Ceny akcji z indeksu S&P 500 rosną szybciej niż zyski spółek w najszybszym tempie od 14 lat, kiedy na Wall Street pompowano bańkę internetową – ostrzega Bloomberg. Komentatorzy zza oceanu są podzieleni co do przyszłości największej gospodarki świata.
Z danych zebranych przez agencję informacyjną wynika, że w ciągu ostatniego roku główny amerykański indeks wzrósł w stosunku do zysków o 14 proc. sięgając ich 16-krotności. Co więcej, obecna hossa jest dłuższa od średniej trwania poprzednich „rajdów”, począwszy od 1946 r.
W sumie od wyznaczonego w marcu 2009 r. dna, S&P 500 wzrósł już o 146 proc. Skumulowane zyski spółek wchodzących w skład indeksu wzrosły w tym samym czasie o niewiele ponad 70 proc. Po raz ostatni ceny akcji wyprzedzały „fundamenty” tak mocno w 1999 r., kiedy walory spółek S&P500 wyceniane były na 30-krotność raportowanych zysków. Rok później na Wall Street zawitała bessa, a główny indeks stracił 49 proc. Podobnie było w 1987 r., kiedy skończyło się na 34-procentowej przecenie.
Fed wciąż pociąga za sznurki
Rozjazd cen akcji i zysków wypracowywanych w spółkach jeszcze dobitniej pokazuje, że kondycja amerykańskich – a przez to i światowych – giełd niezmiennie uzależniona jest od działań Rezerwy Federalnej. Obecna hossa rozpoczęła się niebawem po tym, jak Fed zaczął skupować papiery wartościowe, dzięki czemu rynki otrzymały „ratunkowy zastrzyk” z nowo wykreowanych dolarów. Kolejne lata przyniosły nowe odsłony Quantitative Easing i obecnie co miesiąc Fed skupuje obligacje rządowe i papiery zabezpieczone hipotekami o wartości 85 mld dolarów.
Pogłoski na temat wstrzymania dostarczania rynkom „monetarnej stymulacji” spędzają sen z powiek amerykańskich inwestorów. Swoje dalsze decyzje Rezerwa Federalne uzależnia od kondycji gospodarki USA, która choć przejawia oznaki ożywienia i prezentuje się lepiej od Europy, to wciąż daleka jest od stanu sprzed kryzysu.
Bezrobocie (7,4 proc.; wg, oficjalnych danych – nieoficjalne mówią o dużo wyższym) wciąż wynosi o wiele więcej niż długoterminowa średnia (5,8 proc.). Również poddawany rozmaitym manipulacjom statystycznym PKB (+1,7 proc. w II kwartale) nawet nie zbliża się do długookresowej średniej 3,2 proc. Końca kryzysu w USA nie zwiastują także rosnąca liczba ludzi pobierających pomoc socjalną, bańka na rynku kredytów studenckich czy pogarszająca się kondycja finansowa samorządów lokalnych, czego największą emanacją było bankructwo Detroit.
Boom czy bum?
Prezentowane przez komentatorów finansowych prognozy dla amerykańskiej gospodarki skrajnie się od siebie różnią. W mediach głównego nurtu dominuje lekki optymizm przewidujący ożywienie w drugiej połowie roku. „Amerykańska gospodarka jest ‘przyklejona’ do umiarkowanej ścieżki wzrostu” – pisze dziś Jeffry Bartash z MarketWatch, podkreślając rolę, jaką w wyprowadzeniu USA na prostą będą miały wydatki konsumenckie.
Znacznie dobitniejsze opinie padają z drugiej strony barykady. Marc Faber ostrzega, że nowojorską giełdę czeka krach porównywalny z Czarnym Poniedziałkiem. „Akcje spadną „może o 20% a może i więcej” – stwierdził „Dr Zagłada” w niedawnym wywiadzie dla CNBC. Z kolei Peter Schiff zwraca uwagę na słabe fundamenty amerykańskiej gospodarki. Zdaniem kontrowersyjnego komentatora „wzrost gospodarczy w USA jest iluzją”, u podstaw której leżą zabiegi statystyczne.
Michał Żuławiński
Bankier.pl



























































