Zdaniem BCC redukcja zatrudnienia w administracji winna opierać się na kryterium jakościowym, a nie ilościowym. Cięcie „na ślepo” po równo w każdej jednostce być może podniosłoby notowania rządu, ale z pewnością nie przyniosłoby spodziewanych oszczędności.
Obecnie w polskich urzędach pracuje 631 tys. urzędników. Zgodnie z rządowym planem, pracę miał stracić co dziesiąty urzędnik. Chodziło o to, by powrócić do poziomu zatrudnienia z początków rządu PO. Niestety plan się nie powiódł, ponieważ sprzeciwiły się temu ministerstwa, a prezydent dodatkowo skierował przepisy do Trybunału Konstytucyjnego.
Urzędy i agencje rządowe w przededniu wejścia ustawy w życie zwiększyły zatrudnienie, tak by po przeprowadzeniu redukcji, liczba zatrudnionych się nie zmniejszyła. W efekcie zamiast mniejszej liczby etatów, szacuje się, że armia urzędników powiększy się o 20 tysięcy. Biorąc to pod uwagę, trafne jest porównanie działania administracji do praktyk hipermarketów, które celowo zawyżają ceny, tak by w czasie promocji klienci myśleli, że faktycznie wydali mniej pieniędzy.
Redukcja etatów miała przynieść miliard złotych oszczędności rocznie. Zwolnienia miały objąć wszystkie urzędy i instytucje państwowe tj. ZUS czy KRUS. Niestety źle skonstruowane przepisy w bardzo łatwy sposób dało się obejść. BCC podkreśla, że twórcy ustawy sami dostarczyli argumentów urzędnikom do jej zakwestionowania. Kryteria zwolnień były niejasne, a dodatkowo nie uwzględniały „potrzeb kadrowych” związanych z przyszłą prezydencją Polski w UE.
Konieczny jest audyt
Bardzo ciekawym pomysłem jest utworzenie wspólnych kadr i księgowości dla jednostek (szkół, urzędów, agencji) w danym regionie. Usługi te nie mają charakteru merytorycznego, zatem spokojnie można by je powierzyć firmom zewnętrznym. Nie ma żadnych wątpliwości, że w znaczny sposób obniżyłoby to koszty funkcjonowania administracji.
Sensowna redukcja etatów winna odbyć się na podstawie audytu wewnętrznego w poszczególnych jednostkach. Cięcie na „ślepo” mija się z celem i trudno się dziwić urzędom, że zabezpieczyły się przed ewentualną „nieuzasadnioną” redukcją. Wg Business Centre Club w pierwszej kolejności winno się ustalić, które stanowiska są niezbędne do funkcjonowania danych jednostek, a które spokojnie można zastąpić przez niezależne firmy zewnętrzne. Organizacja podkreśla, że takie działanie wpłynęłoby pozytywnie zarówno na funkcjonowanie całej administracji, jak i budżetu.
Urzędnicy boją się zmian. Szczególnie ci, których stanowiska w praktyce są niepotrzebne. Naturalnie gros społeczeństwa zgodzi się z opinią, że odsetek „niepotrzebnych” stanowisk w urzędach stanowi olbrzymią większość. Niemniej w administracji pracują ludzie, którzy jak większość nie chce stracić pracy. Dlatego będą się bronić przed taką ewentualnością wszelkimi dopuszczalnymi przez prawo sposobami. Zatem to nie oni są winni przerostowi zatrudnienia, tylko rząd, który stworzył taka ustawę, która paradoksalnie „uchroni” może nawet i właściwych ludzi, ale niestety na „niekompetentnych” stanowiskach.
Łukasz Piechowiak
Bankier.pl
l.piechowial@firma.bankier.pl
» Nie dałeś wszystkim podwyżki? Zapłacisz pracownikowi odszkodowanie
» Czy powinien powstać "europejski" Kodeks cywilny?
» Szukasz profesjonalnego księgowego?





























































