Przez długi czas dexit był traktowany jako polityczny temat marginalny. Jeśli jednak AfD będzie nadal zyskiwać poparcie, wyjście Niemiec z UE, strefy euro i strefy Schengen stanie się scenariuszem, o którym Europa będzie musiała rozmawiać znacznie poważniej. Koszty byłyby ogromne.


Artykuł pochodzi z DWN, Deutsche Wirtschafts Nachrichten, należącego do Grupy Bonnier.
Dexit: Bilionowe pytanie stojące za wyjściem Niemiec z UE
To nic nowego, że AfD chce wyjścia Niemiec z Unii Europejskiej i strefy euro. Nowością jest to, że AfD może wygrywać wybory.
Niemcy mogą być dziś gospodarczym pacjentem UE. Ale z punktu widzenia racjonalności lepiej mieć bogatego chorego człowieka w domu niż bogatego byłego partnera.
W niedzielę, 6 września, w Saksonii-Anhalt odbyły się wybory do landtagu, które wygrała AfD.

Dwa tygodnie później wybory odbędą się w Meklemburgii-Pomorzu Przednim. Tam również, według sondaży, prowadzi AfD. Tego samego dnia odbędą się wybory do landtagu w Berlinie. Tam z kolei na pierwszym miejscu znajduje się partia skrajna, w tym przypadku Die Linke.
Także na poziomie ogólnokrajowym AfD jest w sondażach najsilniejszą partią. Jej przewodnicząca Alice Weidel opowiada się za wyjściem z Schengen i strefy euro. W praktyce oznaczałoby to dexit, czyli wyjście Niemiec z UE – wynika z publicystycznej analizy słoweńskiego portalu gospodarczo-finansowego Casnik Finance.
1. Czym Niemcy są dla UE?
Niemcy są największą gospodarką Unii Europejskiej. Nominalny roczny PKB zbliża się do 5 bilionów euro. To 65 razy więcej niż PKB Słowenii.
Niemcy są potęgą przemysłową. Przemysł odpowiada za 23 proc. wartości dodanej, podczas gdy średnia dla UE wynosi 19 proc. W Słowenii przemysł odpowiada wprawdzie za 25 proc. wartości dodanej, ale trzeba uwzględnić różnicę w skali obu gospodarek.
W 2025 roku Niemcy były najważniejszym rynkiem eksportowym dla ponad połowy państw UE. Czechy wysyłały do Niemiec 32 proc. swoich towarów. Duży udział eksportu do Niemiec mają również Austria, Polska, Węgry i Luksemburg. Dla Słowenii Niemcy są największym partnerem handlowym.
W 2025 roku Niemcy sprzedały do pozostałych państw UE towary o wartości 877 mld euro. Ponad połowa niemieckiego eksportu trafia więc do Unii.
Niemcy mają także największą populację w UE. To rynek liczący 84 mln osób.
Niemcy są największym płatnikiem netto do budżetu UE – zarówno pod względem nominalnej kwoty, jak i w relacji do PKB oraz kwoty przypadającej na jednego mieszkańca. W 2024 roku Niemcy wpłaciły do unijnego budżetu o 13 mld euro więcej, niż z niego otrzymały. Odpowiadało to 0,3 proc. niemieckiego PKB. W przeliczeniu na mieszkańca żaden inny kraj UE nie płaci na rzecz Unii tak dużo jak Niemcy – niespełna 160 euro na osobę.
2. Jak bardzo Niemcy korzystają z jednolitego rynku?
Dane pochodzą z analizy Fundacji Bertelsmanna opublikowanej w 2019 roku.
Łączne efekty dobrobytowe wynikające z funkcjonowania jednolitego rynku, obliczone jako korzyść finansowa na mieszkańca pomnożona przez liczbę mieszkańców rynku, wynoszą niemal 500 mld euro rocznie.
Francja i Niemcy należą do dziesięciu państw, które odnoszą największe korzyści. Wynoszą one odpowiednio 1074 i 1046 euro na mieszkańca rocznie.
Regiony zachodnich Niemiec korzystają z jednolitego rynku znacznie bardziej – korzyści sięgają tam niemal 1500 euro na mieszkańca. Na wschodzie sytuacja wygląda inaczej. W Brandenburgii, Saksonii-Anhalt i Meklemburgii-Pomorzu Przednim korzyści wynoszą od 672 do 699 euro na mieszkańca.
3. Co Niemcy straciłyby w wyniku dexitu?
Tylko w ciągu pierwszych pięciu lat po wyjściu z UE niemiecki PKB byłby o 5,6 proc. niższy. Tak oszacował w 2024 roku niemiecki Instytut Gospodarki (IW).
W ciągu pięciu lat Niemcy straciłyby niemal 700 mld euro wartości dodanej. Odpowiadałoby to kosztom pandemii koronawirusa, gospodarczego zamrożenia oraz kryzysu energetycznego łącznie.
„Wyjście z UE miałoby katastrofalne konsekwencje dla przedsiębiorstw, Niemiec jako lokalizacji biznesowej oraz ich mieszkańców. UE oznacza nie tylko dobrobyt, lecz także otwartość, wolność i pokój” – komentował szef instytutu w momencie publikacji badania.
4. Co się stanie, jeśli UE się rozpadnie?
Koszty rozpadu całej UE, a nie tylko wyjścia Niemiec, obliczył niemiecki Instytut Badań Gospodarczych ifo. Przygotował kilka scenariuszy, uwzględnił skutki poszczególnych etapów dezintegracji, a następnie oszacował również konsekwencje całkowitego rozpadu Unii. Analiza objęła wpływ na gospodarkę, czyli produkcję, a także na ludzi i ich siłę nabywczą.
Po pierwsze: gospodarka i produkcja
Rozpad UE znacznie mocniej uderzyłby w nowe państwa członkowskie, takie jak Słowenia, niż w kraje, które należą do Unii od dziesięcioleci.
Odwrócenie wszystkich etapów integracji europejskiej doprowadziłoby do spadku produkcji o 9,1 proc. w nowych państwach członkowskich i o 5,3 proc. w starych państwach członkowskich.
Najważniejsze znaczenie ma jednolity rynek. Jego rozpad miałby większe konsekwencje niż wszystkie pozostałe kroki dezintegracji razem wzięte.
Sam rozpad jednolitego rynku spowodowałby spadek handlu wewnątrzeuropejskiego o 14 proc. W nowych państwach członkowskich eksport zmniejszyłby się o 23–27 proc., a w starych państwach członkowskich o 25–31 proc.
Po drugie: cena rozpadu UE dla ludzi i ich siły nabywczej
Gdyby rozpadł się wyłącznie unijny jednolity rynek, większość nowych państw członkowskich odnotowałaby wyraźny spadek realnych dochodów, czyli siły nabywczej.
Największy spadek nastąpiłby na Węgrzech – o 8,2 proc. W Słowenii wyniósłby 6,8 proc. W przypadku Niemiec szacowany spadek siły nabywczej sięgnąłby 3,5 proc.
W przypadku całkowitego rozpadu UE, czyli najczarniejszego scenariusza, siła nabywcza na Węgrzech spadłaby o 19 proc., a w Słowenii o 13 proc. W Niemczech spadek wyniósłby 5 proc.
Koszty rozpadu UE byłyby zatem ogromne. W interesie mieszkańców Europy byłoby więc szybkie usuwanie wewnętrznych barier, zamiast odnoszenia sukcesów dzięki politycznej retoryce o wystąpieniu z Unii.
Pierwsze zadanie spoczywałoby na Komisji Europejskiej i Parlamencie Europejskim. Drugie jest stanowiskiem ekstremistów. Ewentualny sukces ekstremistów jest z kolei bezpośrednią konsekwencją katastrofalnie słabej pracy Komisji Europejskiej i politycznego centrum.
5. Czy Niemcy zrobiłyby wszystkim przysługę, wychodząc ze strefy euro?
Pamiętacie rok 2015 i grecki kryzys zadłużeniowy? Wtedy toczyły się intensywne dyskusje na temat tego, że dla euro i UE najlepiej byłoby, gdyby Niemcy opuściły strefę euro.
Pomysł, że Niemcy i inne podobnie silne gospodarki najlepiej przysłużyłyby się reszcie kontynentu, wychodząc z unii walutowej, opierał się na rozumowaniu ekonomicznym: słabsza waluta miałaby wspierać gospodarkę.
Po wyjściu Niemiec pozostała część strefy euro uległaby osłabieniu. Taka deprecjacja miałaby przywrócić wzrost gospodarczy, a cała gospodarka miała ponownie rozkwitnąć.
Nic z tego.
Słabsze euro podnosi ceny importu, co znacząco ogranicza siłę nabywczą gospodarstw domowych. Rośnie presja na wzrost płac, co oznacza inflację. Spirala płacowo-cenowa natychmiast zniwelowałaby potencjalne korzyści wynikające ze słabszej waluty i doprowadziła do spadku poziomu życia.
Ten scenariusz udało się powstrzymać dziesięć lat temu. Unia walutowa przetrwała. Miejmy nadzieję, że rozsądek w Europie nie był jedynie przejściowym epizodem.
6. Ile kosztowałaby nowa marka niemiecka?
Jeśli Niemcy opuściłyby strefę euro, powróciłaby marka niemiecka.
Marka bardzo prawdopodobnie byłaby traktowana jako waluta silniejszej gospodarki. Ze względu na nadwyżkę handlową, produktywność i ogólne zaufanie do Niemiec jej wartość byłaby wyższa.
Niemcy mogliby więcej kupować za granicą, a zagraniczne produkty byłyby dla nich tańsze. Oznaczałoby to tańsze chińskie samochody, komputery, ubrania i żywność.
Niemcy mogliby taniej spędzać wakacje w pozostałych państwach UE, a także mieliby większą siłę nabywczą przy zakupie nieruchomości lub przedsiębiorstw za granicą. Silniejsza waluta oznaczałaby tańszą energię i niższą krajową inflację.
Pojawiłby się jednak problem dla niemieckich eksporterów. Wszystko, co wyprodukowane w Niemczech, stałoby się dla zagranicznych odbiorców droższe. Niemieckie samochody byłyby jeszcze droższe.
Dla gospodarki nastawionej na eksport nie byłaby to drobna kwestia. Tym bardziej że niemiecka gospodarka już dziś ma problemy, a jej konkurencyjność jest słaba.
Tymczasowo wyższa siła nabywcza mieszkańców mogłaby więc obrócić się przeciwko nim. Firmy traciłyby zamówienia, a ludzie traciliby pracę.
7. Co stałoby się z euro, obligacjami i zadłużeniem w pozostałej części UE?
Wyjście Niemiec ze strefy euro oznaczałoby całkowity chaos na międzynarodowych rynkach walutowych, akcji i obligacji.
Euro znalazłoby się pod ogromną presją. Oszczędności w euro nie zniknęłyby, ale straciłyby część swojej siły nabywczej.
Europejskie indeksy giełdowe spadłyby.
Wzrosłyby premie za ryzyko zarówno w przypadku niemieckich obligacji, jak i papierów dłużnych pozostałych państw UE. Finansowanie długu publicznego natychmiast stałoby się więc droższe.
W przypadku bardziej zadłużonych państw pojawiłoby się pytanie, czy i w jaki sposób są one w stanie obsługiwać swoje zobowiązania. Więcej pieniędzy przeznaczanych na obsługę długu oznaczałoby w najczarniejszym scenariuszu mniej środków na politykę społeczną, ochronę zdrowia i inwestycje publiczne.
Przedsiębiorstwa znalazłyby się w poważnych tarapatach. Straciłyby dostęp do jednolitego rynku, a jednocześnie finansowanie stałoby się dla nich droższe.
Przypomnijmy sobie szoki związane z utratą i rozpadem jugosłowiańskiego rynku. To był cios w brzuch. W tym przypadku mielibyśmy do czynienia z nokautem.
8. Kto musiałby spłacić Niemcom bilion euro należności z systemu Target?
Pamiętacie, z jakimi komplikacjami, operacjami, manewrami, pomysłowością i kreatywnością dzielono majątek, należności i długi Socjalistycznej Federacyjnej Republiki Jugosławii?
W przypadku dexitu musielibyśmy zacząć od pytania, kto spłaci Niemcom bilion euro należności z systemu Target.
Czym jest Target? To system płatności banków centralnych strefy euro. Za jego pośrednictwem rozliczane są płatności w euro między bankami i państwami, na przykład płatności za niemiecki eksport czy transfery kapitałowe do Niemiec.
Niemcy są postrzegane jako bezpieczne, stabilne i wiarygodne, dlatego są ogromnym odbiorcą kapitału. Kapitał w dużym stopniu napływał do Niemiec, szczególnie w okresach kryzysów oraz podczas programów skupu obligacji przez Europejski Bank Centralny.
Przepływy te nie równoważyły się, lecz kumulowały.
W efekcie Niemcy mają obecnie wobec Europejskiego Banku Centralnego należności sięgające biliona euro.
Dopóki wszyscy pozostają w strefie euro, nie musi to być rozliczane jak dług między dwoma państwami. Bilans Bundesbanku jest częścią skonsolidowanego bilansu Eurosystemu. Nie stanowi to problemu.
Jeśli jednak Niemcy wystąpiłyby ze strefy euro, trzeba byłoby ustalić, co stanie się z tym bilionem euro. Kto przejmie należność? Kto ją ureguluje?
Nie oznacza to, że Włochy, Hiszpania, Francja czy Grecja następnego ranka musiałyby wysłać do Berlina bilion euro w gotówce. Trzeba byłoby jednak znaleźć sposób na rozliczenie należności państwa opuszczającego strefę euro.
9. Z Schengen do Alcatraz
Jeśli trudno fizycznie wyobrazić sobie finansowe, bilansowe, księgowe i handlowe przepływy, mur w środku Europy można sobie wyobrazić natychmiast.
Niemcy mają dziewięciu sąsiadów i niemal 4 tys. kilometrów granic lądowych.
W 2025 roku w Niemczech pracowało 2,6 mln obywateli innych państw UE. Oczywiście nie wszyscy codziennie przekraczali granicę, ale liczba ta dobrze pokazuje, jak mocno Niemcy są powiązane z jednolitym rynkiem i swobodą przepływu osób.
Już dziś Niemcy, mimo przynależności do strefy Schengen, utrzymują czasowe kontrole na granicach. Każda godzina, którą ciężarówka spędza w oczekiwaniu na granicy, generuje dodatkowy koszt rzędu 100 euro.
To ogromna strata, która przekłada się na ceny produktów i portfele zwykłych ludzi.
W ciągu dziesięciu lat koszty rezygnacji ze Schengen miałyby przekroczyć 200 mld euro – szacowano już dekadę temu w badaniu przygotowanym dla Parlamentu Europejskiego.
10. Komu przyniósłby korzyść dexit i rozpad UE?
Badania wskazują na gospodarcze korzyści dla państw trzecich w przypadku rozpadu UE. Korzyści te byłyby jednak stosunkowo niewielkie – zarówno dla przedsiębiorstw, jak i mieszkańców tych państw.
Jeśli UE się rozpadnie, rozpadnie się najbardziej liberalny, demokratyczny, społeczny i zrównoważony filar świata.
Dezintegracja UE byłaby gospodarczym, politycznym, bezpieczeństwa, aksjologicznym, a jeśli można tak powiedzieć – również moralnym upadkiem tej części świata, w której chcemy żyć.
Byłoby to zwycięstwo autokracji, nacjonalizmu, nowego merkantylizmu, zamykania granic w rzeczywistości i wyznaczania granic w ludzkich umysłach.
Oznaczałoby to wyraźną korzyść dla komunistycznych Chin, dla USA w kontekście osłabienia instytucji demokratycznych oraz dla Rosji, która w zamian za utratę znaczenia przez Europę mogłaby ponownie pojawić się na mapie jako trzeci partner wolnego świata.
Jeśli szkody gospodarcze wynikające z rozpadu UE można zmierzyć, szkody polityczne i zagrożenie dla bezpieczeństwa tej części świata są prawdopodobnie nie do oszacowania.
W czasach, gdy wojny toczą się praktycznie u naszych granic, a ekstremistyczne partie rosną w siłę również wewnątrz naszych państw, rozpad europejskiego centrum w najczarniejszym scenariuszu może okazać się znacznie bardziej katastrofalny niż wskazywałyby na to same procenty wzrostu PKB.
Czego państwa UE szukałyby i co znalazłyby na potencjalnych ruinach Unii? Ponownie siebie nawzajem.
Bardzo prawdopodobne, że państwa zaczęłyby łączyć się w mniejsze bloki, w których łatwiej byłoby znaleźć wspólne interesy i sprawniej działać.
Alternatywą dla nieefektywnej UE byłyby właśnie mniejsze grupy państw, które byłyby ze sobą silniej zintegrowane. Pytanie brzmiałoby więc, czy powstałby blok nordycko-bałtycki, śródziemnomorski, a może nowa grupa na wzór Austro-Węgier z Polską. I pytanie, gdzie znalazłyby się w tym wszystkim nowe Niemcy.
Oczywiście każdy z tych bloków byłby zbyt mały, aby samodzielnie konkurować z Chinami, Rosją czy USA.
Po rozpadzie UE, aby zapewnić ludziom dobrobyt, ponownie szukalibyśmy więc dokładnie tego, co już mieliśmy: wspólnego, jeszcze większego i jednolitego rynku. Odbudowalibyśmy sojusze. I burzylibyśmy pomniki Alice Weidel.
Simona Toplak



























































