Ponad 300 tys. Brytyjczyków znajduje się w sytuacji bez wyjścia. Z jednej strony nie jest w stanie regulować swoich zobowiązań, z drugiej – nie może ogłosić bankructwa. Problemem są opłaty wymagane, żeby rozpocząć starania o upadłość.



600 lat – tyle czasu potrzebowałby średnio brytyjski „uwięziony” dłużnik, aby uregulować swoje zobowiązania z uzyskiwanych obecnie dochodów. Wyniki badania dotyczącego osób tkwiących w „kredytowym czyśćcu” opublikował „The Independent”.
Kondycję zadłużonych sprawdziła organizacja Christians Against Poverty (Chrześcijanie Przeciwko Biedzie). Odkryła ona, że 700-funtowa opłata za wniesienie do sądu sprawy o bankructwo sprawia, że ponad 300 tys. osób nie jest w stanie wydostać się z pułapki. Dłużnicy tacy nie kwalifikują się do procedury nazywanej DRO (Debt Relief Order) ze względu na zbyt wysokie zaległe zobowiązania. Jeśli należności przekraczają 15 tys. funtów jedynym wyjściem pozostaje upadłość konsumencka, a ta kosztuje siedmiokrotnie więcej niż uproszczony schemat.
Bankruci-turyści korzystają z brytyjskich przepisów
Organizacje pomagające dłużnikom apelują do parlamentu o podwyższenie limitu kwalifikującego do DRO. Pomysł ten ma jednak przeciwników. Gazeta cytuje przedstawiciela firmy doradzającej w wychodzeniu z zadłużenia z Manchesteru, który wskazuje na zjawisko bankrutów-turystów, przybywających głównie z Polski. Podniesienie limitu tylko nasiliłoby zjawisko turystyki upadłościowej.
Anglia ma jedne z najłagodniejszych regulacji prawnych w Europie dotyczących upadłości konsumenckiej, dlatego z obowiązujących tam zasad często korzystają mieszkańcy Niemiec i innych krajów UE. Turystykę upadłościową umożliwiło ogłoszone w 2000 r. rozporządzenie Rady WE, które zakłada, że można ogłosić bankructwo w kraju, w którym przebywa się na stałe. Skutki tego procesu dotyczą także długów powstałych w innych krajach, jeśli zostały one ujawnione przez wnoszącego w procesie.
/mk






























































