Deklaracja prezydenta USA Donalda Trumpa, zakładająca koncentrację działań Waszyngtonu na półkuli zachodniej, jest zbieżna z planami rozbudowy amerykańskich sił morskich. Potencjał marynarki wojennej rozwijają także Chiny, co tworzy pole do zaostrzenia rywalizacji flot obu krajów.


Trump ogłosił na początku 2026 r., że USA zbudują nowe okręty dla własnych sił morskich. Mają to być pancerniki, a nazwa okrętów tej klasy ma nawiązywać do nazwiska urzędującego prezydenta.
- Można odnieść wrażenie, że powstaje jedna z najbardziej osobliwych koncepcji w historii nowoczesnej marynarki wojennej. W zasadzie nie wiadomo do końca, jak cztery planowane okręty mają być wpisane w amerykańską doktrynę użycia marynarki wojennej – zauważył w rozmowie z PAP Sławek Zagórski, ekspert ds. wojskowości, publicysta „Newsweeka” i wp.pl.
Zwrócił przy tym uwagę, że równolegle planowana jest budowa mniejszych i bardziej elastycznych w działaniach okrętów, mających zastąpić niszczyciele klasy Arleigh Burke.
Nowe amerykańskie pancerniki mają być uzbrojone w pociski manewrujące i hipersoniczne (zgodnie z założeniami – 128 pionowych wyrzutni) oraz broń laserową i elektromagnetyczną. Koszt jednego okrętu ma wynieść 20-22 mld dolarów – i są to wstępne szacunki, jako że część systemów uzbrojenia, o których mowa (w tym zwłaszcza systemy laserowe i elektromagnetyczne) pozostaje nadal na etapie projektowania. Firma General Atomics prowadzi rozmowy z rządem USA w sprawie roli broni elektromagnetycznej (railgun) na pancernikach klasy Trump – napisał amerykański portal navalnews.com.
- Z takim zestawem uzbrojenia wychodzi skrzyżowanie krążownika rakietowego i atomowego okrętu podwodnego jako nosiciela broni jądrowej. Z tym, że pozbawionego głównego atutu, czyli skrytości działań – podkreślił Zagórski. Jego zdaniem to właśnie przewidywane koszty są największym zagrożeniem dla realizacji tego projektu.
Trump zapowiedział także dalszą rozbudowę amerykańskiej marynarki wojennej (US Navy) o kolejne okręty: m.in. trzy lotniskowce i 12-15 okrętów podwodnych. Trwają również prace nad samolotami wielozadaniowymi szóstej generacji (obecnie użytkowane F-35 należą do piątej), które, w założeniu, mają znaleźć się także na pokładach lotniskowców.

Te działania wpisują się w amerykańską strategię bezpieczeństwa narodowego, opublikowaną w grudniu 2025 r., gdzie za kluczowe uznaje się interesy USA na zachodniej półkuli oraz w regionie Azji Południowo-Wschodniej. Jest to obszar, gdzie interesy Stanów Zjednoczonych ścierają się z interesami innych krajów, przede wszystkim Chin, które również realizują program rozbudowy własnych sił morskich.
Chiny posiadają jak dotąd trzy własne lotniskowce (czwarty, o napędzie atomowym, jest w trakcie budowy; mowa jest także o przygotowaniach do budowy piątej jednostki), jednak dążą do dalszej rozbudowy swojego potencjału. Już obecnie chińska flota jest liczniejsza od amerykańskiej. Nie dotyczy to jak na razie lotniskowców i okrętów podwodnych o napędzie atomowym, choć w tym ostatnim przypadku chińska marynarka wojenna wyprzedziła już Rosję i zajmuje drugie po USA miejsce na świecie (USA posiadają 71 takich jednostek, Chiny 32, a Rosja 28).
Rywalizacja pomiędzy Waszyngtonem i Pekinem dotyczy przede wszystkim kontroli nad akwenami morskimi, obejmującymi tzw. łańcuchy wysp, zlokalizowane na wschód od Chin - w tym Japonię, Tajwan i Filipiny, aż po kontynent australijski. Najbardziej „zapalnym” punktem w regionie pozostaje Tajwan, uważany przez Pekin za zbuntowaną prowincję. W listopadzie i grudniu 2025 r. chińska armia przeprowadziła rozbudowane ćwiczenia swoich sił morskich i lotniczych wokół Tajwanu, w tym organizując strzelania z użyciem ostrej amunicji w rejonach bezpośrednio przylegających (lub, zdaniem władz w Tajpej, naruszających) wody terytorialne Tajwanu. Regularnie dochodzi także do incydentów z udziałem okrętów straży przybrzeżnej państw regionu oraz kutrów rybackich.
Chiny posiadają rozbudowane formacje paramilitarne, w skład których wchodzą również cywilne jednostki pływające, prowadzące działania także na korzyść chińskiej floty (m.in. misje wywiadowcze czy częściowej blokady akwenów morskich).
Największym hipotetycznym zagrożeniem w tym kontekście byłaby chińska próba siłowego przejęcia kontroli nad Tajwanem - dokonania inwazji z wykorzystaniem sił morskich i lotniczych. Wiadomo, że chińska armia od dłuższego czasu przygotowuje się do realizacji takiego scenariusza: poza lotniskowcami budowane są także okręty innych typów, w tym desantowe, jak również jednostki pomocnicze – m.in. takie, które mają za zadanie służyć jako mobilne porty, pozwalające na rozładunek wojsk i zaopatrzenie ich bez korzystania z infrastruktury portowej (porty, jako obiekty strategiczne, są zwykle silnie fortyfikowane i bronione). Nie musi to jednak oznaczać, że taki scenariusz doczeka się realizacji.
- Chińska polityka wobec Tajwanu jeszcze przez jakiś czas pozostanie ostrożna. Chińczycy wojskowo nadal nie są gotowi, byłaby to bardzo skomplikowana operacja – powiedział w rozmowie z PAP dr Tomasz Smura, dyrektor programu bezpieczeństwa międzynarodowego w Fundacji im. Kazimierza Pułaskiego, autor książki pt. „Między nadzieją a strachem. Polityka państw regionu Indo-Pacyfiku wobec wzrostu potęgi Chin”.
Smura dodał, że jest to teren trudny pod względem wojskowym. Konieczna jest przeprawa przez Cieśninę Tajwańską, a ponadto sama wyspa to, poza terenami zurbanizowanymi, głównie góry i rozległe lasy, gdzie trudno prowadzi się działania ofensywne, a dużo łatwiej - obronne. Czynnikiem odstraszającym jest także armia Tajwanu. - To 300 tys. żołnierzy w czasie pokoju i ponad milion w rezerwie, wyposażonych w nowoczesny sprzęt, kupowany głównie w USA – podkreślił rozmówca PAP.
Głównym wyzwaniem dla USA i czynnikiem wpływającym na ich decyzję o ewentualnej interwencji w obronie Tajwanu pozostaje logistyka - przede wszystkim oddalenie amerykańskich baz w regionie (takich jak Guam czy Okinawa) od kontynentu amerykańskiego. Tym bardziej, że Chiny posiadają i rozwijają zdolności rażenia bliskiego i średniego zasięgu, celem których mogłyby być amerykańskie instalacje wojskowe w regionie (np. pocisk balistyczny średniego zasięgu DF-26, określany jako „Guam killer” – przeznaczony w założeniu do atakowania baz takich jak ta na Guam na Wyspach Mariańskich).
Nie jest jasne, jaka byłaby reakcja USA na zaostrzenie się sytuacji w regionie. - Trudno ocenić, jak zareagowałaby Ameryka, ale Tajwan był zawsze traktowany jako priorytet, w każdym z trzech wcześniejszych kryzysów tajwańskich – zauważył Smura. Dodał, że w nowej strategii bezpieczeństwa USA Tajwan jest jednym z niewielu krajów wspomnianych wprost, a sam dokument zakłada kontynuację polityki USA, także jeśli chodzi o gwarancje bezpieczeństwa. - Ze względu na te czynniki ryzyko chińskiej operacji wojskowej wobec Tajwanu można ocenić jako niskie – podsumował analityk.
Mimo małego prawdopodobieństwa otwartej wojny, z analizy opracowanej przez CNN wynika, że po 2020 r. Chiny zwiększyły o 60 proc. produkcję konwencjonalnych pocisków, także manewrujących i przeciwokrętowych. Ponadto, Pekin uważnie obserwuje przebieg działań wojennych na Ukrainie, a także operacji Izraela i USA przeciwko Iranowi z czerwca 2025 r. i - przede wszystkim - wojny, która rozpoczęła się 28 lutego 2026 r., w tym zwłaszcza pod kątem skuteczności amerykańskich systemów przeciwrakietowych, takich jak Patriot i THAAD.
To, co widać po kilku tygodniach działań (i co z pewnością nie uszło uwadze Chin), to problemy z obroną przed atakami dronowymi, jakie miały siły amerykańskie i kraje regionu wobec uderzeń irańskich bezzałogowców typu Shahed i podobnych. Innym istotnym problemem jest zagrożenie związane z potencjalnym zaminowaniem przez Iran kluczowych akwenów, takich jak cieśnina Ormuz.
Marynarka wojenna USA wycofała ze służby większość wyspecjalizowanych okrętów przeciwminowych (chodzi o trałowce typu Avenger; w służbie pozostają nadal cztery, dwa z nich mają być w drodze do regionu Zatoki Perskiej). Jest to też obszar, w którym wiele pozostaje do nadrobienia, jeśli chodzi o opracowanie i wdrożenie do służby jednostek odpowiednich do tego zagrożenia. Wydaje się to tym istotniejsze, że ewentualny konflikt Waszyngtonu z Pekinem niekoniecznie przyjmie formę otwartej i pełnoskalowej wojny.
Dariusz Materniak (PAP)
mad/ rtt/





























































