W tym roku światowa gospodarka wróciła na stare tory. Przynajmniej pod względem relacji między wzrostem gospodarczym między Stanami Zjednoczonymi a strefą euro.


Od 2016 do 2017 roku USA rozwijały się wolniej niż strefa, co w pewnym momencie zaczęło prowadzić do znaczącego umocnienia euro i innych europejskich walut (w tym złotego) wobec dolara. Ale w tym roku USA znów rosną szybciej. W drugim kwartale było to szczególnie wyraźne. Stąd obserwowane od wiosny umocnienie dolara.
Wzrost PKB USA w drugim kwartale wyniósł 2,9 proc. rok do roku (są to nieco inne dane niż regularnie podają amerykańskie media, które koncentrują się na wzroście kwartał do kwartału po zannualizowaniu), a w strefie euro tylko 2,1 proc. rok do roku. Prognozy rynkowe na nadchodzący rok wskazują, że ta różnica będzie się utrzymywała. Choć nie będzie tak duża jak obecnie – mediana prognoz na 2019 rok dla USA wynosi 2,6 proc., a dla strefy euro 2 proc. Generalnie niewielu ekonomistów wierzy, że obecny niemal 3-procentowy wzrost w największej gospodarce świata jest czymś więcej niż zjawiskiem cyklicznym, wywołanym m.in. luźną polityką fiskalną.
O głębokich przyczynach różnic w tempie wzrostu między USA a strefą euro i o tym, czy te różnice przekładają się na różnice w standardzie życia pisuję w tym miejscu od czasu do czasu i będę pisał jeszcze nie raz, dziś więc to pytanie odpuszczę. Warto natomiast w tym momencie dostrzec, że obecnie większe pole do pozytywnych niespodzianek makroekonomicznych istnieje w strefie euro niż w Stanach Zjednoczonych. Gdy tylko przycichną salwy w wojnie handlowe, strefa euro – która jest mocniej oparta na handlu zagranicznym niż USA – może odzyskać trochę wigoru.

Chcesz codziennie takie informacje na swoją skrzynkę? Zapisz się na newsletter SpotData.































































