W regionach z każdym rokiem ubywa miejsc pracy dla dziennikarzy

Gatunek wymierający

Po zamknięciu lokalnych dodatków „Dziennika Bałtyckiego” redaktor w jednym z oddziałów podwijał rękawy, wyrzucał śmieci i odkurzał podłogę w redakcji. Mówi, że nie był do tego zmuszany – w ten sposób dorabiał miesięcznie 160 zł do wynagrodzenia, które wynosiło 1,5 tys. zł brutto (dostawał je jako jednoosobowa firma). Ponieważ od października ub.r. wszystkie informacje z oddziałów lokalnych muszą się zmieścić już tylko na 8–10 stronach „Dziennika Bałtyckiego”, dziennikarze, tracąc niekiedy na wierszówce, dorabiają kolportażem gazety. Mówią, że dostają 30 gr. za egzemplarz, bo wynagrodzenia podstawowe zmniejszono niektórym nawet do 500 zł brutto. Na forum internetowym żalą się, że zawód dziennikarza w regionach umiera, pracodawcy coraz gorzej ich traktują, a pieniądze, które dostają, w najlepszym wypadku nie zmieniają się od lat. Niektórzy w oddziałach sami odeszli z pracy z powodu zbyt niskich pensji. Innego zajęcia w zawodzie dziennikarza raczej w swoich miastach nie znajdą.

Z gazety na prom

Problemy ze znalezieniem pracy mają dziennikarze prasowi w prawie każdym regionie. O ile dla radiowców i reporterów telewizyjnych regionalne rynki od dawna są profesjonalną pustynią, o tyle dziennikarze prasowi mieli więcej możliwości pracy. Zamykanie dodatków lokalnych, łączenie tytułów i likwidowanie lepiej płatnych etatów tę sytuację zmienia. – Gdy z lubelskiego oddziału „Gazety Wyborczej” odeszło dziewięć osób, na etatach zatrudniono troje stażystów. Doświadczony dziennikarz zarabia teraz około dwóch tysięcy na rękę – zdradza jeden z byłych dziennikarzy lubelskiego oddziału „GW”. To i tak wysoka płaca jak na regionalne medium.

Była redaktorka „Głosu Koszalińskiego” z 15-letnim stażem uczęszcza na kursy masażu, a była dziennikarka dawnego „Głosu Pomorza” z dziewięcioletnim stażem wybiera się do pracy na promach, gdzie w recepcji będzie obsługiwała gości. Ci, którzy zostają w gazetach, mówią, że czują się coraz mniej potrzebni, bo prasa w regionach traci rację bytu, a wydawcom brakuje pomysłów na jej funkcjonowanie. Odbija się to na zarobkach, które od lat stoją w miejscu bądź są okrajane. – Gdy zaczynałem pracę w „Dzienniku Wschodnim” w 1991 roku, zarabiałem trzy średnie krajowe. Kiedy odchodziłem w sierpniu 2004 roku, otrzymywałem trochę ponad średnią krajową, ale już jako kierownik działu, gdy miałem kilkakrotnie więcej obowiązków (przeciętne miesięczne wynagrodzenie w 2004 roku wynosiło 2289,57 zł) – wylicza Mariusz Giezek, były kierownik działu sportowego w „DW”, dziś naczelny regionalnego tygodnika „Lubelski Sport Express”, który założył w marcu 2005 roku.

Był prestiż i były pieniądze

O tym, kto zachowa stanowisko na kurczącym się rynku pracy, nie zawsze decydują dotychczasowe dokonania. W największej aglomeracji miejskiej w Polsce ukazuje się już tylko jeden duży dziennik regionalny. „Przegrali na rynku, wygrali w budynku” – mówili dziennikarze katowickiego „Dziennika Zachodniego”, gdy w grudniu 2004 roku tytuł ten wchłonął „Trybunę Śląską” (oba Polskapresse), a pracę straciło ponad 30 osób. Dziennikarze „DZ” ze zdziwieniem obserwowali, jak osoby z likwidowanej „Trybuny” obejmują u nich kierownicze stanowiska. Na przykład Elżbieta Kazibut-Twórz, zastępca naczelnego „Trybuny”, została redaktor naczelną „DZ”, a szef sportu w „Trybunie” Andrzej Grygierczyk zastąpił na tym stanowisku w „DZ” Jacka Srokę, który przeszedł na etat dziennikarza.

Jolanta Ilewicz chwilę się zastanawia. – To już ponad 40 lat, jak pracuję w „Dzienniku Zachodnim” – wzdycha. Jest już na emeryturze, ale – jak mówi – z miłości do tego zawodu wciąż prowadzi rubrykę interwencyjną, która wypada z gazety, gdy trzeba dać na kolumnę ważniejsze materiały. Obserwuje młodszych kolegów z dystansu. Opowiada, jak praca w dzienniku regionalnym wyglądała 10 lat temu. – Dziennikarz w Katowicach zarabiał o jakieś tysiąc złotych więcej niż dziś. Prestiż tego zawodu był większy. Teraz odchodzą najzdolniejsi, bo wykonując inny zawód, można lepiej zarobić – mówi Ilewicz.

Dziennikarze „DZ” dzwonią do redakcji katowickiego oddziału „Super Expressu” w nadziei, że może tam znajdą lepsze warunki pracy. – Wcześniej to się nie zdarzało, ale ostatnio odbieramy coraz więcej telefonów od ludzi z tej gazety – mówi Igor Cieślicki, szef katowickiego „SE”. Pracy można też szukać w regionalnej edycji „Echa Miasta”. Szanse są niewielkie, bo na etatach zatrudnionych jest tam jedynie trzech dziennikarzy. Redaktorka pracująca wciąż w „DZ” stwierdza, że na Śląsku coraz mniej opłaca się być dziennikarzem: – Lepiej zostać inżynierem, tak jak mój chłopak. Ja zarabiam około dwóch, a on dziesięć tysięcy złotych.

Skazani na „Głos”

Na drugim końcu Polski, w Koszalinie i Słupsku, ukazywało się kiedyś po kilka dzienników w każdym z tych miast – w Koszalinie m.in. „Głos Pomorza” i „Głos Koszaliński, a w Słupsku „Głos Pomorza” i „Głos Słupski” (Media Pomorskie, które są częścią Mecom Europe). Od 12 stycznia br. w tych miastach ukazuje się jeden mutowany „Dziennik Pomorza Środkowego”. W Słupsku jako „Głos Pomorza”, a w Koszalinie – „Głos Koszaliński”. Pracę straciło 26 dziennikarzy, siedmiu zmniejszono wymiar etatu do połowy lub jednej czwartej.

W słupskiej redakcji „Głosu Pomorza” wczesnym popołudniem jest jeszcze spokój, do deadline’u zostało kilka godzin. – Pracujemy normalnie, u nas jest wszystko dobrze – zapewnia głośno jeden z dziennikarzy. Dziennikarka Iwona Starosta, jednocześnie przewodnicząca NSZZ „Solidarność” w Mediach Pomorskich, zaprasza do palarni na zapleczu redakcji. W kłębach papierosowego dymu optymizm dziennikarzy nabiera cech ironicznych. – Tak, jest wspaniale. Niedługo pozamykają wszystkie gazety regionalne – mówi jedna z dziennikarek. Skarżą się, że udaje się wyciągnąć najwięcej dwa tysiące na rękę, a wierszówki uzależnione są od tego, ile napiszą. Dużych redakcji w Słupsku więcej nie ma.

Z drugiej strony Krzysztof Nałęcz, zastępca redaktora naczelnego „Głosu Pomorza”, szukał do pracy redaktora i nie znalazł. – W Słupsku były zawsze tylko oddziały gazet, w których pracowali głównie dziennikarze, a nie redaktorzy. Dlatego nie udało się nam znaleźć doświadczonego redaktora. Szkolimy więc dziennikarza – wyjaśnia Nałęcz. – Ludzie sami odchodzą, bo wykonując inne zawody, mogą więcej zarobić. Do gazety nie przychodzą najzdolniejsi. To prowadzi do selekcji negatywnej – uważa Iwona Starosta.

„Miasto” tnie koszty

Siedziba „Głosu Koszalińskiego” przy ulicy Mickiewicza w Koszalinie to jeden z bardziej reprezentacyjnych budynków w mieście. Wybudowano go w 2003 roku, gdy pozycja dzienników regionalnych wydawała się niezagrożona. Jeszcze w 2004 roku „Głos Koszaliński/Głos Słupski” sprzedawał średnio 23 397 egz., podczas gdy w ub.r. już o 2164 egz. mniej (dane ZKDP). Aby dostać się do pokoju redaktora naczelnego „Głosu Koszalińskiego” i „Głosu Pomorza” Mirosława Marka Kromera, trzeba pokonać dwie recepcje – na parterze i na drugim piętrze. Między nimi, w newsroomie na pierwszej kondygnacji, pracuje 20 dziennikarzy. – Siedziba fajna, szkoda tylko, że nie starcza im na godziwe płace. Po dziewięciu latach pracy zaproponowali mi tam 550 złotych brutto podstawy wynagrodzenia i wierszówkę. Przez miesiąc trudno jest wypisać wierszówkę nawet za półtora tysiąca złotych – mówi była już dziennikarka.

Kromer zapewnia, że dwa tygodnie, podczas których musiał zwalniać dziennikarzy hurtem, a innym zmniejszać wymiar etatu, były najgorszym okresem w jego życiu zawodowym. – W Koszalinie nie ma rynku pracy dla dziennikarzy, więc ci ludzie najczęściej odchodzili z zawodu, niektórzy znaleźli pracę w instytucjach samorządu lokalnego – opowiada.

W Koszalinie głośno jest o dzienniku „Miasto”. Kioski oklejone są jego reklamami. Wydaje go spółka PerMedia SA w nakładzie 5–8 tys. egz. (dane wydawcy). Na 24 kolumnach tylko dwie zajmują informacje z kraju i ze świata. Reszta to lokalne wiadomości, porady, ogłoszenia i sport. Tytuł finansują Politechnika Koszalińska i miejscowi przedsiębiorcy. Jednak zwolnieni z „Głosu” dziennikarze nie szukali tam chleba. – Dorabiają tam ludzie, którzy mają inne dochody, dziennikarstwo to dla nich hobby – wyjaśnia była redaktorka „Głosu Koszalińskiego”.

– To nowy tytuł, dopiero się rozwija. Dziennikarz może zarobić u nas 1,2–1,3 tysiąca złotych. Więc dla doświadczonych dziennikarzy to żadna atrakcja. A pracy jest więcej niż na przykład w „Głosie Koszalińskim”, bo zatrudniamy tylko 12 osób – przyznaje Piotr Kobalczyk, redaktor naczelny „Miasta” i wiceprezes PerMedia. Dziennikarze z Koszalina dodają, że pieniądze nie zawsze wpływają na czas i że zaraz po starcie wierszówki były wyższe niż dziś. – W lipcu musieliśmy ciąć koszty – wyjaśnia Kobalczyk. Uważa jednak, że praca w jego gazecie to dobra propozycja dla młodych dziennikarzy, którzy chcą się uczyć zawodu. Co tydzień dzwonią do niego co najmniej cztery osoby z pytaniem o możliwość podjęcia pracy. Większość rezygnuje, słysząc, że nie dostanie etatu.

Walcz, walcz!

W oddziałach „Dziennika Bałtyckiego” większość dziennikarzy o etatach nawet nie myślała – pracowali na wierszówkach lub musieli przejść na samozatrudnienie. – Dziewczyna, która była przez kilka lat na wierszówce, uległa wypadkowi. Nie miała ubezpieczenia, więc szpital wystawił jej rachunek za leczenie: 15 tysięcy złotych. Zwróciła się do szefostwa redakcji o dofinansowanie, lecz go nie dostała – opowiada jedna z reporterek „DB”.

Maciej Wośko, redaktor naczelny gazety, nie przypomina sobie tej historii. Jego zdaniem dziennikarze to grupa zawodowa, która jest wiecznie niezadowolona. Utrzymuje, że sprawny reporter jest w stanie wypisać wierszówkę nawet za 2–3 tys. zł. Dziennikarze w to nie wierzą. – Najwięcej wyciągnęłam tutaj 1,6 tysiąca złotych. Brutto – mówi z naciskiem Agnieszka Wirkus, która też już zrezygnowała z pracy w „Dzienniku Bałtyckim”. Inni, którzy byli na wierszówkach, stracili pracę. Opowiadają, że tłumaczono im, iż muszą zwolnić miejsce na łamach dla tych, którzy są na etatach. – Za współpracę podziękowano blisko 30 osobom – wyliczają byli dziennikarze. Byli już reporterzy z Chojnic i Człuchowa radzili sobie w „DB”, jak mogli. Dorabiali np. urlopami. – To proste. Bierzesz urlop, za który płacą uśrednione wynagrodzenie z trzech ostatnich miesięcy, ale normalnie pracujesz i zarabiasz dodatkowo na wierszówce – tłumaczy Wirkus. Inni opowiadają, że gdy w „DB” prosili o podwyżkę lub o etat, słyszeli, że to zawód dla ludzi twardych, dla których liczą się nie tylko pieniądze, ale ważna jest też dziennikarska misja. – „Walcz, walcz!” – słyszę w uszach głos szefa – opowiada reporterka, która jeszcze stara się walczyć.

Około 30-letni Radosław Osiński został reporterem w chojnickim oddziale „DB”, bo chciał pomagać ludziom mieszkającym w jego mieście i okolicach. – Serią artykułów doprowadziłem do załatwienia mieszkania kobiecie, która razem z dzieckiem mieszkała w klitce, w strasznych warunkach – opowiada z dumą. Dziś nikt nie potrzebuje jego tekstów. Od października ub.r. nie ma zajęcia. Gdy na informacje lokalne w gazecie zrobiło się mniej miejsca, podziękowano mu za pracę.

Osiński i jego koledzy godzili się, by za takie teksty jak np. o współpracy policjantów z gangsterami dostawać po 30 zł. Oraz na to, że gdyby po takim tekście trzeba było opublikować sprostowanie, wierszówka spadłaby do 1 zł. Zresztą nie tylko „DB” karze w ten sposób za konieczność publikacji sprostowania. Podobne reguły obowiązują w lubelskim „Dzienniku Wschodnim”. – Jeżeli wina autora jest ewidentna i błąd wypacza sens tekstu, obniżam wierszówkę do złotówki, a przy drobniejszych wpadkach o kilka, kilkanaście złotych – wyjaśnia Krzysztof Wiejak, redaktor naczelny „DW”.

Konkurencja nie pomaga

Lublin jest już jednym z nielicznych miast, gdzie ukazują się dwa dzienniki regionalne konkurujących ze sobą wydawców: „Dziennik Wschodni” (Edytor Press) i „Kurier Lubelski” (Kurier Lubelski). Mimo to i tu dziennikarze skarżą się na niskie płace i obawiają się utraty pracy. Dlatego większość kategorycznie odmawia wypowiedzi pod nazwiskiem. – Co to za praca, jeśli kolega z „Dziennika Wschodniego” ostatnio skarżył się, że wziął tam wierszówkę w wysokości 1,4 tysiąca złotych brutto – mówi Rafał Szostak, który pisał o rolnictwie. Po 15 latach pracy Szostak musiał się rozglądać za nowym zajęciem, bo pod koniec września ub.r. w „DW” doszło do zwolnień. – Musiałem zmniejszyć zatrudnienie w redakcji o siedem i pół etatu – nie kryje Krzysztof Wiejak. Wyrzuceni mogli liczyć jedynie na pracę w niszowych tytułach. Szostak został wydawcą i sekretarzem redakcji w Oficynie Wydawniczej Kagero, która wydaje m.in. czasopisma o militariach. Jego koleżanka, też zwolniona z „DW”, opowiada, jak szukała pracy: – Postawiłam „Kurierowi” warunek, że zatrudnienie mnie nie spowoduje wyrzucenia innego dziennikarza. Skończyło się na tym, że też musiałam przejść do branżowej gazety. Szkoda mi pracy w tytule codziennym – mówi.

– Pisma branżowe to szczyt możliwości w lubelskich gazetach – wyjaśnia dziennikarz, który z „DW” przeszedł kilka lat temu do „KL”, z którego z kolei odszedł, by współpracować z tygodnikiem „Nowy Tydzień w Lublinie”. – Jeszcze kilka lat temu w „Kurierze” płace były konkurencyjne, ale dziś już nie. I nie ma tam raczej wolnych miejsc. Jednak we wszystkich mediach dziennikarzowi w Lublinie trudno zarobić ponad dwa tysiące na rękę – mówi. Tylko nieliczni dziennikarze w regionach, mając dość narzekania na niskie płace i płytki rynek pracy, rzucają się na głęboką wodę. Mariusz Giezek po odejściu z „Dziennika Wschodniego” sprzedał dom, zaciągnął kredyt i razem z byłą graficzką z „DW” Katarzyną Cichoń-Chudowolską założył „Lubelski Sport Express”. – To tygodnik o sporcie w regionie. Zapełniliśmy niszę – uważa Giezek. Zainwestowali ok. 200 tys. zł. Pierwszy numer ukazał się 7 marca 2005 roku.

Ale Giezek też nie zatrudnia etatowych pracowników. – Współpracujemy aktywnie z 12 dziennikarzami, z których sześciu ma spore doświadczenie. Zarabiają jakieś półtora tysiąca złotych na rękę. Składem zajmuje się trzech grafików. Tym, którzy najwięcej pracują, płacę około dwóch tysięcy złotych – opowiada. Wszystkie udziały przekazał firmie deweloperskiej Dolcan, pozostając prezesem swojego wydawnictwa Emka-Press i redaktorem naczelnym tygodnika. Przyznaje, że koszty startu jeszcze mu się nie zwróciły. Ma nadzieję, że może w tym roku...

Mariusz Kowalczyk
Źródło:

Newsletter Bankier.pl

Dodałeś komentarz Twój komentarz został zapisany i pojawi się na stronie za kilka minut.

Jeszcze nikt nie skomentował tego artykułu - Twój komentarz może być pierwszy.

Nowy komentarz

Anuluj

Kalendarium przedsiębiorcy

  • Termin płatności składek oraz złożenia deklaracji przez pracodawców zatrudniających pracowników.

    Termin zapłaty raty podatku leśnego przez osoby prawne oraz jednostki organizacyjne nie posiadające osobowości prawnej.

    Termin zapłaty miesięcznej kwoty podatku od nieruchomości przez osoby prawne i jednostki organizacyjne nie posiadające osobowości prawnej.

  • Podatnicy podatku akcyzowego rozliczają akcyzę.

    Rozliczenie podatku od towarów i usług za poprzedni miesiąc - VAT 7.

Kalkulator płacowy

Oblicz wysokość pensji netto, należne składki oraz podatek.