"Mieszkanie Plus" – więcej pytań niż odpowiedzi

główny analityk Bankier.pl

Program „Mieszkanie Plus” w założeniu ma być odpowiedzią na realny problem drogich (w relacji do zarobków) mieszkań i wynikających z tego wysokich rynkowych stawek najmu. Niestety, w ten sposób rząd funduje nam nowe kłopoty zamiast likwidować problemy, które sam stworzył.

Rządowy program „Mieszkanie Plus” ma być usadowiony na trzech filarach: dofinansowaniu budownictwa komunalnego (TBS plus?), dotowaniu oszczędzania mieszkaniowego (książeczki mieszkaniowe plus?) i przede wszystkim Narodowym Funduszu Mieszkaniowym (NFM). Filarem o potencjalnie największej sile oddziaływania na rynek jest ten ostatni.

Prezentacja programu „Mieszkanie Plus” liczy zaledwie osiem slajdów, w tym dwa tytułowe, zatem konkretów mamy jak na lekarstwo. Idea jest taka, że NFM będzie budował mieszkania na wynajem na gruntach Skarbu Państwa: czyli tych wszystkich marnujących się nieruchomościach kolejowych, wojskowych, poprzemysłowych, rolnych itp.  

Premier Beata Szydło podczas prezentacji projektu Mieszkanie Plus
Premier Beata Szydło podczas prezentacji projektu Mieszkanie Plus (fot. Tomasz Adamowicz / FORUM)

Państwowe budownictwo

„Zakładamy, że czynsz w ich przypadku będzie wynosił od 10 do 20 zł za 1 mkw." – zapowiedziała premier Beata Szydło. Oferta ma być dostępna dla „wszystkich Polaków” – jak rozumiem niezależnie od dochodów i stanu majątkowego. Zatem typowe M2 o powierzchni 50 mkw. można by wynająć za 500-1 000 złotych, zapewne zależnie od lokalizacji.

Po doliczeniu opłat za media i eksploatacyjnych łączny koszt wyniósłby ok. 900-1 400 złotych miesięcznie, co wciąż byłoby ofertą atrakcyjniejszą od obecnych stawek rynkowych. Według danych zebranych przez Bankier.pl średnie ofertowe stawki wynajmu w 10 dużych polskich miastach wahają się od tysiąca do 2 800 zł miesięcznie.

Biorąc poprawkę rzędu 20% (bo to ceny ofertowe, z reguły wyraźnie wyższe od transakcyjnych), otrzymujemy faktyczne stawki w granicach 800-2 200 zł. Największe korzyści najemcy odnieśliby w najdroższych metropoliach: Warszawie, Krakowie i Wrocławiu. W tańszych miastach (Lublin, Łódź, Szczecin) różnica raczej nie będzie powalająca.

W swoim programie wyborczym PiS zapowiadał budowę mieszkań za 2 500-3 000 złotych za mkw. Wbrew pozorom taka stawka jest realna. Według obliczeń Narodowego Banku Polskiego opartego na danych Sekocenbudu koszt wytworzenia 1 mkw. powierzchni użytkowej budynku wielorodzinnego o niskiej zabudowie (do 4 kondygnacji) w zależności od miasta waha się od 2 200 zł do 2 600 zł.

Do tego należałoby doliczyć koszty projektu, przyłączy (woda, prąd) i koszty operacyjne, ale nadal można by się zmieścić w przedziale 2 500-3 000 zł/mkw. w przypadku prostego budynku wykonanego z przeciętnych materiałów. Przy średnim czynszu 15 zł/mkw. i średnim koszcie budowy 2 750 zł/mkw. roczna stopa zwrotu z takiej inwestycji wynosiłaby 5,7% (przy założeniu, że mieszkanie byłoby wynajęte średnio przez 10,5 miesiąca w roku). Jeśli od tego odjąć koszt finansowania w postaci rentowności 10-letnich obligacji skarbowych (obecnie: 3,2%), to państwo mogłoby na całym programie jeszcze zarobić. Oczywiście pod warunkiem, że utrzymałoby w ryzach koszty operacyjne, co uważam za założenie całkowicie oderwane od rzeczywistości.

„Państwowy blok w każdej gminie”

Ideę państwowego budownictwa pamiętamy z czasów komunistycznych, gdy ze względów ideologicznych (własność prywatna była fe) państwo było dominującym „inwestorem” na rynku nieruchomości. Teraz ma być jednym z wielu, ale istota „Mieszkania Plus” wykazuje pewne podobieństwa do modelu gomułkowsko-gierkowskiego.

(fot. Malwina Wrotniak / )

Po pierwsze to rząd będzie określał, ile mieszkań zbuduje w ramach nowego programu. Jeśli miałby on faktycznie być „powszechny”, to mówimy o liczbach idących w dziesiątki tysięcy rocznie. Zakładając koszt rzędu 3 000 zł/mkw., otrzymujemy 150 tys. zł za znane z filmów Barei M2. Zatem koszt budowy dziesięciu tysięcy mieszkań rocznie wyniósłby 1,5 mld zł plus wydatki administracyjne (bo przecież trzeba by zatrudnić nowych urzędników) na obsługę całego programu.

Za owe 1,5 mld zł na gminę przypadłyby średnio cztery nowe mieszkania rocznie (w Polsce mamy prawie 2,5 tys. gmin). Jeśli rząd przyjąłby hasło „co roku nowy blok w każdej gminie”, to potrzebowałby przynajmniej 20 tys. mieszkań rocznie (cztery kondygnacje po dwa mieszkania każda) po koszcie ok. 3 mld zł rocznie. To ok. 1% tegorocznych wpływów budżetu państwa, więc taką kwotę dałoby się wygospodarować kosztem np. cięć w administracji. Ale tu akurat ciąć nie można, bo przecież ktoś musi nadzorować program budowy mieszkań.

Skutki dla rynku

W 2015 roku w Polsce oddano do użytku 147,7 tys. lokali mieszkalnych i liczba ta utrzymuje się na zbliżonym poziomie od 4 lat. Z tego ponad połowę wybudowali inwestorzy indywidualni, a ok. 42% deweloperzy. Państwo wchodząc na rynek z wolumenem rzędu 10-20 tys. rocznie zwiększyłoby obecną liczbę nowo budowanych mieszkań o 7-14%.

Jeśli w ramach NFM państwo „rzucałoby” kilkadziesiąt tysięcy lokali rocznie, to zapewne wyparłoby z rynku pewną część inwestorów prywatnych – zarówno tych indywidualnych, jak i deweloperów o najwyższych kosztach. Cześć z nich wypadłaby z rynku definitywnie, poprzez bankructwo.

Znacznie istotniejsze skutki rządowy program miałby dla rynku najmu. „To jest kłopot przede wszystkich tych, którzy kupili mieszkanie jako inwestycję” – trafnie zdiagnozował minister budownictwa Andrzej Adamczyk. Szkoda tylko, że pan minister nie wyciągnął pełnych wniosków z własnej wypowiedzi.

Na krótką metę NFM zapewne skutkowałby pożądanym przez potencjalnych kupujących spadkiem cen, ale w dłuższym terminie prywatni inwestorzy nie byliby w stanie konkurować z rządem budującym nieodpłatnie na naszych (tj. Skarbu Państwa) gruntach. Jeśli inwestorom biznes przestanie się opłacać, to go po prostu porzucą. W ten sposób NFM wyparłby z rynku najmu część wynajmujących, prowadząc do jeszcze większej dysproporcji stawek najmu pomiędzy ofertą z Narodowego Funduszu Mieszkaniowego, a stawkami rynkowymi.  W konsekwencji dostępność mieszkań na wynajem uległaby pogorszeniu.

Punkty za pochodzenie, czyli powrót do PRL-u

Skoro do programu mógłby przystąpić każdy, to przy cenach najmu niższych od rynkowych chętnych zapewne byłoby wielokrotnie więcej niż mieszkań. Także w tym aspekcie wrócilibyśmy do czasów PRL, gdzie na mieszkanie trzeba się było zapisać, aby je po iluś latach „dostać”. O kolejności przydziału decydowała władza w postaci prezesa spółdzielni mieszkaniowej.

Teraz kierownikiem przydziału byłyby „punkty za pochodzenie”, przydzielane według jeszcze nieznanych oficjalnie kryteriów. Premier Beta Szydło wspomniała jedynie o preferencjach dla rodzin wielodzietnych. Pole do wszelakich machlojek, nadużyć i kombinacji widzę tu ogromne. Wystarczy wspomnieć obecny system rekrutacji do przedszkoli promujący samotne matki kosztem małżeństw.

Pytania bez odpowiedzi

Na obecnym etapie „Mieszkanie Plus” jest bardziej sferą domysłów niż faktów. Znamy zarys idei i praktycznie żadnego konkretu. Aby ocenić konsekwencje rządowego programu, musimy znać odpowiedzi na kilka zasadniczych pytań:

  1. Jaka będzie skala tego programu? Czy będzie roczny limit liczby mieszkań, czy może limit wydatków?
  2. Ile to będzie kosztować i dlaczego tak dużo? Czy rząd opędzi się z obietnicy wyborczej kosztem kilkuset milionów (naszych) pieniędzy, czy też popłyniemy na grube miliardy?
  3. Kto za to zapłaci – to akurat pytanie retoryczne. Koszty poniosą podatnicy. Choćby z faktu tego, że udostępnione „za darmo” grunty Skarbu Państwa wygenerują koszty utraconych korzyści z ich sprzedaży/dzierżawy.
  4. Kto będzie budował te mieszkania? Bo chyba nie urzędnicy Ministerstwa Budownictwa. Czy rząd utworzy państwowe przedsiębiorstwo budowlane, czy też rozpisze przetargi na podobnej zasadzie, jak budowane są autostrady?
  5. Czy wspomniany przez panię premier czynsz (10-20 zł/mkw.) to oferta wiążąca w myśl Kodeksu Cywilnego? I czy jego stawka będzie stała, czy zmienna w okresie umowy?
  6. Od czego będzie zależała wysokość tego czynszu i kto go będzie ustalał?
  7. Kto i na jakich warunkach będzie przyznawał prawo do wynajęcia w ramach NFM?
  8. Czy wynajęte od NFM mieszkanie będzie można komuś legalnie podnająć?

Plusy i minusy „Mieszkania Plus”

Największą zaletą rządowego programu w mojej ocenie jest fakt, że w dyskusji publicznej pojawił się istotny problem gospodarczy, jakim są wysokie koszty zaspokojenia potrzeb mieszkaniowych (zakup lub wynajem). Problem ten dotyczy zwłaszcza młodych mieszkańców dużych miast, którzy nie załapali się na preferencyjne uwłaszczenie pokolenia ich rodziców i dziadków, gdy nieruchomości można było przejąć od państwa za symboliczne pieniądze. Teraz ludzie mają do wyboru albo najem pochłaniający równowartość ok. 60% przeciętnego (mediana) wynagrodzenia netto albo obciążenie się niebezpiecznym, 30-letnim kredytem o zmiennej stopie procentowej.

Jeśli rząd udowodni, że jest w stanie budować mieszkania za mniej niż 3 000 zł za metr, to ośmieszy całą branżę deweloperską, której przedstawiciele od lat upierają się, że nie da się taniej niż za cztery tysiące. „Mieszkanie Plus” warte jest przetestowania (byle na niewielką skalę) tylko po to, aby zweryfikować tezy deweloperów.

Jako zwolennik wolnego rynku z dystansem podchodzę do tego typu etatystycznych pomysłów. Idea budowania mieszkań przez rządową agendę na państwowych gruntach i za pieniądze podatków jest mi z gruntu obca i budzi bardzo nieprzyjemne skojarzenia. Mimo obiecujących założeń w praktyce gospodarczej program zapewne okaże się mniejszym lub większym niewypałem, na którym skorzysta wąska grupa cwaniaków.

Wolałbym, aby rząd zamiast budować mieszkania zlikwidował przyczyny, z powodu których ceny najmu lub zakupu są tak wysokie w relacji do zarobków. Co więcej, to właśnie państwo jest w znacznej mierze odpowiedzialne za taki stan rzeczy!

Po pierwsze poprzez ustalanie warunków zabudowy, planów zagospodarowania przestrzennego i innych restrykcji zabraniających ludziom postawienia własnego domu na własnym gruncie, za własne pieniądze i na własne ryzyko. Po drugie poprzez ustawę „o ochronie lokatorów”, które efektywnie zabiła w Polsce oficjalny rynek najmu i zablokowała masową budowę mieszkań pod wynajem. Po trzecie to rząd PiS, zabraniając Polakom kupowania gruntów rolnych, zamknął najtańszą ścieżkę dotarcia do własnego domu.

Wystarczyłoby to wszystko „odkręcić”, a problem zbyt drogich nieruchomości mieszkaniowych rozwiązałby się sam i wszelkie RnS, MdM czy „Mieszkania Plus” byłyby psu na budę.

Krzysztof Kolany

Źródło:

Newsletter Bankier.pl

Dodałeś komentarz Twój komentarz został zapisany i pojawi się na stronie za kilka minut.

Nowy komentarz

Anuluj
1 1 ~budowlaniec

Najpierw ustawa o ograniczeniu handlu ziemią rolną, a teraz mieszkania+..... pachnie to kooperacją rządu z klerem, gdzie kler może sobie kupić ziemię rolną bo ich ustawa nie obejmuje.. a na tej ziemi powstaną mieszkania + .. I rynek mieszkaniowy padnie jak mucha na zimę, a cała branża budowlana przeniesie się za granice naszego wspaniałego mlekiem i miodem płynącego kraju.. W tym nie tylko przedsiębiorcy ale też wszelkiej maści fachowcy i ich rodziny

Pokaż cały komentarz ! Odpowiedz
1 2 ~silvio_gesell

Wysokie ceny mieszkań wynikają z wysokich cen ziemi w korzystnych lokalizacjach. A wysokie ceny ziemi wynikają ze wzoru Ricardo: cena ziemi = renta gruntowa / realna stopa procentowa. Stąd wysokie ceny ziemi wynikają ze spadających stóp procentowych, gdyż ziemia jest bardziej rentowna niż lokaty. A niskie realne stopy procentowe spowodowane są przez demografię - niską dzietność Polaków oraz wysoką emigrację z powodu wysokich cen nieruchomości. I tym sposobem opisane zostało błędne koło, dodatnie sprzężenie zwrotne, które prowadzi do bańki na rynku nieruchomości.

Budowanie nowych dzielnic na obrzeżach nie obniży cen ziemi, zwiększy tylko korki i wydatki na utrzymanie infrastruktury, gdy tymczasem w centrum jest pełno pustostanów, pozostałych po emigrantach. Aby przerwać to błędne koło należałoby opodatkować wartość ziemi i obniżyć opodatkowanie pracy - ceny mieszkań spadną, a dochód rozporządzalny wzrośnie.

http://www.magiel.waw.pl/2013/11/aktualnosci/polityka-i-gospodarka/podatek-dobry-na-wszystko/

Pokaż cały komentarz ! Odpowiedz
4 4 ~Maciej

„To jest kłopot przede wszystkich tych, którzy kupili mieszkanie jako inwestycję” - .... minister budownictwa Andrzej Adamczyk. Komuch, który walczy z prywaciarzami. A myślałem, partie komunistyczne są w Polsce zakazane. Teraz już wiadomo, dlaczego PiS walczy z TK - coraz łatwiej udowodnić, że PiS jest nielegalną partią komunistyczną.

Pokaż cały komentarz ! Odpowiedz
0 0 ~leonorlikowski

Program "Mieszkanie Plus" może być sfinansowany środkami pieniężnymi udostępnionymi rządowi przez NBP. Uzasadnioną propozycję przedstawia poniższy tekst.

O pomyśle tzw. „helicopter money”

Marek Belka, który przed kilkoma dniami zakończył kadencję na stanowisku prezesa Narodowego Banku Polskiego, w wywiadzie udzielonym dla „Polityki” (Nr 25, 15.06-21.06.2016) wyjaśnia, że ponieważ w krajach wysoko rozwiniętych „faktycznie od dawna nic nie działa i gospodarka tkwi w stagnacji … powstał pomysł tzw. helicopter money. To znaczy, na przykład, że bank centralny kupi od rządu obligacje i je potem umorzy. W efekcie rząd będzie mógł dawać ludziom pieniądze. To może zadziałać. Zwłaszcza w sytuacji krytycznej. Ale opory są duże. Ryzyko jeszcze większe. Bo tego nikt jeszcze nie testował” (podkreślenia – LO). W wyżej przedstawionej postaci żaden bank centralny nie udzielał jeszcze kredytu państwu na sfinansowanie deficytu budżetowego. Utarła się bowiem opinia, że taka możliwość stanowiłaby pokusę dla rządzących do nadmiernych wydatków, co skutkowałoby inflacją i w skrajnych wypadkach powodowałoby rozprzężenie systemu monetarnego oraz prowadziło do zapaści gospodarczej. Polscy zwolennicy doktryny neoliberalnej tak bardzo przejęli się tezą, iż bezpośrednie kredytowanie państwa przez bank centralny jest szkodliwe dla gospodarki, że wymogli wprowadzenie do Konstytucji Rzeczpospolitej Polskiej zakazu „pokrywania deficytu budżetowego przez zaciąganie zobowiązania w centralnym banku państwa” (Art. 220. punkt 2.). Polska jest bodajże jedynym krajem, w którym taki zakaz został wprowadzony do konstytucji!

Tymczasem z punktu widzenia celu, jakiemu w zamyśle operacja helicopter money miałaby służyć, nie ma żadnej różnicy pomiędzy tym, gdy bank centralny skupuje z rynku finansowego państwowe lub korporacyjne papiery dłużne i w ten sposób zasila banki komercyjne i korporacje gospodarcze w dodatkową płynność finansową, a następnie dopiero państwo, korzystając z obniżonego tą operacją poziomu stopy procentowej, emituje i sprzedaje nowe papiery dłużne, a z pozyskanych pieniędzy budżet wypłaca zasiłki dla bezrobotnych względnie też organizuje i finansuje roboty publiczne, a tym gdy „bank centralny kupi od rządu obligacje (bez pośrednictwa rynku, czyli nie poprzez prywatne podmioty – LO) i je potem umorzy, (by) … rząd mógł dawać ludziom pieniądze”. Zarówno w jednym jak i w drugim wypadku celem finansowania z kredytów deficytowych wydatków państwa jest wzrost popytu na towary i w ten sposób pobudzanie, nakręcanie koniunktury gospodarczej. Natomiast twierdzenie, iż finansowanie deficytowych wydatków przez państwo pożyczkami zaciąganymi na rynku prywatnym może stanowić skuteczne ograniczenie dla rozmiarów tych wydatków ze względu na to, że są one obciążone kosztem oprocentowania oraz że stopa ich oprocentowania, czyli koszt wzrasta, gdy zwiększony popyt państwa na kredyty musi konkurować na wolnym rynku z popytem na kredyty z innymi podmiotami w stosunku do danej ograniczonej podaży tych kredytów, jest nieporozumieniem.

W warunkach, gdy obieg pieniężny nie jest już związany z zabezpieczającymi go rezerwami złota i banki centralne mogą wykreować dowolne rozmiary wartości rezerw pieniądza M0, które stanowią dla banków komercyjnych bazę do udzielania dodatkowych kredytów, które nie są pokryte lokatami oszczędnościowymi i emitowania w ten sposób pieniędzy depozytowych w postaci zapisów na otwieranych rachunkach kredytobiorcom, dalsze utrzymywanie i przekonywanie, że państwo nadal powinno pokrywać swoje długi oprocentowanymi kredytami zaciąganymi u podmiotów prywatnych jest nie tylko nieporozumieniem, jest oszustwem, na którym tuczą się wąskie grupy finansowych rekinów!

W tekście pt.: „O zadłużeniu generowanym przez kredytową kreację pieniądza obiegowego” ( https://drive.google.com/file/d/0B7WpSY_44Cnod29xelVWYkh3eUU/view) przedstawiłem dowód, że kreacja kredytowego pieniądza w każdym wypadku, gdy część naliczanego i realizowanego oprocentowania od udzielanych kredytów, kreujących nowy pieniądz obiegowy jest kapitalizowana, powoduje systematyczny wzrost udziału ogólnego długu w dochodzie narodowym. Niezależnie, jak bardzo bank centralny obniży referencyjną stopę procentową, nawet poniżej zera, banki komercyjne będą zawsze udzielały kredytów obciążonych dodatnią stopą. Ponieważ swoje bieżące koszty funkcjonowania pokrywają z pobieranej prowizji, więc pobierane oprocentowania od wykreowanych kredytów jest w lwiej części kapitalizowane. Nie ma znaczenia, czy oprocentowanie to jest kapitalizowane przez same banki, czy też przez ich udziałowców z otrzymywanych dywidend. Szczególnie szybko wzrasta udział długu w dochodzie, gdy gospodarka znajduje się w stagnacji lub w fazie niewielkiego wzrostu. Właśnie dlatego prowadzona przez Fed a ostatnia też przez EBC polityka Quantitative Easing, czyli wykupywanie z rynku długoterminowych papierów dłużnych państwa a nawet prywatnych korporacji po to, aby poprzez obniżenie długoterminowych stóp procentowych obniżyć krótkoterminowe stopy do zera a nawet poniżej zera, okazała się zupełnie bezskuteczna. Ten zamysł prowadzenia polityki pieniężno-finansowej nie sprawdza się, albowiem nie ma chętnych do dalszego zadłużania się; odwrotnie zadłużeni spłacają swoje długi. Spłacają swoje długi nie tylko podmioty prywatne ale i państwa. Wszyscy przeszli na zasadę samoograniczania wydatków! Nie ma więc wzrostu popytu i dlatego koniunktura jest niemrawa, gospodarka nie wzrasta dynamicznie.

Od pewnego czasu krąży nieoficjalny pogląd, że można by aktywizować dodatkowy popyt poprzez rozdawanie specjalnie dodatkowo wydrukowanych pieniędzy . Wydaje się, że podobnym zamysłem kierowali się organizatorzy referendum w Szwajcarii, które odbyło się 5 czerwca 2016 r. i w którym Szwajcarzy w zdecydowanej większości wypowiedzieli się przeciwko propozycji wypłacania zasiłku w kwocie 2500 franków każdemu dorosłemu obywatelowi, którego roczny dochód kształtuje się poniżej 60 proc. średniego dochodu. Projektodawcom niewątpliwie chodziło o stymulowanie popyt. Jednak sposób, jaki na to wymyślili urąga przyzwoitości i zasadom, na których opiera się współczesna cywilizacja włączania sił i zdolności jak najszerszego kręgu jednostek do tworzenia dóbr materialnego bytu i kultury duchowej ludzkiej społeczności. Jest prawdą, że nie zawsze podział efektów jest adekwatny i sprawiedliwy do wkładu pracy. Jednak rozwiązań trzeba poszukiwać nie w sferze tzw. równościowej, demagogicznej ideologii a w coraz wnikliwszym zgłębianiu działania praw ekonomii.

Zamiast zastanawiać się nad tym, jak przetestować helicopter money, prezesi banków centralnych powinni zaprzestać skupowania państwowych papierów dłużnych i w ten nieskuteczny już sposób usiłować pobudzać koniunkturę gospodarczą, a przystąpić do bezpośredniego udzielania państwu kredytów na finansowanie deficytów budżetowych. W warunkach politycznej niezależności banku centralnego, to jego prezes i organ doradczy mogą bowiem prawidłowo oceniać i decydować, do jakiej wartości deficyt budżetowy może być finansowany bezprocentowym kredytem kreowanym przez bank centralny, aby nie wywołać inflacji.

W książkach: „Pieniądz endogeniczny czy egzogeniczny?” (1999 r.) oraz „Produkcja i sprzedaż towarów oraz obieg pieniężny w gospodarce dynamicznej” (2013 r.) wykazałem i dowiodłem, że każda gospodarka znajdująca się w fazie wzrostu wytwarza nadwyżkę podaży towarów w stosunku do popytu określonego dochodami/przychodami pieniężnymi realizowanymi przy produkcji i obrocie towarów. Wartość tej nadwyżki jest określona przez trzy parametry: 1)długość cyklu obrotu rezerw pieniędzy transakcyjnych, 2) strumienia sprzedawanej wartości produkcji globalnej, 3) stopy wzrostu produkcji globalnej. Wartość nadwyżki podaży to po prostu przyrost wartości sprzedanych towarów w okresie bilansowym. Właśnie na ten przyrost podaży banki komercyjne udzielają kredytów i kreują pieniądz depozytowy. Banki komercyjne, które działają w rozproszeniu, prowadzą akcję udzielania dodatkowych kredytów w sposób nieskoordynowany: jeżeli udzielą kredytów na wartość większą od wartości nadwyżki podaży, wystąpi inflacja, a jeżeli na mniejszą deflacja. Ponadto cała nadwyżka podaży nie powinna być upłynniana na realizowanie inwestycji komercyjnych, bo podnosi to tempo wzrostu produkcji i podaży towarów w stosunku do tempa realizowanego z inwestycji finansowanych z oszczędności z dochodów. Powstaje wtedy boom inwestycyjny i bańka spekulacyjna, które narastają, kumulują się w miarę, jak w nowym cyklu pierwotna nadwyżka podaży zostaje zainwestowana w najniższych fazach procesów produkcji i potem przesuwa się przez kolejne pośrednie fazy aż do faz produkcji dóbr finalnych. Gdy ta wezbrana fala dóbr finalnych dociera i zalewa rynek, nie ma na nią popytu. Dlatego ceny gwałtownie załamują się, spadają i gospodarka pogrąża się w recesji.

Z powyższego wynika, że banki komercyjne nie powinny mieć w ogóle prawa kreowania kredytowego pieniądza obiegowego. Prawo kreowania pieniądza obiegowego powinno być zastrzeżone do wyłącznej kompetencji banku centralnego. Bank centralny: p o p i e r w s z e, posiada bieżącą pełna informację o stanie gospodarki i dlatego może stosunkowo bezbłędnie dostosować kreację i przyrost wartości podaży pieniądza do wartości przyrosty podaży towarów na rynek, p o d r u g i e, udzielając kredytu państwu na sfinansowanie określonej wartości deficytu budżetowego zapewni w ten sposób upłynnienie nadwyżki podaży wyłącznie na cele niekomercyjne i tym samym nie będzie realnej, materialnej podstawy do wywoływania boomów inwestycyjnych oraz powstawania baniek spekulacyjnych, i p o t r z e c i e, udzielając państwu bezprocentowego kredytu zapewni, że nie będzie stałego wzrostu udziału długu w dochodzie z tytułu kreacji pieniądza i wzrostu jego obiegu.

Finansowanie przez bank centralny emitowanym pieniądzem obiegowym określonej wartości wydatków budżetowych będzie zapewniało kreowanie stałego wzrostu popytu oraz stymulowanie zrównoważonego wzrostu gospodarczego. Polska może być pierwszym krajem, który może pozytywnie przetestować pomysł helicopter money w postaci zmodyfikowanej, tj. wyżej przedstawionej. Ale wcześniej trzeba będzie usunąć nieszczęśliwy zapis z Konstytucji Rzeczpospolitej Polskiej o zakazie „pokrywania deficytu budżetowego przez zaciąganie zobowiązania w centralnym banku państwa” (Art. 220. punkt 2.). LO

Pokaż cały komentarz ! Odpowiedz
0 0 ~leonorlikowski

Do tekstu : „O zadłużeniu generowanym przez kredytową kreację pieniądza obiegowego”
można też dotrzeć: http://leonorlikowski.bloog.pl/id,354996582,title,O-zadluzeniu-generowanym-przez-kredytowa-kreacje-pieniadza-obiegowego,index.html

! Odpowiedz
1 15 ~chcezapracowacsamnaw

Nikt tu nie widzi problemu mieszkań komunalnych. Patologia ktora w nich mieszka, przeważnie rodziny wielodzietne, nie płacą czynszu ani innych opłat. Państwo nie może ich wyrzucić bo są tam małe dzieci. Problem ma więc miasto czy gmina ktora musi im znaleźć lokal zastępczy na ktory muszą sie zgodzić(a dług rośnie). Wiec pytam się: jeśli patologia dostanie mieszkania na tzw "wynajem" to sądzicie że bedzie płaciła czynsz? Zniszczą miszkania a my bedziemy płacić za to wszystko.

Pokaż cały komentarz ! Odpowiedz
2 4 ~bankster

Dlaczego powinniśmy się sprzeciwiać programom rządowym np. dofinansowania do mieszkań ? Każdy program ładnie brzmi, bo każdy wie, że pomaganie jest dobre i akceptowalne społecznie. Jednak inny ma wymiar pomaganie „od dolne” , jakie podejmują poszczególne jednostki np. wąska grupa ludzi pomaga w zbiórce odzieży a inne te „ odgórne” z władzą na czele w postaci programów. W powszechnej opinii wiadomo, że najlepiej wydaję się cudze pieniądze a zwłaszcza kiedy ich jest dużo. Programy rządowe tak działają na iluzji bogactwa i na efekcie skali i właśnie ten efekt skali powoduję rozmywanie kosztów ba ich wręcz zawyżanie, bo i tak koszty zostaną pokryte z przychodzących podatków (ich prognoz) lub emisji obligacji. Każdy program jest ogłaszany zatem rynek się może przygotować np. stopniowo podnosząc ceny nieruchomości a co przekłada się na kredyty. Dodatkowo programy są dedykowane do pewnej grupy a więc nie wszyscy się załapią a koszty ponoszą wszyscy – co skończy się podnoszeniem podatków. Dalej pogramy dofinansują na ogół część inwestycji a określone kryteria wymuszają pewne działania w określonym czasie np. jeśli program mieszkaniowy jest dedykowany do osób do 35 roku życia z dofinansowaniem 20 % hm. kto z Was ma 300tyś na koncie w wieku 30 lat? Nikt, co robisz? idziesz do banku po kredyt na 30 lat acha z czego dzięki regulacją państwowym dostajesz 80% wartości czyli program wymusił pójścia do banku po kredyt. Bank jest szczęśliwy deweloper i Ty bo masz mieszkanie co z tego, że płacisz większą ratę.

Pokaż cały komentarz ! Odpowiedz
19 12 ~obiektywna

Ten program to problem, ale... opozycji "totalnej". Najpierw 500+ teraz Mieszkanie+ a niedługo rząd będzie miał 50% poparcia. Już ma w okolicach 40% a na tym licznik się nie zatrzyma.

! Odpowiedz
1 2 ~abc

Panie Redaktorze!

3 000 za m2 (2 500 - 4 000) jest realne, bez kosztów gruntu i bez parkingu podziemnego.

Odnośnie restrykcji: wielkim problemem i kosztem jest nieplanowe rozlewanie się miast, tzw. palczasta zabudowa. Zlikwidować by to można było budując infrastrukturę w tzw. szczerym polu i to zarówno pod domy jednorodzinne jak i wielorodzinne. Przy czym to urbaniści powinni wskazać, gdzie powinna powstać zabudowa wielorodzinna, gdzie biura, gdzie centra handlowe, a gdzie dopuścić mieszaną zabudowę.

Wszelkie intensywne formy zabudowy powinny być połączone komunikacją szynową: przede wszystkim tramwaj, ale również pociąg, metro.

Wielkim problemem są koszty wykupu gruntów pod infrastrukturę: właściciele domagają się odszkodowań według wartości uzbrojonych gruntów.

Pokaż cały komentarz ! Odpowiedz
5 3 ~ste

popieram w 100 %, świetny artykuł

! Odpowiedz

Wskaźniki makroekonomiczne

Inflacja rdr 2,2% IX 2017
PKB rdr 3,9% II kw. 2017
Stopa bezrobocia 6,9% IX 2017
Przeciętne wynagrodzenie 4 473,06 zł IX 2017
Produkcja przemysłowa rdr 4,3% IX 2017

Znajdź profil

Zapisz się na bezpłatny newsletter Bankier.pl