas lokaty dla osób posiadających co najmniej 1 tys. dol., bank Bykowskiego zaoferował rachunki o minimalnym wkładzie 100 dol. lub 200 marek. Tyle że… nie posiadał zezwolenia dewizowego. Wtedy to zrodził się pomysł, by kupić Bank Staropolski, który mógł prowadzić obrót dewizami.

Staropolski był powiązany z Westą – towarzystwem ubezpieczeniowym, które właśnie bankrutowało. Jego głównym udziałowcem zostało Polskie Towarzystwo Samochodowe – Korporacja Spółdzielcza. I tak parabank stał się właścicielem prawdziwego banku. Prowadzenie banku to trudny biznes. Stosunkowo łatwo jest pozyskać pieniądze od klientów, o ile zwabi się ich atrakcyjnym oprocentowaniem lub specjalnymi premiami (w bankach Bykowskiego przez pewien czas losowano nagrody dla oszczędzających, np. sztabki złota). Znacznie trudniej jest korzystnie zainwestować posiadane środki. Tu nie wystarczą tricki – potrzebne są pomysły i profesjonalne zarządzanie.

Bykowski pomysłów miał aż nadto, polegały one jednak przede wszystkim na przerzucaniu środków z jednej spółki do drugiej oraz na manipulowaniu rachunkowością. Powstawało w ten sposób coś w rodzaju piramidy finansowej, której stabilność zależała od ciągłego napływu świeżej gotówki. Stworzenie piramidy zaproponował też Bykowski zaprzyjaźnionym politykom. Więzi z dawnymi towarzyszami z PZPR się rozluźniły, ale pozyskał nowych – głównie ze środowiska PSL. Dzięki wstawiennictwu Lesława Podkańskiego, byłego ministra współpracy gospodarczej z zagranicą, został doradcą Waldemara Pawlaka. I opracował koncepcję Agencji Rozwoju Gospodarczego, która przejęła od Skarbu Państwa akcje i majątek rozmaitych spółek. Agencja – według zamierzeń – miała zostać wielkim graczem na rynku kapitałowym. Władzę w niej sprawowali politycy PSL, którzy próbowali wyprowadzić ją spod kontroli Skarbu Państwa. Tym samym, ogromny majątek państwowy zostałby stopniowo przechwycony przez osoby prywatne. Plany PSL i Bykowskiego storpedowała Najwyższa Izba Kontroli, która wnioskowała o likwidację Agencji oraz media, które sprawę nagłośniły.

Ale następca Podkańskiego na stanowisku ministra współpracy z zagranicą, Jacek Buchacz, nie zraził się zarzutami NIK. W 1995 r. Bank Staropolski, Polisa (towarzystwo ubezpieczeniowe, w które Agencja inwestowała) oraz ARG utworzyły Fundusz Poręczeń Inwestycyjno-Eksportowych, w formie... spółdzielni. To ulubiona przez Bykowskiego forma własności – pozwala trzymać w garści firmę bez konieczności posiadania wystarczającego kapitału. Przez Bank Staropolski – wówczas jeszcze niewielką instytucję kontrolowaną przez osoby prywatne, miały przechodzić publiczne fundusze – na kredyty i gwarancje eksportowe. Na początku 1997 r. majątek dawnej Agencji, o łącznej wartości 545 mln zł, został wniesiony do trzech spółek: Polskiego Funduszu Gwarancyjnego, Międzynarodowej Korporacji Gwarancyjnej i Chemii Polskiej. Układ właścicielski stworzono w taki sposób, że Skarb Państwa utracił kontrolę nad majątkiem. Powstał trójkąt trzech spółek, posiadających wzajemne większościowe pakiety udziałów, a Skarb Państwa nie miał w zarządzie i w radzie nadzorczej swoich przedstawicieli. Buchacz, podobnie jak Podkański, powiązany był z Bykowskim. Przez pewien czas był przewodniczącym rady nadzorczej Banku Staropolskiego i jej członkiem.

W prasie pojawiły się komentarze, że koncepcję „Trójkąta Buchacza” także wymyślił Bykowski. Wykorzystał on zresztą ARG (której był doradcą) do wzmocnienia Banku Staropolskiego. Polski Fundusz Gwarancyjny (PFG to mutacja ARG) był przez pewien czas głównym udziałowcem banku. Kontrolę nad nim sprawował rzecz jasna Bykowski, a PFG dostarczył jedynie kapitał.

Bykowski nie miał kłopotów z pozykaniem funduszy, nie umiał ich tylko pomnażać. Normalne kredyty nie przynosiły wystarczających zysków. Kredyty samochodowe, oferowane przez instytucje Bykowskiego, stały się nieopłacalne. Tymczasem nadzór bankowy coraz podejrzliwiej przyglądał się poczynaniom biznesmena. By uciec spod kontroli, Bank Staropolski zaczął lokować pieniądze za granicą – najchętniej tam, gdzie kontrola bankowa jest słaba. Pod koniec 1993 r. spółki Bykowskiego przejęły kontrolę nad Kredytowo-Inwestycyjnym Bankiem (KIB Bank) w Charkowie. Od tego czasu depozyty zbierane przez Bank Staropolski lokowano w KIB Banku, poza zasięgiem polskiego GINB. Coraz większe dziury w bilansie Staropolskiego łatano „lokatami” w KIB Banku. Gdy GINB zaczął interweniować w ukraińskim nadzorze bankowym, tę samą operację powtórzono w Mołdawii, kupując akcje Oguzbanku, gdzie „stworzono” lokatę Banku Staropolskiego.

Taka zabawa musiała się wreszcie zakończyć katastrofą. Lina ratunkowa, którą Bykowskiemu rzucił Zygmunt Solorz, okazała się pętlą. Poznański biznesmen musiał się zgodzić na wejście do rady nadzorczej i zarządu Banku Staropolskiego osób wskazanych przez Polsat. Nowa ekipa wezwała rzetelnych audytorów (firmę Deloitte & Touche), którzy odkryli rzeczywisty stan banku.

Od sześciu lat Bykowski desperacko zrzuca odpowiedzialność za bankructwo (którego powodem było wyprowadzenie z banku 0,5 mld zł) na Zygmunta Solorza i nadzór bankowy NBP. Powiązany z nim Zespół Stowarzyszeń Poszkodowanych przez Zygmunta Solorza-Żaka wydał w 2003 r. „Białą księgę”, która twierdzi, że bankructwo to było wynikiem spisku… Solorza, Hanny Gronkiewicz-Waltz i podległych im ludzi. Udało się nawet przekonać do tego byłą senator Marię Szyszkowską, która w 2003 r. złożyła oświadczenie na ręce ówczesnego premiera Leszka Millera, wspierające Bykowskiego. Najwyraźniej jednak prokurator nie podziela jej naiwnej wiary w niewinność biznesmena.

I dlatego to już chyba jego koniec. Ostatnie dziecko Bykowskiego – Fundusz Pożyczkowy Karbona (fundatorami powiązanej z nim Fundacji Rozwoju Samorządowych Funduszy Pożyczkowych są Waldemar Pawlak i prezes Polskiego Związku Rzemiosła, Jerzy Bartnik, jednocześnie przewodniczący RN Karbony), mający zrewolucjonizować polski rynek pożyczkowy, zajmuje się głównie szkoleniem osób, które łudzą się, że po kursie dostaną pracę.

Ile razy można zwodzić klientów, bankrutować, przerzucać pieniądze ze spółki do spółki i od nowa zaczynać, jak gdyby nic? Piotr Bykowski działał tak, jakby sądził, że w nieskończoność. Ale tym razem trafił na silniejszych od siebie – Zygmunta Solorza-Żaka i prokuratora.

Witold Gadomski Wzlot i upadek Staropolskiego

1990 r. - powstaje Bank Staropolski.
1994 r. - Bykowski zostaje szefem rad nadzorczych Staropolskiego i Invest-Banku. Ten ostatni nie ma licencji dewizowej, więc przyjmuje w imieniu Staropolskiego lokaty walutowe. Ich posiadacze mogą wygrać samochód.
1999 r. - ponad 600 mln zł depozytów BS trafia do KIB Banku w Charkowie.
13 I 2000 r. - Komisja Nadzoru Bankowego zawiesza działalność Banku Staropolskiego. Tłumy szturmują jego nieliczne oddziały oraz placówki Invest-Banku – m.in. w Krakowie i Rzeszowie. Po upadku spółki, deponenci mieli szansę odzyskać 100 proc. z lokat o równowartości do 1 tys. euro i 90 proc. – od 1 do 11 tys. euro. Do dziś Bankowy Fundusz Gwarancyjny, zasilany przez inne działające w kraju banki, wypłacił klientom Staropolskiego ponad 484 mln złotych.
Źródło:

Newsletter Bankier.pl

Dodałeś komentarz Twój komentarz został zapisany i pojawi się na stronie za kilka minut.

Nowy komentarz

Anuluj
0 2 ~ing

i końca nie widać ...

! Odpowiedz
0 4 ~hendryk

A ja jestem ,,szczęśliwcem,, mam akcję Drewbudu za całe 2 mln złotych z 1989 roku
i to fakt od tego czasu nie nabrał mnie już żaden rodzimy ,,chochsztapler,,mam ją
oprawioną w ramkę z podpisem chochsztaplera Byk..go i jest namacalnym dowodem
,przestrogą dla pokolenia wnuków, dla mnie nauczka zadziałała pozytywnie.
Ale taki Byk..ki ciągle marzy że ,,ciemny lud to kupi,, nie zna powiedzenia przyjaciół
Słowaków ach ty durniu ,,to se ne vrati - negde ,,i tak trzymać !!

Pokaż cały komentarz ! Odpowiedz
1 4 ~tomek

nikt do niego nie strzelał tylko on sam się postrzelił aby uniknąć więzienia i zrobić z siebie ofiarę

! Odpowiedz
0 3 ~Gość

Oprucz tej UNI GOSPODARCZEJ to jest i nowa firma ALTER CAPITAL to dopiero przekret

!