Rentowność polskich obligacji 10-letnich ponownie poszła ostro w górę i sięgnęła najwyższego poziomu od marca 2023 roku. Po części jest to pochodna trendów globalnych, ale taki ruch można też odbierać jako reakcję na projekt przyszłorocznego budżetu państwa.


W poniedziałek 14 września rentowność 10-letnich obligacji skarbowych zawędrowała na wysokość niemal 6,39%, tylko od poranka rosnąc o 7,5 punktów bazowych. Od początku lipca skala zwyżki rentowności polskich 10-latek przekroczyła 100 pb. (czyli ponad jeden punkt procentowy). Rentowność porusza się w przeciwnym kierunku niż cena obligacji. Tj. jeśli rentowność rośnie, oznacza to, że cena obligacji o stałym kuponie maleje.
A jeszcze pod koniec lutego rentowność polskiego długu przejściowo spadła poniżej 5%, wyznaczając 4-letnie minimum. W ten sposób rynek najpierw przetestował dolne, a następnie górne ograniczenie trendu bocznego, w jakim rentowność polskich 10-latek pozostawała po 2022 roku. A w ostatnich tygodniach doszło do dynamicznego wybicia górą, co na gruncie analizy technicznej kazałoby już spoglądać na poziom 7%.
Zobacz także
Polska wersja globalnych trendów
Warto przy tym mieć świadomość, że osłabienie polskiego długu skarbowego nie jest zjawiskiem odosobnionym. To część globalnego trendu wzrostu rentowności długoterminowych papierów skarbowych, który z mniejszym bądź większym natężeniem obserwujemy od blisko roku.
I tak w Stanach Zjednoczonych dochodowość 10-letnich Treasuries w piątek sięgnęła 5%, dochodząc do psychologicznej i technicznej bariery sprzed trzech lat. Poziomy znacząco wyższe od 5% po raz ostatni zanotowano w roku 2007. Wieloletnie maksima rentowności długu skarbowego widzieliśmy także w Japonii, Niemczech, Francji czy Wielkiej Brytanii. Więcej na ten temat można przeczytać w artykule zatytułowanym: "Globalna wyprzedaż obligacji skarbowych".
Oficjalnym wytłumaczeniem tego zjawiska jest nasilająca się presja inflacyjna wywołana szokiem naftowym i ekstremalnie wysokimi cenami paliw. Inwestorzy spodziewają się zatem wyższych stóp procentowych w bankach centralnych i wliczają te oczekiwania w wyceny instrumentów dłużnych.

Ale w mojej opinii sprawa ma znacznie głębsze korzenie. Rynek po prostu widzi, co rządzący robią z finansami publicznymi. 8 z 10 największych gospodarek globu może się "pochwalić" długiem publicznym przewyższającym 80% PKB. Równocześnie 6 z 10 wykazuje deficyt fiskalny przewyższający 3 proc. PKB, a w przypadku USA i Chin sięga on 6 proc. PKB.
Co gorsza, nigdzie na świecie nie widać woli politycznej, aby coś z tym zrobić. Rządy emitują więc coraz więcej obligacji na zrolowanie starych długów i pokrycie bieżących deficytów fiskalnych. A władze większości krajów G10 zamierzają wręcz utrzymać gigantyczne manka, wydając pieniądze czy to na wojsko, czy na socjał, czy też na coraz wyższe koszty obsługi długu publicznego.
Budżet 2027: szaleństwo bez metody
Sytuacja Polski nie jest tu zatem wyjątkowa. I rok 2027 ma być pod tym względem kontynuacji fatalnej polityki budżetowej. Projekt przyszłorocznego budżetu państwa zakłada utrzymanie deficytu fiskalnego przewyższającego 7% PKB i dług publiczny wyraźnie powyżej 60% PKB. Rekordowo wysokie mają być też koszty obsługi tego długu, zaplanowane na 107 mld zł.
Nawet Rada Fiskalna nie owijała w bawełnę i uznała, że "projekt ustawy budżetowej na 2027 r. prezentuje trwałą i głęboką nierównowagę finansów publicznych, a rząd nie wykorzystuje sprzyjających warunków gospodarczych do ograniczenia deficytu". Co więcej, Rada w swojej opinii napisała, że faktyczne wpływy podatkowe mogą się okazać niższe od założonych. Za tak złą sytuację finansów publicznych odpowiada nieokiełznany wzrost wydatków państwa, które w ubiegłym roku przekroczyły 50% PKB. Towarzyszy temu podwyższony (tj. wyższy od wieloletniej średniej) fiskalizm państwa i relatywnie wysoka jak na Polskę relacja dochodów budżetowych do PKB przekraczająca 42%.


























































