Plaga oszustw "na inwestycje" zbiera ogromne żniwo. Tylko w zeszłym roku Polacy przelali przestępcom ponad 750 mln złotych. Tysiące poszkodowanych traci nie tylko oszczędności życia, ale często zostaje sama z kredytami i traumą. Jak rozpoznać oszustów? Dlaczego instytucje obiecujące pomoc w odzyskaniu pieniędzy, to często druga faza przekrętu? I czemu nie powinieneś po prostu usunąć aplikacji, do której zainstalowania namówili Cię przestępcy?


Według najnowszego raportu Narodowego Banku Polski wartość oszukańczych transakcji bezgotówkowych w Polsce przekroczyła 763 mln złotych, zwiększając się 17 proc. rok do roku. 668 mln złotych z tej puli to polecenia przelewu, a 75% tej kwoty oszuści "zdobyli", manipulując drugą stroną.
Jak wskazywało natomiast Centralne Biuro Zwalczania Cyberprzestępczości w 2025 roku łączna suma strat w prowadzonych przez nie sprawach wyniosła 537 mln złotych. Odzyskano mienie o wartości niecałych 25 mln złotych.
O tym, jak nie stać się częścią tych ponurych statystyk rozmawialiśmy z biegłymi sądowymi, którzy stykają się z takimi sprawami na co dzień - Damianem Dejewskim prezesem Safe Idea Kancelaria Prawno - Detektywistyczna i Tomaszem Swaczyną prezesem Instytutu Analiz i Ekspertyz Gospodarczych (IAEG).
Trzy zasady. Jak rozpoznać oszustwo?
Jak wskazują nasi rozmówcy, prawdopodobieństwo strat spada niemal do zera, jeśli inwestor trzyma się trzech fundamentalnych zasad:

- Zasada nr 1 - żaden legalny broker nie namawia do inwestowania przez telefon. Szanujące się, regulowane domy maklerskie czy giełdy kryptowalut nie prowadzą działalności typu cold calling. Nie dzwonią do losowych ludzi z ofertą "szybkiego i pewnego zysku". Jeśli ktoś dzwoni i namawia Cię zainwestowania, pokazując licencje z Seszeli, to na 100 proc. jest oszustem.
- Zasada nr 2 - żaden polityk ani celebryta nie poleca "sekretnych" platform inwestycyjnych. Dzisiejsza plaga to reklamy AI w mediach społecznościowych (Meta, TikTok). Wykorzystują one wizerunki prezydentów, premierów, znanych biznesmenów czy sportowców. Aby legalnie doradzać w zakresie inwestowania, trzeba mieć licencję doradcy inwestycyjnego. Żadna znana osoba nie będzie namawiać wprost do lokowania kapitału na niesprawdzonej platformie.
- Zasada nr 3 - nigdy nie wysyłaj środków na konta osób trzecich. Legalne giełdy i brokerzy wymagają weryfikacji KYC (Know Your Customer) i zasilania konta zarejestrowanego na Twoje nazwisko. Jeśli "opiekun klienta" prosi o przelew na konto rzekomego księgowego, przez Revolut lub bezpośrednio w kryptowalutach na podany adres portfela - to zawsze jest to próba kradzieży.
Obok tych sztywnych reguł, kluczowa pozostaje szybka, samodzielna weryfikacja. Tomasz Swaczyna, prezes Instytutu Analiz i Ekspertyz Gospodarczych (IAEG), wskazuje na prostą, ale niezwykle skuteczną metodę, która pozwala błyskawicznie zdemaskować przestępców:
- Przede wszystkim, w momencie, kiedy coś wygląda na zbyt atrakcyjne, to jest już pierwszy ogólny element wskazujący, że coś jest nie tak. Aby to zweryfikować, najprostszym rozwiązaniem jest po prostu wpisanie nazwy danego projektu czy przedsięwzięcia ze słowem “scam” albo “oszustwo” w wyszukiwarkę Google. Zazwyczaj internauci już wtedy o tym otwarcie sygnalizują - tłumaczy Swaczyna.
Biegły sądowy zwraca też uwagę na inne, powtarzające się symptomy sieciowych manipulacji, szczególnie na popularnych komunikatorach:
- Kolejną lampką ostrzegawczą jest sytuacja, gdy zupełnie obca osoba pisze do nas na Telegramie czy Instagramie i proponuje atrakcyjną formę inwestowania. Oszuści bardzo często ukrywają tam swoją tożsamość i blokują widoczność numeru telefonu. Bywa też tak, że profil wykazuje przynależność do zupełnie innego kraju, a ktoś rozmawia z nami po polsku. W takim przypadku warto od razu zażądać połączenia wideo, aby porozmawiać o szczegółach. Przede wszystkim jednak zalecam, aby przed podjęciem jakichkolwiek działań, pogadać o tym z bliską osobą, której ufamy. Chłodne zderzenie takiego projektu z kimś z boku pozwala trzeźwo ocenić jego realność - podsumowuje prezes IAEG.
Skąd oszuści wiedzą, ile masz na koncie?
Jednym z najbardziej niepokojących zjawisk, o których mówi nam Damian Dejewski biegły sądowy i prezes Safe Idea, jest precyzyjna wiedza oszustów o majątku ich potencjalnych ofiar. Skąd przestępcy mają te dane?
- Istnieje handel danymi z banków. Mówię to mocno. Miałem przypadek klienta, który nie stracił wcześniej ani złotówki, nie klikał w reklamy, a panowie, którzy do niego zadzwonili na tzw. ślepy telefon, doskonale wiedzieli, że na koncie w pewnym banku ma dokładnie 1,2 mln złotych. Jako detektyw prowadziłem też sprawę, gdzie pracownica innego banku szperała w danych klientów, bo szukała kochanki męża. Okazało się, że procedury pozwalają pracownikom na swobodne przeglądanie kont. Ten proceder jest zamiatany pod dywan, ale czarny rynek danych w Darknecie kwitnie - komentuje Dejewski.
Oprócz bezpośrednich wycieków przestępcy generują tzw. “paczki podatnych lidów”. Masowe akcje, takie jak wiadomości na WhatsAppie o treści “odezwij się do mnie”, służą do technicznego i socjotechnicznego odsiewu. Osoby, które odpowiedzą na takie zaczepki, trafiają do baz danych jako “podatne na manipulacje” i są sprzedawane kolejnym grupom przestępczym.
Tomasz Swaczyna, chociaż nie spotkał się bezpośrednio z przypadkiem sprzedaży danych o klientach przez pracowników banków, potwierdza, że najsłabszym ogniwem w całym procesie bezpieczeństwa jest czynnik ludzki.
- Pracownicy banków też są ludźmi, mają swoje potrzeby i słabości. Na sto osób może trafić się jedna, która pomyśli o tym w ten sposób i przekaże informacje przestępcom - mówi ekspert.
Pułapka “patokancelarii”, czyli jak nie stracić po raz drugi
Gdy ofiara uświadamia sobie, że została oszukana, wpada w panikę. Wpisuje w Google hasło takie jak “pomoc w odzyskaniu pieniędzy z krypto” i natychmiast trafia w ręce podmiotów, które Dejewski bez ogródek nazywa patokancelariami.
Często są to firmy działające w pokoju obok tego samego brokera, który właśnie ukradł pieniądze. Oferują “pomoc”, która polega na wyciągnięciu kolejnych środków pod pozorem opłacenia podatków, procedur AML czy prowizji za rzekomo znalezione na blockchainie fundusze.
Okazuje się, że problemy z uczciwością, mogę mieć jednak również “legalnie” działające kancelarie. Ich usługi często są na tak niskim poziomie, że w praktyce nie pomagają klientom i służą wyłącznie wyciągnięciu od nich pieniędzy. By nie dać się oszukać po raz drugi warto rozpoznawać sygnały ostrzegawcze, takie jak:
- Gwarancje odzyskania środków - żadna szanująca się kancelaria prawna nie da klientowi 100-procentowych szans na odzyskanie środków.
- Fikcyjne sukcesy - “pato-podmioty”, jak określa je Dejewski, potrafią nawet publikować filmy z opłaconymi aktorami, którzy opowiadają, jak odzyskali środki z oszustwa.
- Celowe opóźnianie procesu (gra na zwłokę) - prawnicy-naciągacze często mówią klientom, że “zrobią za nich wszystko” i wyślą zawiadomienie do prokuratury. Z punktu widzenia ekspertów jest to błąd. Droga pisma przez prokuraturę, wyznaczenie referenta, a następnie odesłanie sprawy do właściwej jednostki policji trwa od 2 do 4 miesięcy. W tym czasie przestępcy upłynniają środki, a policja po takim zawiadomieniu do prokuratury nie może wykonać żadnych czynności bez przesłuchania poszkodowanego i bez wzięcia od niego upoważnienia do rachunku bankowego celem potwierdzenia okoliczności, co finalnie często doprowadza do umorzenia postępowania z powodu niewykrycia sprawcy (tzw. "N-ka").
- Kosmiczne stawki za bezwartościowy papier - ofiary potrafią zapłacić wiele tysięcy złotych za napisanie prostego zawiadomienia i wniosków, podczas gdy kancelaria nie wykonuje żadnej realnej pracy śledczej, a same wnioski składane przez takie podmioty często są zwykłym powieleniem standardowych czynności policji.
Komentując temat nieuczciwych kancelarii, które starają się skorzystać na pladze oszustw inwestycyjnych, Tomasz Swaczyna zauważa podobieństwo do innej, głośnej anomalii rynkowej.
- Sytuacja przypomina to, co działo się w temacie kredytów frankowych. Gdy wzrósł popyt, pojawiło się mnóstwo kancelarii, które przyciągały klientów agresywnym marketingiem, ale nie miały know-how ani doświadczenia procesowego. Uczyły się na błędach swoich i klientów, a klienci płacili za to cenę. Nierzetelne podmioty reagują wolno, a ich efekty nie są mierzalne - wskazuje ekspert.
Zdalny pulpit i kredyt. Dlaczego nie wolno po prostu usuwać AnyDeska?
Do najbardziej dramatycznych przypadków należą tzw. oszustw na zdalny pulpit, gdzie oszuści mogą wykorzystywać aplikacje takie jak AnyDesk, TeamViewer QuickSupport czy Supremo. Scenariusz jest powtarzalny - ofiara instaluje aplikację, a oszust przejmuje kontrolę nad jej urządzeniem. W ten sposób przestępcy zaciągają na nazwisko poszkodowanego kredyty konsumenckie. Rekordziści zostają z długami, które mogą sięgać kilkuset tysięcy złotych.
Obiegowa opinia mówi, aby w takiej sytuacji usunąć wszystko z telefonu lub komputera. Damian Dejewski alarmuje, że to najgorsze, co można wtedy zrobić.
- Nigdy nie usuwaj AnyDeska ani Supremo z telefonu po oszustwie! Wprowadź telefon w tryb offline, wyciągnij kartę SIM, ale nie kasuj aplikacji. Jako biegły sądowy wchodzę na poziom administracyjny urządzenia i wyciągam logi połączeń zdalnego pulpitu. Jestem w stanie zestawić sekunda po sekundzie: IP sprawcy, uruchomienie AnyDeska i moment kliknięcia 'akceptuj umowę kredytową' w aplikacji bankowej. Na tej podstawie udowadniamy przed sądem, że umowa kredytowa została zawarta przez bank z oszustem, a nie z poszkodowanym. W Polsce zapadają już wyroki unieważniające takie kredyty - banki tracą roszczenia, a ofiara zostaje uwolniona od długu. Usunięcie aplikacji to zniszczenie jedynego dowodu - mówi Dejewski.
Tomasz Swaczyna uzupełnia ten proces z perspektywy higieny cyfrowej.
- Generalnie odradzam trzymanie takich aplikacji na urządzeniach, ale w przypadku zaistnienia oszustwa przed usunięciem czegokolwiek sugerowałbym wykonanie screenów, wyeksportowanie wszystkich możliwych logów i danych oraz nagranie ekranu podczas wykonywania tych czynności. Zabezpieczone lokalnie materiały będą kluczowe - wskazuje biegły.
Czy kryptowaluty da się odzyskać?
Wśród opinii publicznej panuje mit, że środki przesłane w kryptowalutach są bezpowrotnie stracone, bo blockchain jest w pełni anonimowy. W przypadku większości cyfrowych aktywów jest to jednak mit.
- Z perspektywy nowoczesnej informatyki śledczej, blockchain jest znacznie bardziej przejrzysty niż tradycyjny system bankowy. Przelew z banku do banku, przechodzący przez 10 instytucji w rajach podatkowych poza UE, jest dla polskiej prokuratury niemal ślepym zaułkiem. Tymczasem na publicznym blockchainie widać każdy ruch - mówi Damian Dejewski.
- Kryptowaluty zdecydowanie da się odzyskać - potwierdza Tomasz Swaczyna - Wszystko zależy od poziomu fachowości oszustów. Przestępcy nie działają w ramach przepisów prawa, więc mogą pozwolić sobie na więcej, ale często są to tylko półprofesjonaliści, którzy popełniają poważne błędy. Szybka i sprawna reakcja może spowodować, że środki w większej mierze uda się odzyskać.
Oszuści, którzy zdają sobie z tego sprawę, stosują zaawansowane techniki, próbując utrudnić analizę blockchain. Rozbijają transakcje na mniejsze kwoty, przelewają je przez tzw. bridges (mosty między sieciami) lub próbują mieszać kryptowaluty.
Z drugiej strony na pomoc przychodzi coraz bardziej rygorystyczna polityka AML globalnych giełd kryptowalut. Scentralizowane podmioty takie jak Kraken czy Binance flagują środki pochodzące z mikserów czy mostów i żądają od użytkowników udokumentowania źródła pochodzenia kapitału. Co więcej, stablecoiny takie jak USDC (Circle) czy USDT (Tether) mają w swoich smart kontraktach funkcję pozwalającą spalić konkretne środki, dzięki czemu mogą one później wrócić do właściciela.
- Jeżeli profesjonalny raport śledczy wykaże prokuraturze dokładną ścieżkę i giełdę końcową, polskie organy ścigania mogą poprzez międzynarodowy system Kodex błyskawicznie zablokować środki. Istnieją procedury, w których operator stablecoina (np. Circle i Tether) na wniosek prokuratora pali skradzione tokeny na zablokowanym portfelu oszusta, a w ich miejsce emituje nowe, czyste środki i zwraca je poszkodowanemu. To się dzieje. Sukces zależy wyłącznie od jakości zapytania i zabezpieczenia dowodów” - komentuje Damian Dejewski.
Gdzie zgłosić oszustwo i jak szukać pomocy?
Oszustwa internetowe nie mają właściwości terenowej - wydarzyły się w sieci, więc zgłoszenie można złożyć w każdej jednostce policji w Polsce. Kluczem jest jednak unikanie wysyłania pism do prokuratury na własną rękę lub rękoma adwokata lub pseudokancelarii. Należy udać się bezpośrednio na policję, najlepiej do większej komendy miejskiej, która posiada wyspecjalizowany wydział ds. cyberprzestępczości.
Jeśli decydujesz się na pomoc firmy prywatnej, bezwzględnie zweryfikuj jej wiarygodność:
- Sprawdź wykształcenie zarządu i ekspertów - czy są to licencjonowani detektywi, biegli sądowi i informatycy śledczy, którzy podpiszą się pod wygenerowanym raportem własnym nazwiskiem?
- Żądaj wglądu w dokumentację - profesjonalny podmiot nie wysyła pism za Ciebie. Daje Ci do ręki gotowy, techniczny raport z analizy blockchain (potrafiący mieć setki stron), z którym osobiście idziesz na policję, by dać jej gotowy materiał dowodowy.
Tomasz Swaczyna zapytany o to, co zrobiłby jako ofiara oszustwa, która straciła 100 tys. Złotych w kryptowalutach wskazuje, że w pierwszej kolejności udałby się na policję.
- Równolegle starałbym się we własnym zakresie zabezpieczyć i zarchiwizować wszelkie możliwe ślady: całą korespondencję, numery telefonów, maile, potwierdzenia przelewów bankowych oraz dane z blockchaina - w tym hashe transakcji i screeny z portfela. Przekazanie organom ścigania spójnego i kompletnego obrazu sytuacji od momentu pierwszego kontaktu drastycznie zwiększa szanse, że sprawa zostanie poprowadzona właściwie - mówi biegły.
“Rak po oszustwie” - nie wstydź się i działaj
Finansowe straty to tylko część problemu, który dotyka ofiary. Równie szkodliwym efektem działań grup przestępczych bywają psychiczne rany.
- Ofiary zostają z gigantycznym długiem i z tym, co nazywam rakiem po oszustwie. To trauma psychiczno-fizyczna. Mam klienta, który rok po stracie pieniędzy jedzie samochodem, widzi ładny motocykl i dostaje ataku paniki. Dlaczego? Bo przypomina mu się, że ten motocykl kosztuje dokładnie tyle, ile ukradli mu oszuści i że mógłby go mieć. Ci ludzie tracą chęć do życia, rozpadają się ich rodziny - komentuje Damian Dejewski.
Jak podsumowuje biegły, jeśli jesteś ofiara oszustwa inwestycyjnego zawsze zgłaszaj sprawę na policji samodzielnie - nie poprzez zawiadomienie do prokuratury. Jeśli już szukasz pomocy wśród specjalistów - wybierz podmiot i ludzi, którzy mają zewnętrznie potwierdzone kompetencje i realnie dostarczą Ci materiał, który będziesz mógł samodzielnie przedłożyć do postępowania.
- Co najważniejsze jesteś ofiarą oszustwa i wyrafinowanej manipulacji, dlatego nie oceniaj się i nie pozwalaj na oceny, rozmawiaj z bliskimi, nie wstydź się tej sytuacji i zawsze działaj, bo tylko Twoja bezczynność może być powodem braku możliwości odzyskania utraconych środków - radzi poszkodowanym Damian Dejewski.



























































