Za sprawą Grzegorza Schetyny z politycznej zamrażarki powróciła właśnie waloryzacja kwoty wolnej od PIT. Propozycja zupełnie niestrawna dla domowych budżetów i całkowicie odklejona od realiów.


Obiecane 60 tysięcy złotych to dziś propozycja „przeterminowana” o ponad dwa lata inflacji i dynamicznego wzrostu płac. Zanim te przepisy w ogóle wejdą w życie (o ile kiedykolwiek to nastąpi), resztki ich wartości pożre drożyzna. Zwłaszcza że politycy odsunęli realizację obietnicy bezpiecznie na czas kolejnej kampanii wyborczej, czyli na końcówkę 2027 roku.
Zacznijmy od krótkiej retrospekcji. Jest sierpień 2023 roku, a Donald Tusk zapowiada właśnie “100 konkretów na pierwszych 100 dni”. Ile z nich się udało, to zupełnie inna opowieść, niemniej wśród nich znalazła się wówczas obietnica zwiększenia kwoty wolnej od podatku do 60 tys. zł rocznie. Do dziś niezrealizowana. Zresztą minister Andrzej Domański już w 2024 roku wylał na te plany wiadro lodowatej wody, tłumacząc, że w 2026 roku podwyżki nie będzie, a w 2027 "może być o nią bardzo trudno".
Powód od lat jest ten sam. Operacja kosztowałaby budżet dziesiątki miliardów złotych i to w czasie, kiedy w państwowej kiesie świeci pustka - Według najnowszych danych eurostatu długu publiczny w relacji do PKB na koniec pierwszego kwartału 2026 roku zbliża się do 62 procent. (61,6 proc.).
Wtem pojawia się jednak deklaracja Grzegorza Schetyny, który ogłosił iż, “Przed końcem obecnej kadencji zrealizujemy zobowiązanie podniesienia kwoty wolnej od podatku z 30 tys. zł do 60 tys. zł”; chociaż jak dodał “Nie wiem, czy od razu zdarzy się tak, że będziemy mogli całość zrealizować, ale rozpisać to na następne kroki na pewno tak”.

Obiecać dwa razy, ale w sumie nie do końca
Nawet jeśli ostatecznie politykom uda się wysupłać te pieniądze "rzutem na taśmę" na sam koniec kadencji, spójrzmy prawdzie w oczy, będzie to (delikatnie mówiąc) musztarda po obiedzie, a jeżeli kadłubkowa, nadżarta zębem inflacji i wzrostu płac, wersja zostanie jeszcze okrojona i wprowadzana stopniowo, to będzie to, mówiąc szczerze, nieśmieszny żart, który uderzy w najgorzej zarabiających.
Na początku kadencji, chwile po zakończeniu okresu pierwszych 100 dni, szczegółową analizę popełnił Krzysztof Kolany, który już wówczas ocenił tę sytuację podatkową kpiną z ludzi pracy, punktując, że „miliony ludzi z roku na rok oddają rządowi coraz więcej pieniędzy”.
Odsyłam państwa tym samym do tego wartościowego tekstu. Od jego publikacji minęło jednak sporo czasu, a więc czas na drobną aktualizację części liczb.
Tusk w butach Morawieckiego. Inflacja "pożera" progi podatkowe
Wiemy już, że waloryzacji kwoty wolnej od PIT nie będzie. Nie ma też mowy o urealnieniu pozostałych progów podatkowych, przez co miliony ludzi z roku na rok oddają rządowi coraz więcej pieniędzy.
Zacznijmy od najgorzej zarabiających, w których zwlekanie z reformą uderza najmocniej. Od 1 stycznia 2026 roku płaca minimalna wynosi 4806 zł brutto miesięcznie. W skali roku daje to pracownikowi przychód na poziomie ponad 57,6 tys. złotych. Jeśli odliczymy od tego składki na ubezpieczenia społeczne finansowane przez pracownika oraz koszty uzyskania przychodu, podstawa opodatkowania wyniesie realnie około 46,7 tys. zł. Tymczasem kwota wolna od podatku wciąż tkwi na niezmienionym od lat poziomie 30 tys. zł. Oznacza to, że podatek dochodowy (PIT) jest dziś naliczany od blisko 16,7 tys. zł nadwyżki. Innymi słowy: niemal 30 procent rocznych zarobków brutto pracownika minimalnego w ogóle nie łapie się na kwotę wolną i podlega opodatkowaniu. A przecież nie możemy zapominać o 9-procentowej, nieodliczalnej składce zdrowotnej, która działa de facto jak kolejny podatek.
Waloryzacja kwoty wolnej do 60 tys. złotych jeszcze dziś (co wiemy, że jest nierealne), sprawiłaby, że bufor pomiędzy zarobkami, a obiecywaną kwotą (na dziś!) wynosiłby jedynie nieco ponad 2300 złotych. De facto więc znaleźlibyśmy się w punkcie wyjścia, w którym znów powinniśmy ją waloryzować. A przecież mowa jest nie o tym roku, a o końcówce przyszłego i to “na raty”; zapewne rozłożone na rok 2028, a może nawet i 2029.
W przyszłym roku pensja minimalna, z dużą dozą prawdopodobieństwa, wyniesie już 4950 złotych brutto, a więc 59,4 tys. złotych w skali roku. Bufor zmniejsza się więc już do 600 złotych. Jeżeli przyjmiemy, na wzór obecnego, około 3-procentowy wzrost płacy minimalnej w kolejnych latach, to tym samym w roku 2028 będziemy mieli już około 5100 złotych brutto miesięcznie (co daje 61,1 tys. złotych rocznie), a w 2029 roku – około 5250 złotych brutto (czyli ponad 63 tys. złotych w skali roku). Buforu nie ma.
Ile powinna wynosić kwota wolna? A może lepiej postawmy na inny mechanizm?
Przypomnę tylko, że w czasie kiedy obietnia waloryzacji pojawiła się podczas kampanii wyborczej, pensja minimalna wynosiła 3600 złotych brutto (43 200 zł w skali roku), a tym samym różnica pomiędzy płacą, a kwotą wolną znajdowała się na poziomie 16 800 złotych.
Chcąc więc dziś osiągnąć ten sam efekt, co przed laty, i zagwarantować najmniej zarabiającym dokładnie taki sam bufor ochronny przed podatkiem, propozycja rządzących w zależności od daty wprowadzenia powinna wynosić:
-
Na koniec 2027 roku (przy szacowanej płacy minimalnej 59 400 zł rocznie) – 76 200 złotych.
-
W 2028 roku (przy szacowanej płacy minimalnej ok. 61 200 zł rocznie) – 78 000 złotych.
-
W 2029 roku (przy szacowanej płacy minimalnej ok. 63 000 zł rocznie) – 79 800 złotych.
Zamiast jednak bawić się w niekończącą się pogoń za uciekającymi liczbami i licytować na kolejne, oderwane od gospodarczych realiów obietnice, warto spojrzeć na problem systemowo. Coroczne podnoszenie kwoty wolnej od podatku, a także pozostałych progów i limitów zapisanych w ustawie o PIT (przynajmniej o wskaźnik oficjalnej inflacji CPI) powinno stać się twardym, ustawowym obowiązkiem rządzących.
Dopóki parlament nie przegłosuje corocznej, automatycznej waloryzacji wszystkich progów dochodowych, dopóty będziemy skazani na ten sam polityczny spektakl, w którym zanim zmiana wreszcie wejdzie w życie, nie stanie się zapowiadanym impulsem dla portfeli najmniej zarabiających, a jedynie formalnym domknięciem obietnicy, z której twarda rzeczywistość zdążyła już całkowicie wycisnąć sens i zmusiła do powrotu do punktu wyjścia.






























































