Kraje mniej rozwinięte, te które są mniej odporne na wstrząsy podażowe, ucierpią najbardziej. Mam tu na myśli kraje takie jak Indie, Bangladesz, Sri Lankę, Filipiny czy Afrykę Subsaharyjską. W następnej kolejności mamy kraje europejskie, które specjalizują się w sektorach energochłonnych i surowcochłonnych, takich jak chemia czy nawozy sztuczne – mówi Krzysztof Błędowski, Senior Fellow, Strategy & Leadership, ekonomista z wieloletnim doświadczeniem w amerykańskich instytucjach finansowych, adiunkt wizytujący w Wyższej Szkole Informatyki i Zarządzania.


Od miesiąca trwa wojna Stanów Zjednoczonych i Izraela z Iranem. Widzimy gwałtowne zmiany ceny surowców energetycznych z uwagi na to, że kraje Zatoki Perskiej zaopatrują światową gospodarkę w ropę i gaz skroplony. Wpływ tego konfliktu widoczny jest w wielu krajach. Jak reaguje na to amerykańska gospodarka?
Na pewno rynek akcji odczuwa to silnie, podobnie jak rynek papierów dłużnych, które też staniały. Najwyraźniej inwestorzy spodziewają się zwiększenia dynamiki inflacji, a także zahamowania wcześniej planowanego poluzowania polityki monetarnej przez FED. Zarówno rynki finansowe jak i przedsiębiorstwa spodziewają się słabszego popytu, niższych dochodów, a więc są ostrożniejsi z wydatkami. Jedyny rynek, który na razie się z tego wyłamuje, to rynek walut. Być może wynika to z przeświadczenia, że względnie biorąc, amerykańska gospodarka traci mniej niż reszta rozwiniętego świata. Na przykład, Stany Zjednoczone są nieco bardziej wyizolowane od negatywnych wpływów poprzez większą dostępność ropy i gazu. Dolar na tle innych walut na razie nieźle się trzyma. Ogólnie, jestem zaskoczony siłą negatywnych reakcji wszystkich rynków. Najwyraźniej oczekuje się długotrwałego konfliktu, trudności w odblokowaniu Cieśniny Ormuz albo obu tych efektów.
Tu w Polsce obawiamy się inflacji, bo pamiętamy jaka ona była po covidzie i wybuchu wojny na Ukrainie. Na ile ten regionalny kryzys może przełożyć się na globalne spowolnienie?
Na pewno impuls inflacyjny się utrzyma, bo już widać bezpośrednie przełożenie na ceny benzyny i gazu ziemnego. Wpływ na produkty półprzetworzone i finalne dostrzeżemy z opóźnieniem. Wszyscy spodziewają się impulsu inflacyjnego w krótkim okresie. Tak więc inflacja na koniec roku będzie w Polsce wyższa niż uprzednio prognozowano nawet gdyby konflikt osłabł. W średnim okresie – czyli na przykład w przyszłym roku – ważne będą oczekiwania inflacyjne. To znaczy, na ile przedsiębiorcy i pracobiorcy zaczną zakładać utrzymanie się status quo na dłużej. Niewykluczone, że wtedy te krótkoterminowe wzrosty cen będą zrekompensowane żądaniami podwyżek wynagrodzeń.

Jak się popatrzy na przebieg tej wojny, to kluczowa jest tu cieśnina Ormuz. Co prawda jest ona tylko geografią, ale jest też newralgicznym punktem handlowym dla krajów Azji, Europy i Afryki. To wąskie gardło w krótkim terminie może się przełożyć na szybsze spowolnienie wzrostu gospodarczego w tej części świata. Półkula Zachodnia jest w nieco lepszej sytuacji z uwagi na zasoby węglowodorów z Ameryce Północnej.
Patrząc na ceny paliwa, to u nas w Polsce widać już bardzo wyraźnie wpływ tej wojny, przez trzy tygodnie litr benzyny zdrożał o 2 zł, a diesla jeszcze więcej. Rząd przygotował specjalną ustawę, która ma obniżyć ceny benzyny i diesla. Jak wzrost cen ropy przełożył się na ceny paliw w USA?
Wzrost cen na amerykańskich stacjach paliw jest nieco mniej drastyczny niż w Europie. Cena benzyny zwykłej wzrosła o ok. dolara na galonie, czyli 27 centów na litrze, a więc dokładnie o złotówkę mniej niż w Polsce. To nieco zaskakujące, bo przez wyższy udział podatków w cenie litra paliwa w UE niż w USA każda spora eskalacja cen surowca szybciej wywinduje cenę detaliczną w USA niż w Europie. Tutaj jest odwrotnie.
Dlaczego tak jest?
Bo podaż ropy w USA nie jest zagrożona tak jak w reszcie świata w średnim okresie. Maklerzy od ropy windują przyszłe ceny surowca z Bliskiego Wschodu spodziewając się wąskich gardeł podażowych. Europa jest tu po prostu w gorszej sytuacji niż USA, Kanada czy Meksyk. Zauważmy też, że psychologicznie te zwyżki mają większe przełożenie na sentyment gospodarstw domowych słabiej usytuowanych, tam gdzie udział wydatków podstawowych, np. żywności czy paliwa, jest duży.
Jaka jest narracja w Stanach dotycząca tej wojny? Dlaczego USA wspólnie z Izraelem właśnie teraz uderzyły na Iran? Jaki jest przekaz w głównych mediach amerykańskich? Tu w Polsce tak na dobrą sprawę nie wiemy dlaczego teraz wybuchł ten konflikt.
Tradycyjne, centrowe media amerykańskie nie dają tu jednoznacznej odpowiedzi. Z jednej strony jest narracja „wojny z wyboru”, to znaczy, że USA nie były zmuszone do rozpoczęcia konfliktu. Z drugiej strony mamy narrację rządu i dużej części partii Republikańskiej, że to była „wojna z konieczności” bo Iran był od krok od technicznych możliwości wyprodukowania głowic nuklearnych. Obie argumentacje egzystują równolegle i badania opinii publicznej wykazują silną biegunowość polityczną.
Pojawiają się spekulacje, że wojna w Iranie miała być ucieczką Trumpa do przodu, mając na uwadze zbliżające się wybory uzupełniające do Kongresu i Senatu, gdzie Republikanie mogą stracić większość, a co za tym idzie może się wtedy rozpocząć procedura impeachmentu.
Ja nie spotkałem się z tego rodzaju tezą. Większość ekspertów z którymi rozmawiam lub których słucham zwraca uwagę bardziej na kwestie strategiczne i militarne niż polityczne. Można nieco odwrócić tę tezę, twierdząc, że Trump uciekł do przodu stawiając wszystko na jedną kartę spodziewając się szybkiego sukcesu. Ale taka kalkulacja jest słabo uzasadniona. Wiadomo było od samego początku, że skutki ekonomiczne wojny będą negatywne dla Stanów Zjednoczonych, a więc dla politycznych perspektyw administracji i jego partii. Suma negatywów przewyższyłaby sumę pozytywów. To słaba kalkulacja polityczna w moim mniemaniu.
Na ile zaangażowanie administracji USA w konflikt z Iranem wstrzyma ofensywę Trumpa na froncie celnym? W ostatnich miesiącach mieliśmy istną sinusoidę w tej materii. Raz prezydent USA ogłaszał wprowadzenie nowych stawek celnych, by za chwilę się z nich wycofać. Rynki przyzwyczaiły się chyba do tej nieprzewidywalności Trumpa. Czy teraz ta wojna celna się uspokoi? Czynników pogarszających sytuację makroekonomiczną globalnej gospodarki wszak nie brakuje.
Byłbym daleki od stawiania tych wojen obok siebie. Wojna kinetyczna jest konfliktem w czasie rzeczywistym podczas gdy wojna celna nie musi być w pełni ciągła w czasie. W wojnie handlowej Trumpa mamy słabe uzasadnienie ekonomiczne i jeszcze słabsze strategiczne. Dodatkowo dochodzą tu elementy prawne, w których sądy mogą blokować stosowanie niektórych instrumentów handlowych. Tak więc jeśli wojna celna przycichnie to nie dlatego, że wojna z Iranem zajmie jej miejsce, ale dlatego, że wygaśnie ognisko, które tę wojnę podsyca.
Czy czeka nas globalne spowolnienie?
Zdecydowanie tak. Moim zdaniem sentyment został podważony, zarówno wśród tych którzy planują długoterminowo, np. inwestorów typu greenfield, jak i wśród akcjonariatu rozproszonego. Ceny obligacji spadają, bo inwestorzy spodziewają się sztywniejszej polityki monetarnej i impulsu inflacyjnego. Z obu źródeł płynie wyższy koszt kapitału przy jednoczesnej perspektywie osłabienia dynamiki dochodów, w tym płac. Podobne trendy dotykają krajów rozwijających się jak i rozwiniętych. Perspektywy wzrostu gospodarczego już są rewidowane w dół na całym świecie.
To spowolnienie bardziej dotknie Azje, Europę czy Amerykę?
Kraje mniej rozwinięte, te które są mniej odporne na wstrząsy podażowe, ucierpią najbardziej. Mam tu na myśli kraje takie jak Indie, Bangladesz, Sri Lankę, Filipiny czy Afrykę Subsaharyjską. W następnej kolejności mamy kraje europejskie, które specjalizują się w sektorach energochłonnych i surowcochłonnych, takich jak chemia czy nawozy sztuczne. Najmniej dotknięte będą kraje po drugiej stronie Atlantyku, a więc obie Ameryki. Wpływ tej wojny na świat będzie więc nierówny.






























































