Podwyżka do blisko 5 tys. zł brutto, ustawa o zawodzie ratownika medycznego oraz powszechna umowa o pracę - to trzy podstawowe postulaty ratowników medycznych wobec rządu. Problemów i bolączek w codziennej pracy ratownicy mają jednak znacznie więcej.


Niskie płace, praca po 300 godzin miesięcznie w trudnych warunkach, narażając przy tym własne zdrowie - to codzienność ratowników medycznych w Polsce, która przerodziła się w protest, który w sobotę 11 września obejmie cały kraj.
– Jakby zsumować wszystkich pracowników ochrony zdrowia i pomnożyć przez dwa lub trzy, to otrzymalibyśmy tyle osób, ile potrzebujemy dla wydolnego systemu ochrony zdrowia – w rozmowie z Bankier.pl relacjonuje Łukasz, ratownik medyczny z kilkunastoletnim stażem, który wolał pozostać anonimowy w obawie przed represjami.
Wyższe zarobki
Jednym z trzech głównych postulatów są wyższe zarobki. Chodzi o minimalną kwotę 4972 zł brutto niezależną od formy zatrudnienia. Ratownicy medyczni w Polsce pracują w oparciu o dwa rodzaje umów: umowę o pracę lub umowę cywilno-prawną. Ta druga, czyli popularny kontrakt, wymaga od ratownika założenia własnej działalności gospodarczej. Wiąże się ona z większymi zarobkami dla usługodawcy, ale też większymi kosztami, które przy umowie o pracę ponosi pracodawca.
Ratownicy domagają się również upowszechnienia umowy o pracę jako formy zatrudnienia. Umowy cywilno-prawnej nie dotyczą takie regulacje, jak dodatki za pracę w nocy czy w święta. Podczas choroby usługodawca, w tym przypadku ratownik, nie otrzymuję prawa do zwolnienia lekarskiego. Niepojawienie się w pracy skutkuje obowiązkiem znalezienia zastępstwa, inaczej pracownik podlega karze finansowej. Te są różne, ale mogą wynieść nawet równowartość kilkunastu stawek dobowych.

– Oczywiście nasi kierownicy to też ludzie, więc pomagają w znalezieniu zastępstwa. Ja z moimi kolegami nigdy nie zapłaciliśmy tej kary – zauważa pan Łukasz.
„Rwa kulszowa to nie powód do nieobecności”
Wyższe pensje to tylko jeden z postulatów protestujących. Pracownikom ochrony zdrowia przede wszystkim zależy na naprawieniu całego systemu, w którym praca po 300 godzin miesięcznie stała się czymś normalnym.
– System od lat opiera się na tym, że my pracujemy ponad ludzkie możliwości – zauważa nasz rozmówca.
Tak było m.in. podczas najtrudniejszych momentów pandemii koronawirusa, gdy ratownicy pracowali na pierwszej linii frontu, narażając przy tym często własne zdrowie. Ta sytuacja odbiła się na wielu pracownikach ochrony zdrowia.
– Nieraz, szczególne podczas pandemii, zdarzało nam się pracować mimo przeziębienia czy ataku rwy kulszowej. Dochodziło do sytuacji, w której rady udzielane pacjentom dotyczyły nas samych. I wiedzieliśmy jak nieleczone choroby mogą być groźne. Ja, moi koledzy i koleżanki, musieliśmy pójść na zwolnienie, abyśmy sami nie stali się pacjentami szpitali. Żadne zwolnienie wśród osób, z którymi pracuję, nie było bezpodstawne. Przykładem z niedawna jest mój kolega, który niedawno skończył 30 lat. Po powrocie do domu dostał ataku kołatania serca. Okazało się, że wypłukał się z elektrolitów do stopnia dolnej granicy normy. W ciągu dwóch tygodni przepracował 180 godzin. W szpitalu, na oddziale kardiologii spędził tydzień – relacjonuje pan Łukasz.
Wszystko albo nic
1 lipca weszła w życie ustawa zapewniająca podniesienie podstawowego uposażenia dla ratownika medycznego ze średnim wykształceniem na poziomie 3772 zł brutto, a dla ratownika z wyższym wykształceniem na poziomie 4186 zł brutto. Ten krok rządu nie rozwiązał jednak problemu, ponieważ większość stacji pogotowia ratunkowego zatrudnia swoich pracowników na kontraktach. Dodatkowo ta sama ustawa nie podniosła ryczałtu, zwanego też dobokaretką, który stacje pogotowia ratunkowego otrzymują od Narodowego Funduszu Zdrowia w efekcie czego stacje pozostały z tymi samymi dochodami, lecz zwiększonymi wydatkami.
– Karetka sama w sobie nie zarabia. Jedyne co otrzymuje to dobokaretkę. A ta nie zmieniła się od wielu lat. A z tego ryczałtu stacja musi wypłacić pensje ratownikom, kierowcom, mechanikom czy sprzątaczkom. Dodatkowo trzeba zapłacić za paliwo, leki, części naprawcze do karetek czy nawet za samą karetkę, która kosztuje blisko 500 tysięcy złotych albo defibrylator, którego koszt to 70 tysięcy – wyjaśnia nasz rozmówca.
Propozycje rządu niewystarczające
Obecnie środki przeznaczone na tzw. dobokaretkę to ok. 3,2 tys. za karetkę podstawową oraz 3,3 tys. za karetkę specjalistyczną.
Podczas odbywającego się Forum Ekonomicznego w Karpaczu minister zdrowia Adam Niedzielski wraz z wiceministrem Waldemarem Kraską zapowiedzieli podniesienie kosztów dobokaretki do 4186 zł za karetkę podstawową oraz 5583 zł za karetkę specjalistyczną. Budżet na podwyższenie ryczałtu pracy karetki do końca tego roku ma wynieść 60 mln, a w przyszłym roku ok. 240 mln.
Wspomniane kwoty mają zapewnić pensje dla czterech ratowników medycznych pracujących po dwóch po 12 godzin, ale także na leki czy pensje pozostałych pracowników.
– Wzrost tzw. dobokaretki w takiej kwocie nie rozwiąże naszych problemów. Zwiększenie jej o tysiąc złotych rozkłada się na wiele osób, wiele wydatków. Poza nami podwyżek nie dostali inni pracownicy, chociażby pracownicy administracyjni. Poszła informacja, że z uwagi na ustawę z lipca te pieniądze powinny iść na ratowników zatrudnionych w oparciu o kontraktu, ponieważ oni nic nie zyskali. Ale to znowu dyskryminuje pracowników etatowych, którzy nic na tym nie zyskają – mówi pan Łukasz.
Pięć postulatów pracowników ochrony zdrowia:
- znacznie szybszy niż planowany wzrost nakładów na system opieki zdrowotnej do wysokości nie 7%, ale 8% PKB (jak w krajach sąsiednich, średnia OECD na 2018 rok wynosi 8.8% PKB)
- zwiększenie wynagrodzeń pracowników ochrony zdrowia do poziomów średnich w OECD i UE względem średniej krajowej, celem zahamowania emigracji zewnętrznej (zagranicznej) i wewnętrznej (do sektora prywatnego) pracowników opieki zdrowotnej
- zwiększenie liczby finansowanych świadczeń dla pacjentów oraz poprawa dostępności pacjenta do świadczeń
- podwyższenie jakości świadczeń dla pacjentów – jesteśmy krajem UE a nie WNP, potrzebna jest opieka lekarska, pielęgniarska, ale też fizjoterapeutyczna, rehabilitacyjna i farmaceutyczna oraz dostęp do nowoczesnych form diagnostyki laboratoryjnej i obrazowej
- zwiększenie liczby pracowników pracujących w systemie ochrony zdrowia do poziomów średnich w krajach OECD i UE, szczególnie w sytuacji starzenia się społeczeństwa i zwiększania się zapotrzebowania na świadczenia opieki zdrowotnej
Przed propozycją wzrostu ryczałtu za pracę karetki retoryka rządzących była inna. Na początku września minister zdrowia Adam Niedzielski zgłosił się do ratowników medycznych, aby podwyżek szukali u pracodawców, bo Ci wykazali wielomilionowe zyski za ubiegły rok. Zgodne z raportów finansowych wynika, że w Warszawie zysk stacji wyniósł ok. 6 mln złotych, we Wrocławiu 5 mln, a w Białymstoku 4,5 mln zł.
– Tylko te zyski to jest coś ponad plan budżetowy. Te pieniądze były celowane. Nasi dyrektorzy otrzymali je na walkę z pandemią COVID-19. Za te środki mieliśmy zapewnione stroje ochronne, środki dezynfekujące oraz masę innych, niezbędnych narzędzi. Tych pieniędzy ministerstwo nie przyznało na stałe, więc jak dyrektorzy mogli przeznaczyć je na podwyżki, skoro to nie jest stały dochód stacji? – zwraca uwagę nasz rozmówca.
W Warszawie powstanie drugie białe miasteczko?
Pomimo wstępnej próby uspokojenia protestujących przez ministra zdrowia oraz po obietnicach premiera Mateusza Morawieckiego, który w rozmowie z radiem RMF FM zapewniał, że podwyżki na pewno będą, protest pracowników służby zdrowia odbędzie się 11 września w Warszawie. W organizację manifestacji zaangażowali się m.in.: ratownicy, lekarze, pielęgniarki oraz diagności.
– Nam nie chodzi tylko o pieniądze. Zależy nam na zagwarantowaniu narzędzi, które umożliwią skuteczną pracę. Ważnym jest też podnoszenie naszych kwalifikacji, żebyśmy byli lepszymi pracownikami. Na ten moment nie opłaca nam się rozwój, ponieważ i tak nie mamy z niego żadnych korzyści, poza zainwestowaniem własnych pieniędzy w siebie. Dodatkowo, poza naszymi kwalifikacjami, inwestycja w nowy sprzęt, który nie służy nam, a osobom, które ratujemy, usprawniłaby naszą pracę i też ją ulepszyła – podkreśla pan Łukasz.
Protestujący zapowiedzieli utworzenie Białego Miasteczka 2.0, które nawiązywać będzie do protestów pielęgniarek z 2007 r. Tym razem z inicjatywą wyszli rezydenci, którzy zapowiedzieli utworzenie miejsca do rozmów i debat z pacjentami oraz do konferencji prasowych. W organizację protestów zaangażowała się rekordowa liczba 14 samorządów oraz związków zawodowych.
Protest już trwa
Protesty ratowników medycznych objęły już prawie całą Polskę. 1 września część protestujących osób nie przyszła do pracy lub wzięła minimalną liczbę godzin na dyżurach. Efektem tego w piątek 3 września w województwie mazowieckim przez brak obsady nie wyjechały 43 spośród 202 karetek, z czego 38 z 80 w samej Warszawie.
5 września absencje wzrosły i bez obsady pozostawała co czwarta karetka w skali kraju. Tego dnia minister zdrowia Adam Niedzielski zgłosił się z prośbą do ministerstwa obrony narodowej o oddelegowanie żołnierzy z wykształceniem medycznym do pracy w ambulansach. Do pomocy ruszyli też strażacy.
Wsparcie społeczeństwa
– Czujemy ogromne wsparcie. Wydawało mi się przez długi czas, że jesteśmy gdzieś na końcu łańcucha zaufania publicznego. Podczas pandemii, ale nawet i teraz, podczas protestów, czujemy zrozumienie w społeczeństwie. Te przybijane nam piątki sporo nam dają. Choć krytyka jest częsta, to wsparcie płynące od innych jest jeszcze częstsze. Ludzie dziękowali nam na ulicach, zostawiali nam kartki za wycieraczkami, przyjeżdżali pod szpitale z termosami z herbatą, z jedzeniem. Dzięki naszemu zaangażowaniu w najgorszych momentach pandemii teraz nas wspierają.




























































