Kilka tysięcy złotych na rower, własny telefon i czas oczekiwania, za który nikt nie płaci. Za obietnicami elastyczności i atrakcyjnych zarobków kryją się koszty ponoszone przez dostawców jedzenia. O tym, jak naprawdę wygląda praca kurierów rozmawiamy z Katarzyną Dudą, autorką książki „Uberyzacja. O warunkach pracy kurierów”.


Katarzyna Wiązowska: Co skłoniło panią do zajęcia się pracą kurierów?
Katarzyna Duda: Pomysł narodził się w czasie pandemii. Zastanawiałam się nad sytuacją ludzi, którzy nie mogli pozwolić sobie na luksus pracy zdalnej i musieli ryzykować zdrowiem, wykonując swoje obowiązki. To były osoby sprzątające, pracujące w szpitalach, ale też kurierzy dostarczający jedzenie. Dużo mówiło się wtedy o restauracjach, które nie mogły przyjmować gości. Rynek dostaw żywności mocno się rozwinął, a kurierzy stali się ważną grupą. Jednocześnie docierały informacje o warunkach ich pracy, protestach i strajkach. To były sygnały, że coś jest nie tak. Chciałam przyjrzeć się temu bliżej.
Sama została pani kurierką. Co okazało się najtrudniejsze na początku tej pracy?
Konieczność zainwestowania we wszystko, co było mi potrzebne do pracy. Rower trzeba kupić albo wynająć. Zdecydowałam się na zakup elektrycznego, a to wydatek rzędu kilku tysięcy złotych. Do tego kask, torba, ładowanie i korzystanie z własnego telefonu. To były dotkliwe koszty i świadomość, że najpierw trzeba będzie je odpracować. Można oczywiście jeździć na zwykłym rowerze, ale wymaga to większego wysiłku. Rower elektryczny odciąża kuriera i przyspiesza dostawy.

A kiedy już ruszyła pani z dostawami, co najbardziej panią zaskoczyło?
Czas oczekiwania. Najpierw na przyjęcie zlecenia, a później, w restauracji, na wydanie posiłku. W modelu rozliczenia od zamówienia, którego doświadczyłam, nie płacono mi za cały czas poświęcony pracy. Mogłam przez dziesięć minut jechać do restauracji, a następnie czekać, nie wiedząc, czy potrwa to pięć minut, kwadrans czy pół godziny. Zdarzało się nawet 50 minut oczekiwania na wydanie zamówienia. Prawie godzina, podczas której byłam do dyspozycji firmy, ale za którą nie otrzymywałam wynagrodzenia. Z rozmów z restauratorami wynikało, że priorytetem są goście na sali, a kurier może poczekać. Frustrujący był zarówno brak zapłaty za ten czas, jak i niepewność, ile to wszystko potrwa. Gdy zsumujemy ten czas w skali dnia, tygodnia i miesiąca, robi się z tego bardzo dużo nieopłaconych godzin.
Jakie stawki proponowały aplikacje?
Zdarzały się propozycje 6 czy 7 zł za kurs. W niektórych aplikacjach nawet nie podejmowałam zleceń, bo uważałam takie stawki za upokarzające. Sama dostawa mogła trwać 20-25 minut, a przecież wcześniej trzeba jeszcze dojechać po zamówienie i na nie poczekać. Łącznie mogło to zająć nawet godzinę. Kwota 7 zł za dowiezienie komuś posiłku była dla mnie wynagrodzeniem nieadekwatnym do tego wysiłku.
Tymczasem ogłoszenia kuszą zarobkami rzędu 8 tys. złotych. Jak te obietnice wypadają w zestawieniu z rzeczywistością?
Tutaj wolę odwołać się do rozmów z kurierami. Sama nie pracowałam przez cały miesiąc w wymiarze odpowiadającym etatowi, więc nie chcę przedstawiać swoich doświadczeń jako podstawy do wyliczenia miesięcznej pensji. Moi rozmówcy mówili, że obietnice z ogłoszeń nijak mają się do rzeczywistości. To skuteczny marketing: wysokie kwoty i przekaz, że jesteś swoim szefem. Tyle że przy zarobkach jest gwiazdka, która ma znaczenie. Od przychodu trzeba odjąć koszty eksploatacji sprzętu. Trzeba też uwzględnić cały czas pozostawania do dyspozycji aplikacji, a nie tylko realizowania dostaw. Jeśli ktoś wykonuje zlecenia przez 160 godzin, a dodatkowo przez kolejne kilkadziesiąt czeka na zamówienia, to te godziny również powinny wejść do rachunku. Dopiero wtedy widać, ile faktycznie zarabia za godzinę poświęconą tej pracy.
Czy napiwki istotnie poprawiają ten bilans?
W moim przypadku były rzadkie i nieprzewidywalne. Nie zauważyłam związku między szybkością dostawy a otrzymaniem napiwku. Bywało, że docierałam przed czasem szacowanym przez aplikację i nie dostawałam nic. Innym razem przyjeżdżałam później i napiwek się pojawiał. To był raczej miły gest niż istotna część wynagrodzenia. Zaskoczyła mnie też liczba zamówień, które należało zostawić pod drzwiami: położyć jedzenie, zrobić zdjęcie i odejść. Bez „dzień dobry”, „dziękuję” czy „do widzenia”.
Klient płaci za jedzenie i dostawę. Co kurier wie o podziale tych pieniędzy?
Jedynie to, ile sam otrzyma za kurs. Nie ma pełnej informacji o wartości zamówienia ani o podziale wpływów między pozostałych uczestników transakcji. Restauracje płacą platformom prowizje na poziomie 30-40 proc. wartości zamówienia. Wynagrodzenie kuriera nie jest natomiast określonym procentem ceny posiłku. Można dowieźć jedzenie za 30 zł albo za 300 zł i otrzymać zbliżoną kwotę za dostawę. Wartość tego, co znajduje się w torbie, nie przekłada się proporcjonalnie na zarobek kuriera.
W książce opisuje pani jak wyglądały umowy między kurierami a firmą, dla której świadczyli swoje usługi. Formalnie płaciła ona kurierowi za wynajem jego roweru, a nie za dostarczanie jedzenia?
Tak wyglądał mechanizm, który opisywałam. Przez lata partnerzy flotowi obsługujący aplikacje, z wyjątkiem Pyszne.pl, rozliczali kurierów poprzez umowy najmu sprzętu. Towarzyszyła im umowa zlecenia obejmująca niewielką część wynagrodzenia. Składki społeczne odprowadzano od tej niewielkiej części, a zasadnicza kwota trafiała do kuriera jako czynsz za sprzęt. W mojej ocenie była to fikcja. Firma formalnie płaciła za wynajem roweru, chociaż w rzeczywistości wynagradzała człowieka za dostarczanie produktów. Ten sam mechanizm można byłoby zastosować do telefonu czy laptopa. Taką formę zatrudnienia przedstawiano kurierom jako optymalizację podatkową, również podczas rozmów w biurach. W rezultacie dochodziliśmy do sytuacji, w której nawet zwykła umowa zlecenia wydawała się czymś luksusowym. O umowie o pracę nie wspominając.
Czy ten model zaczyna się zmieniać?
Docierają do mnie informacje, że rozliczenia mają odbywać się już tylko na podstawie umów zlecenia. Być może znaczenie miało nagłośnienie sprawy w mediach i próby reformowania rynku. Nie wiadomo jednak, czy te zapowiedzi zostaną zrealizowane - z jakiej umowy rzeczywiście będzie wypłacane wynagrodzenie i czy będą odprowadzane składki. Na tym etapie nie chciałabym przesądzać, że problem został rozwiązany.
Platformy przekonują, że atutem tej pracy jest elastyczność. Można się zalogować, kiedy ma się czas i zarobić. Czy rzeczywiście tak to działa?
Wciąż jeszcze posiadam konto w niektórych aplikacjach, więc faktycznie mogłabym się zalogować, wykonać jedno zlecenie i zakończyć pracę. W tym sensie elastyczność istnieje. Nie wiem jednak, jakie konsekwencje dla przyszłych zleceń ma to, że pracuję rzadko albo odmawiam przyjęcia kursu. Zasady przydzielania zamówień nie są dla mnie wystarczająco przejrzyste. W opisywanym przeze mnie systemie Glovo funkcjonował rating wpływający na priorytet w przyznawaniu zamówień. Jeśli odmowa przyjęcia kursu pogarsza pozycję kuriera, to trudno mówić o pełnej swobodzie. Korzystanie z deklarowanej elastyczności ma wówczas swoją cenę. Z kolei w przypadku Uber Eats nie miałam jasności, jakie są skutki takich decyzji.
Zdarza się, że aplikacja blokuje kurierowi konto…
To prawda. Traci wówczas możliwość zarabiania, a wyjaśnienie sprawy wymaga czasu i wysiłku. Słyszałam o przypadkach problemów z weryfikacją tożsamości. Kurier musiał zrobić sobie zdjęcie, żeby potwierdzić, że to nadal on wykonuje dostawy, a system je odrzucał, mimo że była to ta sama osoba. Taka weryfikacja może nastąpić w środku dnia pracy. Człowiek jest w mieście i nagle traci dostęp do konta. Musi wyjaśniać sytuację, czasem pojechać do biura. Nie słyszałam o rekompensatach za utracony czas, nawet kiedy błąd leżał po stronie platformy. Finansowe konsekwencje ponosił kurier.
A jeśli osoba wykonująca tę pracę zachoruje lub ulegnie wypadkowi?
Z relacji, które poznałam, wynikało, że kurierzy musieli radzić sobie sami. Kiedy nie mogli pracować, tracili zarobek. To jeden z podstawowych problemów tego modelu - ryzyko przerwy w wykonywaniu dostaw obciąża osobę, która je realizuje.
Wśród pani rozmówców było wielu migrantów. Co najbardziej osłabia ich pozycję wobec platform?
Przede wszystkim ograniczone możliwości znalezienia innej pracy. Dostawy mają niski próg wejścia: trzeba umieć obsługiwać telefon, a do komunikacji często wystarcza podstawowy angielski lub rosyjski. Bez znajomości polskiego trudniej jednak przejść do innego, lepszego zajęcia. Do tego dochodzą niewielkie zarobki i brak oszczędności. Część pieniędzy migranci wysyłają rodzinom, które pozostawili w swoich krajach. Zwłaszcza, że często właśnie po to przyjechali do Polski. Nie mają też sieci wsparcia np. bliskich czy znajomych, u których można zatrzymać się na miesiąc lub dwa w razie problemów. Mieszkają w hostelach, w złych warunkach, bez prywatności, z 20-30 osobami w jednym obiekcie. Konieczność opłacenia dachu nad głową mocno wiąże z pracą. Do tego dochodzi obawa przed koniecznością powrotu do kraju. W takich warunkach trudno negocjować i stawiać wymagania.
Czy związki zawodowe i protesty są w stanie coś zmienić?
Związek w Pyszne.pl pilnował standardów i alarmował o zmianach na gorsze. Nie można tu jednak mówić o spektakularnej poprawie, ale o hamowaniu pogarszania się warunków pracy. Były również protesty kurierów Glovo. Z relacji, które poznałam, wynikało, że udawało się cofnąć obniżki stawek, lecz po kilku miesiącach firma znów je wprowadzała. Sukces polegał więc często na zahamowaniu albo odroczeniu niekorzystnych zmian. Niestety siła związków jest w tej branży ograniczona. Wiele osób pracuje w niej dorywczo, również migrantów. Trudniej zbudować trwałe zaangażowanie, gdy ludzie traktują zajęcie jako przejściowe albo przede wszystkim walczą o bieżące utrzymanie.
Jaka zmiana powinna być wprowadzona jako pierwsza, aby warunki pracy kurierów były właściwe?
Najważniejsze jest uznanie całego czasu wykonywania obowiązków kuriera za czas pracy i zagwarantowanie minimalnej stawki godzinowej. Moim zdaniem rozpoczęciem pracy jest już zalogowanie się do aplikacji i pozostawanie do jej dyspozycji. Oczekiwanie na zamówienie czy na wydanie posiłku nie powinno znikać z rozliczenia. Natomiast już zapewnienie minimalnej stawki godzinowej na umowie zlecenia oznaczałoby istotną poprawę. Docelowo uważam jednak, że kurierzy powinni być pracownikami zatrudnionymi na umowach o pracę. Jest tu zbyt wiele kosztów i ryzyk przerzucanych na nich: zakup i eksploatacja sprzętu, choroba, przerwy w zarabianiu. To branża, w której walczymy o minimum. Kiedy przez lata obserwuje się rozliczanie pracy poprzez najem sprzętu, zaczyna się marzyć choćby o zleceniu. Nie powinniśmy jednak tracić z oczu celu, jakim jest większa ochrona tych osób.
Co powiedziałaby pani komuś, kto twierdzi: „Wolę aplikację i swobodę niż etat”?
Wśród moich rozmówców osoby zadowolone z takiego dorabiania często miały już etat gdzie indziej. Doceniały jego stabilność, a dostawy traktowały jako dodatkowy zarobek. Nie stały więc przed wyborem: etat albo aplikacja. Inaczej patrzy się na tę pracę, gdy ma się zabezpieczenie w innym miejscu, a inaczej, gdy dostarczanie jedzenia jest jedynym źródłem utrzymania. Dla części osób to zajęcie na studia czy na pewien czas. W rozmowach nie dominowały jednak historie ludzi, którzy porzucili stabilną pracę dla elastyczności. Przede wszystkim byli to migranci oraz Polacy dorabiający do innych dochodów.
Dziękuję za rozmowę.




























































