Powrót hossy na rynku złota [Analiza]

główny analityk Bankier.pl

Złoto i inne metale szlachetne mają za sobą najlepsze półrocze od 36 lat. Nie tylko z tego powodu zaryzykowałbym tezę, że był to koniec 4-letniej bessy na rynku królewskiego metalu i że najprawdopodobniej wróciliśmy do hossy.

„Wiem, że nic nie wiem” – Sokrates, V w. p.n.e.

Gdyby żył współcześnie, Sokrates byłby świetnym analitykiem rynkowym. Już 2500 lat temu posiadł fundamentalną zasadę inwestowania: świadomość własnych ograniczeń i nieprzewidywalności rynku. To zastrzeżenie kluczowe dla zrozumienia niniejszego tekstu: nie mogę dać Państwu żadnej gwarancji, że ceny złota nie powrócą poniżej 1.200 czy nawet 1.000 USD za uncję.

(Bankier.pl)

Jednakże na podstawie dostępnych danych i własnego doświadczenia jestem gotów zaryzykować tezę, że rynek złota wszedł w nowy trend wzrostowy, stanowiący ostatni etap sekularnej hossy rozpoczętej w roku 1999. Jeśli mam rację, to za kilka lat ceny złota mogą znaleźć się zdecydowanie wyżej, choć określenie poziomów docelowych uważam za bezcelowe.

Krótka historia złota

Po wielkiej hossie z lat 70-tych XX wieku dla goldbugów nastały ciężkie czasy. Przez prawie 20 lat – a więc niemal całe inwestycyjne pokolenie – ceny złota spadały: z rekordowych 850 USD/oz w styczniu 1980 roku (w ujęciu realnym – czyli skorygowanym o inflację – to rekord do dziś niepobity) do zaledwie 253 USD/oz w lutym 1999 r.

Gdy wygnane z systemu monetarnego złoto, zostało definitywnie spisane na straty, rozpoczęła się „złota dekada” – we wrześniu 2011 r. dolarowe notowania złota osiągnęły nominalny rekord 1.920 USD za uncję. W latach 1969-80 cena złota wzrosła 24-krotnie, a w latach 1999-2011 „tylko” 7,5-krotnie.

Potem rozpoczęła się bessa, której długość (ponad 4 lata) i zasięg (-45% od szczytu do dna) była dla mnie sporym zaskoczeniem. Sądziłem że w otoczeniu realnie ujemnych stóp procentowych, zmasowanego „drukowania” pieniądza przez banki centralne i eskalacji kryzysu nadmiernego zadłużenia korekta na rynku złota nie powinna być głębsza niż 20-30%.

Bessa jako korekta

Uważam za dość prawdopodobne, że ruch spadkowy rozpoczęty we wrześniu 2011 zakończył się w grudniu 2015 r. Zasadniczych argumentów na poparcie tej tezy jest kilka.

Zacznijmy od tzw. techniki. Obserwowany od początku 2016 roku ruch wzrostowy wyraźnie odróżnia się od poprzednich tego typu rajdów, jakie złoto doświadczyło w latach 2012-15. Dolarowe ceny złota odnotowały najlepsze pierwsze półrocze od roku 1980 (!), rosnąc o blisko 25%.

Na fali niepewności związanej z Brexitem kurs złota dotarł do 2,5-letniego maksimum na 1.375 USD/oz., zatrzymując się na poziomie 38,2% zniesienia bessy z lat 2011-15. Co więcej, od dwóch miesięcy rynek wykazuje niechęć do jakiejkolwiek głębszej korekty. Dzięki temu po raz pierwszy od czterech lat ruch wzrostowy jest poparty wznoszącą się 200-sesyjną średnią kroczącą.

Warto też odnotować, że w 2015 roku spadek cen złota w USD wynikał przede wszystkim z bezprecedensowej aprecjacji dolara.  Ceny kruszcu wyrażone w wielu innych walutach zakończyły rok neutralnie, albo wręcz na sporym plusie.

Przykładem jest wykres cen złota wyrażonych w polskim złotym: na naszym rynku dołek bessy przypadł już w grudniu 2013 roku, a od grudnia 2014 r. królewski metal zaczął szybko drożeć, by rok 2015 zamknąć z wynikiem niemal neutralnym. Podobny wynik złoto wypracowało także w euro czy we franku szwajcarskim.

Przepływy kapitału zmieniły kierunek

Kwestie „techniczne” i walutowe nie są jednak przesądzające. Liczą się fundamenty. Złoto nie jest zwykłym surowcem. Jest metalem monetarnym, a zdaniem wielu (także niżej podpisanego) jest jedynym ponadczasowym pieniądzem. Choć ponad połowę zakupów złota generuje branża jubilerska, to popyt inwestycyjny ma znaczenie decydujące.

Stan posiadania złota przez fundusze typu ETF (w mln uncji, lewa oś) a cena złota (w USD/oz., prawa oś).
Stan posiadania złota przez fundusze typu ETF (w mln uncji, lewa oś) a cena złota (w USD/oz., prawa oś). (Incrementum)

Pod tym względem pierwsze półrocze ’16 było absolutnie rekordowe. Inwestorzy kupili o 16% więcej królewskiego metalu niż w czasie apogeum pierwszej fazy kryzysu finansowego w 2009 roku. Wszelkie statystyki przebił popyt na fizyczne sztaby generowany przez podmioty typu ETF, które od stycznia do końca czerwca kupiły 579,2 ton złota, czyli prawie 37% bieżącej produkcji w kopalniach.

Sprkulacyjna pozycja netto na Comeksie (w kontratach, lewa os) i cena złota (w USD/oz., prawa oś).
Sprkulacyjna pozycja netto na Comeksie (w kontratach, lewa os) i cena złota (w USD/oz., prawa oś). (Bankier.pl na podstawie raportów CFTC)

Anegdotyczne doniesienia płynące z raportów Światowej Rady Złota stwierdzały, że nie był to popyt przypadkowy, ani zakupy spanikowanej inwestycyjnej „drobnicy”. Pozycję w złocie odnawiały fundusze, które zdążyły całkowicie pozbyć się metalu w czasie poprzedniej bessy. W żółty metal „wchodzili” wielcy inwestorzy tego świata z George’em Sorosem na czele (aczkolwiek Soros zdążył już wyjść).

Co takiego wydarzyło się na początku 2016 roku, że poważni gracze z wielkimi sukcesami i wieloletnim doświadczeniem zaczęli ładować grube miliardy dolarów w „barbarzyński relikt”? Tego nie wiem i prawdopodobnie nie dowiemy się tego, zanim „złoty ekspres” nie odjedzie na północ.

Można tylko spekulować, co tak wystraszyło wielki kapitał, że nagle zaczął ciągnąć do złota. W mojej ocenie takich czynników było przynajmniej kilka i każdy z nich zasługuje na uwagę. Zacznę od najważniejszego: zarządzający grubymi pieniędzmi utracili wiarę w skuteczność i zasadność działań podejmowanych przez największe banki centralne. Polityka monetarna po prostu doszła do ściany.

Cena złota (w USD/oz., prawa oś) na tle sumy bilansowej najważniejszych banków centralnych (w bln USD, lewa oś).
Cena złota (w USD/oz., prawa oś) na tle sumy bilansowej najważniejszych banków centralnych (w bln USD, lewa oś). (Incrementum)

Do niedawna wierzono, że polityka zerowych stóp procentowych (ZIRP) i „drukowania pieniędzy” (QE) stanowi cudowne remedium na bolączki przekredytowanego Zachodu. Działania Fed-u, Banku Japonii i EBC windowały ceny akcji i obligacji w stratosferę, a nawet w realnej gospodarce dało się poczuć powiew delikatnego ożywienia. Rok temu to wszystko okazało się jedynie kosztowną iluzją.

Ten eksperyment monetarny na niespotykaną wcześniej skalę został wzmocniony polityką ujemnych stóp procentowych (NIRP) w Europie i Japonii. Efekty były odwrotne od zamierzonych. Zadłużony do granic możliwości Zachód nie jest w stanie przyjąć więcej kredytu, niezależnie od jego ceny. Spadek stóp poniżej zera doprowadził na skraj zapaści europejski sektor bankowy, który już wcześniej borykał się z poważnymi niedoborami kapitałowymi i rosnącą stertą niespłatanych kredytów. Gdy NIRP i QE uderzyły w przychody, banki komercyjne stały się tykającą bombą.  Najgłośniej zrobiło się o Deutsche Banku, a później także o bankach włoskich z Banca Monte Paschi di Siena na czele.

Co najważniejsze, skrajnie ekspansywna polityka banków centralnych nie dała rady wywołać nominalnego wzrostu gospodarczego – czyli warunku koniecznego dla utrzymania przy życiu obecnego systemu finansowego. Bez choćby nominalnego wzrostu dochodów niemożliwe jest już nie tylko spłacanie, ale nawet obsługiwanie ogromnego nawisu zadłużenia. Pierwszym tego przykładem są Włochy, ale następne kraje już czekają na swoją kolej.

Skutkiem NIRP i QE jest dług publiczny o wartości nominalnej 12 bilionów dolarów notowany przy ujemnej rentowności! Kupujący te obligacje godzą się za kilka lat odzyskać mniej pieniędzy, niż za nie zapłacili. To aberracja, którą niektórzy usiłują nazywać „nową normalnością”. Utrzymanie na dłuższą metę takiego stanu rzeczy oznacza śmierć kapitalizmu i plajtę tysięcy prywatnych planów emerytalnych w USA i w Europie Zachodniej opartych o instrumenty przynoszące stały dochód rzędu kilku procent rocznie. Teraz te „bezpieczne” obligacje skarbowe przynoszą niemal pewne straty.

Tymczasem problem nadmiernego zadłużenia z każdym rokiem się powiększa. I to w otoczeniu stagnacji gospodarczej i delikatnej deflacji, co skutkuje bardzo niskim (lub wręcz ujemnym: patrz Japonia) wzrostem nominalnym. W takich warunkach obsługa coraz większego zadłużenia coraz częściej stanie się niemożliwa, co wymusza wybór pomiędzy rozwiązaniem deflacyjnym (bankructwa) lub mocno inflacyjnym w postaci jeszcze większego „dodruku” pieniądza przez banki centralne.

Brama do pełnej monetyzacji długu publicznego już jest otwarta na ościerz. Bank Japonii posiada ok. 1/3 krajowego długu publicznego, a w jego ślady dziarsko podąża EBC. W sensie ekonomicznym dług ten przestaje istnieć jako zobowiązanie państwa, ale zaczyna funkcjonować jako zobowiązanie banku centralnego, potocznie zwane „pieniądzem”. Jest już jasne, że zachodni establishment jako rozwiązanie kryzysu nadmiernego zadłużenia wybrał ścieżkę inflacyjną, która łatwo może wymknąć się spod kontroli i przerodzić w hiperinflacyjny krach systemu.

Powoli zaczynamy dostrzegać pierwsze efekty tego wyboru. Po wyznaczeniu w styczniu i lutym wieloletniego minimum notowania surowców ruszyły w górę, wzniecając od dawna niewidzianą presję inflacyjną. Na razie inflacja na poziomie realnej gospodarki jest słabo widoczna, ale już w USA wskaźnik CPI z wyłączeniem cen żywności i energii (tzw. inflacja bazowa) od początku roku przekracza 2%, zbliżając się do wieloletnich maksimów. Z historycznych statystyk wynika, że reflacja (czyli rosnąca inflacja) jest jednym z najlepszych przyjaciół drożejącego złota.

Nasilającym się napięciom w systemie finansowym z reguły towarzyszą turbulencje w świecie geopolityki: wojny, rewolucje i inne niepokoje społeczne. To właśnie obserwujemy od dwóch lat. Wojna rosyjsko-ukraińska o Donbas, stanowiąca eskalację napięcia na linii Rosja-Zachód. Coraz brutalniejsza i coraz bardziej międzynarodowa wojna w Syrii, gdzie gra toczy się o dominację nad roponośnym Bliskim Wschodem. Mamy Chińczyków rozpychających się na Morzu Południowochińskim wysuwających roszczenia terytorialne wobec Japonii – głównego sojusznika USA w tej części świata.

Do tego kryzys imigracyjny w Europie, do której kanclerz Merkel „zaprosiła” pół Afryki i Azji. Dodajmy jeszcze brytyjskie referendum secesyjne, w którym Wyspiarze opowiedzieli się za opuszczeniem struktur Unii Europejskiej.  Wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych, w których bardzo prawdopodobne jest zwycięstwo Donalda Trumpa – kandydata antysystemowego i w przeciwieństwie do Hilary Clinton nieskorumpowanego (jeszcze) przez waszyngtońskie i nowojorskie elity.

Do listy dopiszmy serię zamachów terrorystycznych we Francji, w której od blisko roku panuje stan wyjątkowy. Jesienią czeka nas referendum konstytucyjne we Włoszech, którego skutkiem może być upadek rządu Renziego i w konsekwencji nawet referendum w sprawie wyjścia Italii ze strefy euro.

Nowa hossa?

To tylko najważniejsze z przesłanek pozwalających oczekiwać wyższych cen złota w perspektywie następnych kilku lat. Choć gwarancji, że królewski metal nie zaliczy jeszcze jednej fali spadków dać nie mogę.

Tym bardziej, że  w horyzoncie najbliższych kilku tygodni i miesięcy nie można wykluczyć jakiejś korekty, przed którą ostrzega niemal ekstremalnie wysokie zaangażowanie spekulacyjnego kapitału. Jednak na dłuższą metę jakakolwiek hossa jest niemożliwa bez udziału tego typu graczy. To oni napędzają ruch wzrostowy, do którego po drodze przyłączają się coraz mniej świadomi inwestorzy, z przysłowiową „ulicą” kupującą na samej górce.

Ta analiza nie została napisana z myślą o tym, abyś od razu pobiegł po złote Krugerrandy w oczekiwaniu, że za rok czy dwa podwoją się one w cenie – choć takiego scenariusza nie można wykluczyć. Fizyczne złoto raczej nie powinno być traktowane jako spekulacja, lecz jako polisa ubezpieczeniowa chroniąca zdywersyfikowany portfel inwestycyjny przed szaleństwami rządów i banków centralnych. Tylko u wyjątkowo pesymistycznie nastawionych inwestorów królewski metal powinien stanowić więcej niż 20-30% aktywów.

Krzysztof Kolany

Źródło:

Newsletter Bankier.pl

Dodałeś komentarz Twój komentarz został zapisany i pojawi się na stronie za kilka minut.

Nowy komentarz

Anuluj
20 4 ~Piotrek1954

Fajna rzecz taka dogłębna analiza. Tylko problem polega na tym, że nic dla nikogo i dla niczego z tej analizy nie wynika. jedyna korzyść to fakt, że autor dostał kasę za napisanie tekstu. To jest tak jak z pogodą, wróżenie z fusów, wystarczy niewielkie przypadkowe nawet wydarzenie (klasyczne skrzydełko motyla) i cała skrupulatna analiza bierze w łeb. Wystarczy też, że jeden z wielkich światowych inwestorów zacznie skupować złoto - inni natychmiast pójdą jego śladem, bo to przecież guru inwestowania, kruszec momentalnie idzie w górę bo rośnie popyt, Guru kupił parę ton i czeka. Jak cena wzrośnie o np. 10 % natychmiast sprzedaje. On jest do przodu miliardy a inni mają w plecy. Potem taki Guru wystąpi przed kamerami i powie, że on przecież przewidział, że cena złota dojdzie do poziomu "X" i nic dalej, dlatego sprzedał. Bo on jest wielki guru-inwestor.

Pokaż cały komentarz ! Odpowiedz
22 4 ~Pibik

Kto to jest analityk? Analityk to osoba która umie zawsze wtłumaczyć dlaczego jego przewidywania się nie sprawdziły.

! Odpowiedz
25 7 ~Adam_K

Dziekuję za ten wpis i za podzielenie się swoimi przemyśleniami!

! Odpowiedz
4 34 ~Bolek

Idzie ostro do góry. Chyba coś jest na rzeczy - Comexie. Spekulantów nie brakuje. Jak dojdże do 2500 $ za uncję to będzie znaczyło że osiągnie 10000 $ Wyrówna to trochę pokrycie papierków w złocie. Chiny oficjalnie podają stare i zaniżone zakupy złota podobnie ruscy. O krajowym wydobyciu nie wspomnę.

! Odpowiedz
34 7 ~kutasiłeb

nie wiadomo do końca, czy wzrośnie czy opadnie, na pewno rząd szydło dostanie po tyłku za lekkomyślne dawanie hajcu plebsowi ....

! Odpowiedz
20 1 (usunięty)

(wiadomość usunięta przez moderatora)

! Odpowiedz
4 48 ~Nostradam

Złoto to złoto a papier to papier. Lepiej mieć uncję złota niż tonę papieru.

! Odpowiedz
32 1 ~Oko

Czy kupujac zloto w UK jest rejestracja jak w Polsce ?

! Odpowiedz
26 9 ~MacGawer

Bardzo cenię arty Krzysztofa Kolanego za to, że patrzy na temat szeroko. Analizując to co sie dzieje trydno oprzeć się wrażeniu, że będzie jakies poważne załamanie gospodarcze. W takim wypadku wrzucanie wszystkich surowców do jednego worka nie ma sensu. Kurcząca sie gospodarka zbije ceny części surowców (ropa, wegiel, gaz, metale), a inne mocno wywinduje. TU warto sięgnąć po piramidę Maslowa ktora mówi iż w obliczu ograniczonych zasobów najpierw zaspokaja się podstawowe potrzeby. Najbardziej podstawową jest żywność, a krach nie będzie sprzyjał jej produkcji. O ile w pierwszej fazie może nieco stanieć to szybko odbije i będzie coraz droższa. Kolejne sztywne opcje w budżetach domowych to ubrania i dom. O ile w pierwszym wypadku da się spor oszczędzić to drugie są nie do ruszenia. Taniejąca ropa, gaz i wegiel spowodują zmniejszenie produkcji co pociągnie za soba wzrost kosztów transportu. W sumie baryłka po 50$ może oznaczać litr benzyny w detalu po 5 zl czy kWh prądu po 80 gr, a gazu po 35 gr.

Podsumowując - upadek gospodarki może przynieść zmniejszenie cen wielu surowców i produktow pzremyslowych i jednoczesne zwiększenie kosztów życia. W takim wypadku inflacja zadziała ze zdwojoną siłą bo indeksacja płac nie będzie nadążała za drożejąca żywnością czy opałem.

Pokaż cały komentarz ! Odpowiedz
21 17 ~Reporter

„Potem rozpoczęła się bessa, której długość (ponad 4 lata) i zasięg (-45% od szczytu do dna) była dla mnie sporym zaskoczeniem.” Nie tylko dla pana - zaskoczeni zostali nawet najpotężniejsi analitycy ponieważ nikt nie spodziewał się że banki centralne do takiego stopnia malwersacji się posuną i wprowadzą tak ogromne luzowanie finansowe oraz prawie zerowa a obecnie ujemne stopy procentowe nieznane w historii świata. Tak teraz pozostało Elitom tylko zasypanie świata walutami połączone z wojną tym razem światową. Przykro to pisać bo też się obawiam, ale takie są prawa „natury”

Pokaż cały komentarz ! Odpowiedz
ZŁOTO -0,75% 1 282,42
2017-10-20 22:58:00
MIEDŹ -0,04% 6 970,50
2017-10-20 19:59:00
ROPA 1,05% 57,90
2017-10-20 22:58:00
SREBRO -1,27% 17,06
2017-10-20 22:58:00
PLATYNA -0,06% 926,00
2017-10-20 22:58:00

Znajdź profil

Zapisz się na bezpłatny newsletter Bankier.pl