Dziś wchodzą w życie przepisy, które uelastyczniają czas pracy. Związki grzmią, że teraz możliwa będzie praca po 12 godzin przez pół roku. Uelastycznienie przepisów korzystne jest dla dużych firm. Tracą pracownicy, którzy nie dostają nic w zamian. Czy to są reformy, na które czeka rynek pracy?

Źródło: Thinkstock
Uelastycznienie, czyli wydłużenie okresów rozliczeniowych oraz umożliwienie przedsiębiorcom wydłużenie czasu pracy zatrudnionym bez konieczności zapłaty za nadgodziny, to bez wątpienia dobre rozwiązanie dla pracodawców. Będą oni mogli zmienić czas pracy załodze w zależności od potrzeb produkcyjnych. Pośrednio pozytywnie wpłynie to na zatrudnienie w tych firmach, bo nie będą musiały zwalniać pracowników w okresie przestojów. Z drugiej strony - to nie jest żadna reforma.
Oburzenie związkowców
Związkowcy są oburzeni. Uważają, że jest to powrót do niewolnictwa. W pewnym sensie mają rację, bo rzeczywiście pracownicy będą do dyspozycji pracodawców. Prawdopodobnie możemy spodziewać się strajków w obronie poprzednich przepisów. Niestety dalej brakuje propozycji, które miałyby realny pozytywny wpływ na rynek pracy.
Kodeks pracy wymaga zmian, ale nie tylko takich, które dotyczą dużych przedsiębiorstw produkcyjnych i eksportowych, gdzie głównie działają organizacje związkowe. Potrzebne są reformy obejmujące także małe i średnie przedsiębiorstwa, które tworzą 70% etatów i w największym stopniu tworzą Produkt Krajowy Brutto. Największą barierą w ich rozwoju są duże koszty pracy związane z bardzo wysokimi składkami do ZUS oraz podatkiem dochodowym. To odbija się też na pracownikach, którzy po prostu otrzymują niższe wynagrodzenia netto, bo 41% ich pensji trafia z powrotem do budżetu.

"Śmieciówki" coraz popularniejsze
To w dużej mierze jest przyczyną dużej popularności umów cywilno-prawnych, na podstawie których pracuje ponad 800 tys. ludzi. Na ponad 15 mln pracujących to wciąż niewiele, ale równocześnie blisko 30% zawartych umów cywilno-prawnych powinna być natychmiast zamieniona na umowy o pracę, bo spełniają jej warunki. PIP nie jest wstanie skontrolować wszystkich, ale okazuje się, że trudno znaleźć firmę, gdzie nie dochodziłoby do tego typu nadużyć.
Wciąż brak alternatywy dla umowy o pracę
Stąd potrzeba reform, które wprowadziłyby do Kodeksu pracy nowe formy zatrudnienia. Bardziej elastyczne i tańsze, które byłyby dobrą alternatywą dla drogich umów o pracę i jednocześnie „zbyt tanich” umów cywilno-prawnych. Prawdopodobnie zwiększenie zatrudnienia umożliwiłoby obniżenie składek w ogóle.
Obecnie jest tak, że część ludzi oddaje państwu 41% dochodów, a pozostali nie oddają nic lub bardzo małe kwoty. Studenci stanowią konkurencję dla absolwentów. Osoby prowadzące własną działalność wygrywają z tymi, którzy jej nie posiadają. Nawet w urzędach zatrudnia się ludzi na umowach zlecenia, co powinno być już wyraźnym sygnałem, że umowy o pracę są niedostosowane do obecnych realiów rynkowych.
![]() | » Czy rzeczywiście kosztów pracy nie da się obniżyć? |
Gdyby wprowadzić alternatywę dla umowy o pracę, która pod względem kosztów byłaby zbliżona do umowy cywilno-prawnej, a jednocześnie dawała pracownikom część przywilej zawartych w umowie o pracę, to być może suma składek nie musiałaby wynosić 41%, ale np. 25%. Ponadto pół miliona ludzi pracujących w szarej strefie mogłoby stwierdzić, że praca na czarno jest nieopłacalna i wymusić na pracodawcach jej zalegalizowanie.
Pracownicy to nie tylko koszty. Niestety w Polsce, z uwagi na niekorzystne prawo pracy, trudno ich traktować inaczej.
Szczegóły: Marcin Świerkot, Bankier.pl - m.swierkot@bankier.pl |
Bankier.pl































































