Negocjacje w sprawie budżetu UE na lata 2028-34, a zwłaszcza zachowanie państw członkowskich przypominają mi niekiedy film „Dzień świstaka» – ocenił w rozmowie z PAP komisarz UE ds. budżetu i administracji Piotr Serafin. Widziałem to wszystko 7, 14 i 21 lat temu — dodał.


PAP: Jakie są szansę na zakończenie negocjacji w sprawie budżetu UE na lata 2028-34 do końca tego roku?
Piotr Serafin, komisarz UE ds. budżetu i administracji: Nie mam wątpliwości, że zakończenie negocjacji jeszcze w tym roku jest w interesie zarówno państw członkowskich, jak i całej Wspólnoty, i to z jednego, bardzo prostego powodu: potrzebujemy przewidywalności i stabilności. Nie możemy pozwolić sobie na sytuację, w której od 1 stycznia 2028 roku Europa nie będzie inwestowała w swoją przyszłość, bo temu właśnie służy budżet UE.
Gdybyśmy nie skończyli negocjacji w tym roku, kolejny wieloletni budżet nie wejdzie w życie 1 stycznia 2028 roku. Biorąc pod uwagę to, co się dzieje na świecie, powinniśmy tego uniknąć.
PAP: Na wprowadzenie w życie nowego budżetu trzeba roku?

P.S.: Ten budżet opiera się na nowej filozofii, jest w nim sporo nowych instrumentów, więc potrzeba więcej czasu na wdrożenie go w życie. Nawet jeśli weźmiemy obecną perspektywę finansową (na lata 2021-27), widzimy, że ponieważ została uzgodniona z opóźnieniem, pierwsze półtora roku jej obowiązywania było stracone. Zaległości odrabiamy dopiero teraz. Mamy np. mocno opóźniony szczyt płatności z tytułu polityki spójności…
PAP: Jak duże jest ryzyko polityczne? Przeciągnięcie negocjacji na 2027 rok oznacza, że zbiegną się w czasie z wyborami w kluczowych krajach UE. Czy może to jeszcze bardziej utrudnić dojście do kompromisu?
P.S.: W kampanii wyborczej państwo członkowskie zawsze skupione jest na samym sobie, nie myśli wtedy o interesach Wspólnoty. Rzeczywiście w przyszłym roku mamy wybory w zasadzie we wszystkich dużych państwach członkowskich z wyjątkiem Niemiec.
PAP: Jeśli rząd kanclerza Friedricha Merza przetrwa kryzys polityczny…
P.S.: Rok wyborczy to nie jest dobry czas do negocjacji, bo wtedy polityka wewnętrzna bierze górę nad europejską. Mój główny argument za dojściem do porozumienia w 2026 jest jednak inny. Powtarzam: w tym rozedrganym i pełnym kryzysów świecie nie możemy sobie pozwolić na to, żeby nie mieć budżetu w 2028 roku.
PAP: Czy czynniki zewnętrzne - wojna w Ukrainie, zagrożenie ze strony Rosji i wrogie nastawienie obecnej administracji amerykańskiej do UE, zmobilizują państwa członkowskie do szybkiego znalezienia kompromisu?
P.S.: Chciałbym zauważyć, że w obliczu ostatnich kryzysów zewnętrznych Unia Europejska stanęła na wysokości zadania. Tak naprawdę te kryzysy zmobilizowały nas do działania. Weźmy pandemię i pełnoskalową inwazję na Ukrainę. Powiedzmy sobie otwarcie, gdyby nie wsparcie finansowe ze strony UE, Ukraina by upadła!
Co więcej, Europa właściwie odczytała też sygnały z Waszyngtonu i zaczęła inwestować w swój przemysł obronny, we własne bezpieczeństwo. To wszystko świadczy o żywotności Wspólnoty Europejskiej.
Myślę, że w przypadku negocjacji budżetowych będzie podobnie. Nie popadajmy w przesadę: to nie są najważniejsze negocjacje w historii Unii, ale oczywiście w interesie nas wszystkich jest, by zakończyły się w terminie dobrym kompromisem. Rozmawiając o pieniądzach trudno nie uwzględnić kontekstu zewnętrznego. Moim zdaniem to wszystko będzie sprzyjało szybszemu podjęciu decyzji.
PAP: Na razie do porozumienia daleko. Obóz „skąpców», w którym są m.in. Niemcy i państwa skandynawskie, domaga się kilkaset miliardów euro cięć. Politycy w Berlinie oskarżają KE i szefa Rady Europejskiej Antonio Costę o „nierealistyczne» podejście do budżetu. To chyba nienajlepiej wróży?
P.S.: Negocjacje budżetowe, a zwłaszcza zachowanie państw członkowskich przypominają mi niekiedy film „Dzień świstaka». Widziałem to wszystko 7, 14 i 21 lat temu. Wierzę, że i tym razem kompromis jest możliwy, choćby dlatego, że zawsze dochodziliśmy do porozumienia na samym końcu rokowań. Co więcej, uważam, że dziś mamy znacznie więcej powodów do tego, aby dojść do porozumienia niż w przeszłości. Chodzi mi zarówno o to, co się dzieje wokół UE, jak i o zawartość samego budżetu.
Nie jest prawdą, że KE zaproponowała szokujący wzrost wydatków. Tezę tę stawia grupa państw członkowskich (Niemcy, Holandia, Dania, Finlandia, Szwecja – PAP), a my przeciwstawiamy temu fakty. Otóż w relacji do PKB Unii budżet na lata 2028-34 jest tylko minimalnie wyższy od obecnej perspektywy budżetowej.
Jest też drugi argument za obecną propozycją, który jak mam nadzieję, przekona również te państwa członkowskie, które postulują głębokie cięcia. Otóż obszary, w których notujemy największe wzrosty nakładów, są ważne także dla nich. Propozycja zakłada bowiem zwiększenie wydatków na przemysł obronny i konkurencyjność. Jeśli dojdzie do głębokich cięć, to dotkną one właśnie tych obszarów.
Co więcej, to byłoby ze szkodą dla wszystkich, gdyż obniżyłoby zdolności UE do realizowania wspólnych projektów w obronności i konkurencyjności. Ci, którzy żądają cięć, powinni brać to pod uwagę.
PAP: Rozumiem, że żaden z krajów nie zgodzi się na podniesienie składek do budżetu?
P.S.: Jeśli chodzi o składki narodowe, są one elementem tego samego równania: składki plus środki własne równa się wysokość budżetu.
PAP: Wyciągasz jeden element, całość się wali?
P.S.: Nie dramatyzujmy. „Wali się» nie jest w tym przypadku właściwym słowem. Jest jasne, że musimy znaleźć właściwą równowagę między tymi elementami. Wierzę, że w ostateczności zwycięży rozsądek, choć ludzie jak to ludzie, czasami podejmują nierozsądne decyzje.
PAP: Powiedział pan, że negocjacje budżetowe w UE są jak "dzień świstaka". Czy rzeczywiście co siedem lat powtarza się dokładnie to samo – najpierw stawianie sprawy na ostrzu noża, a potem „zgniły» kompromis?
P.S.: To są moje czwarte negocjacje budżetowe. Przyznam, że na przestrzeni tych ponad 20 lat zmieniła się sytuacja różnych państw członkowskich: część z nich ma teraz wyższy dług publiczny, więc mają trudności z finansowaniem różnych swoich potrzeb, w tym z finansowaniem wspólnego budżetu UE. Co do zasady niewiele się jednak w tych negocjacjach zmieniło. Dowód? Te same teksty o „skąpcach» i „przyjaciołach spójności», które pisano 7,14 czy 21 lat temu, można powtórzyć dzisiaj.
PAP: Coś się jednak zmieniło, bo najbardziej zaciekły „skąpiec», czyli Wielka Brytania jest już poza UE…
P.S.: Ale znaleźli się tacy, którzy chcą ją godnie zastąpić w tej roli. Żeby nie było wątpliwości: rozumiem podejście krajów, które w dużej mierze finansują wspólnotowy budżet. Oczekują one od niego wartości dodanej. Pamiętajmy jednak, że przedmiotem negocjacji jest zmodernizowany budżet, który ma służyć także płatnikom netto.
To przecież kraje Północy skorzystają ze zwiększenia nakładów na przemysł obronny. W końcu najbardziej zagrożona jest właśnie ta część Europy oraz Wschód. Co więcej, to firmy z krajów z „grupy skąpców» będą głównymi beneficjantami wspólnych projektów w dziedzinie konkurencyjności i ze zwiększonych wydatków na badania i rozwój.
PAP: Zajmuje się Pan integracją europejską ponad ćwierć wieku. Jak się przez ten czas zmieniła pozycja Polski w UE? Nie tylko w negocjacjach budżetowych…
P.S.: Jestem dumny z Polski. Uważam, że patrząc na pozycję naszego kraju w UE 22 lata po akcesji, wszyscy mamy powody do dumy. Odnieśliśmy sukces w wielu wymiarach: gospodarczym, w zakresie postępu infrastrukturalnego. To wszystko jest doceniane w Brukseli. Polska owszem ma swoje problemy wewnętrzne, głównie polityczne, ale żyjemy w takich czasach, że ma je każde państwo członkowskie.
Ważne, że po wyborach w październiku 2023 roku jesteśmy wyłącznie przy europejskim stole, ale nie ma nas w menu.
PAP: W menu?
P.S.: Chodzi o to, że Polska nie jest już problemem omawianym przez państwa członkowskie np. podczas kolacji na szczytach UE. A bywało, że byliśmy, zwłaszcza w obszarze krępującym z punktu widzenia Polaka, czyli rządów prawa i gwarancji uczciwego wydatkowania środków europejskich. Cieszę się, że ten problem odszedł w zapomnienie. Mam nadzieję, że już nie wróci.
PAP: Część ekspertów twierdzi, że od Polski oczekiwano więcej, w UE liczono na polskie inicjatywy …
P.S.: Przez ostatnie lata UE w zasadzie nie liczyła się w obszarze bezpieczeństwa i obrony. Kiedy w 2004 roku wchodziliśmy do Wspólnoty, UE się tym w ogóle nie zajmowała. To, że zapewnienie bezpieczeństwa i zdolność do obrony stały się dziś jednym z najważniejszych priorytetów Unii, jest w dużej mierze zasługą Polski. Odegraliśmy tu decydującą rolę. Program SAFE, który narodził się za prezydencji Polski w Radzie UE, jest tylko jednym z przykładów. Kolejnym jest konstrukcja nowego budżetu UE, ze znaczącym wzrostem nakładów na obronność.
Co więcej, uważam, że dwie kluczowe unijne polityki, migracyjna i klimatyczna, zmieniają się zgodnie z polską filozofią podejścia do tych wyzwań. Po pierwsze, dzięki temu Polacy w mogą czuć się bardziej komfortowo w Unii. Po drugie taka ewolucja jest korzystna z punktu widzenia przyszłości projektu europejskiego, bo dotychczasowa polityka migracyjna i klimatyczna były paliwem dla wszelkiej maści skrajnych partii i ruchów populistycznych.
PAP: I jest nadal…
P.S.: To prawda, ale wygląda już inaczej niż 5-10 lat temu. Wyważony i rozsądny wpływ Polski na te dwie dziedziny, to nasz cenny wkład w projekt europejski w ostatnich trzech latach. Poza oczywiście zwróceniem uwagi na kwestie bezpieczeństwa.
PAP: Polska sama bardzo skorzystała na akcesji. Czy nie powinna bardziej promować odważniejszego rozszerzenia UE? Była komisarz UE Elżbieta Bieńkowska mówiła w wywiadzie dla PAP, że powinniśmy być adwokatem Ukrainy w UE, tak jak Niemcy byli adwokatem Polski, kiedy to my negocjowaliśmy…
P.S.: Zacznijmy od tego, że to, iż w ogóle rozmawiamy o dużym projekcie rozszerzenia, jest zasługą Ukrainy. Wraz z pełnoskalową inwazją Rosji, do Europy wróciła bowiem świadomość, że rozszerzenie jest narzędziem geopolitycznym. Świat nie znosi próżni. Jeśli UE odepchnie Ukrainę czy kraje Bałkanów Zachodnich, tę część Europy zagospodarują mocarstwa nam wrogie.
Rozszerzenie jest owszem bardzo ważnym procesem, ale musi odbywać się zgodnie z przyjętymi zasadami, a jego tempo zależeć będzie od realnych postępów państw kandydujących we wdrażaniu prawa czy przygotowywaniu instytucji. Nie mniej ważne jest to, że rozszerzeniu musi towarzyszyć akceptacja społeczna w krajach członkowskich.
PAP: Zagrożenie ze strony Rosji nie jest dostatecznym argumentem, by ten proces przyspieszyć?
P.S.: Nie ma w tej kwestii taryfy ulgowej. Co więcej, pójście drogą na skróty sprawiłoby, że nowe państwo członkowskie nie byłoby dla Unii atutem tylko obciążeniem. Z własnego doświadczenia wiemy, że droga do UE nie jest łatwa. Niektórzy proces przygotowywania Polski do członkostwa w UE porównywali z „milicyjną ścieżką zdrowia». To była oczywiście przesada, ale przez ten czyściec trzeba przejść.
Dziś najbardziej zaawansowanym kandydatem do członkostwa jest Czarnogóra. Przyjęcie tego kraju do UE byłoby niezwykle istotnym sygnałem w wymiarze geopolitycznym. Oto Europa po 13 latach wraca do polityki rozszerzenia. Ostatnim krajem, który wszedł do Unii była bowiem Chorwacja, której akcesja miała miejsce 1 lipca 2013 roku.
PAP: Na rozszerzenie potrzebne są dodatkowe środki z budżetu. Czy w czasach, kiedy każdy w Europie łapie się za kieszeń, nie jest to dodatkowy czynnik opóźniający?
P.S.: Rozszerzenie UE o Czarnogórę i kilka innych krajów nie byłoby wielkim problemem z punktu widzenia wspólnego budżetu. Zupełnie inaczej wygląda to w przypadku Ukrainy, ale tu nie ma co dramatyzować. Przypominam, że o warunkach członkostwa, zwłaszcza finansowych, decydują państwa członkowskie, a nie państwa kandydujące. To my kontrolujemy koszty.
Oczywiście trzeba być uczciwym i sprawiedliwym, ale Polska, wchodząc do UE, nie miała od razu dostępu do wszystkich korzyści członkostwa, zwłaszcza w wymiarze finansowym. Obowiązywał choćby okres przejściowy w dostępie do dopłat bezpośrednich.
Po drugie uważam, że jeśli chodzi o akcesję Ukrainy, najważniejszym problemem, także negocjacyjnym, jest jej integracja w ramach Wspólnej Polityki Rolnej. Ta polityka została pomyślana jako narzędzie wspomagania gospodarstw rodzinnych, a w Ukrainie takich praktycznie nie ma.
Osobiście uważam, że musimy wymyślić zupełnie nowy, kreatywny mechanizm integracji ukraińskiego rolnictwa. Co więcej, sądzę, że w interesie Polski i całej UE leży to, by Ukraina pozostała poważnym graczem na rynku eksportu żywności, przede wszystkim zboża, do Afryki Północnej, na Półwysep Arabski czy do Azji Centralnej. Będzie to bowiem geopolitycznym atutem Europy.
Ukraina, która straci te rynki i skieruje swój eksport do krajów UE, może być przyczyną poważnych problemów politycznej wewnątrz Wspólnoty. Mieliśmy tego przedsmak w 2023 roku podczas polsko-ukraińskiego kryzysu zbożowego.
Powtarzam – w przypadku członkostwa Ukrainy w Unii nie będzie żadnej taryfy ulgowej. Warunki akcesji tego kraju muszą być w pierwszym rzędzie do zaakceptowania przez społeczeństwa państw członkowskich, w tym Polski. Nie da się bowiem przeprowadzić rozszerzenia, nawet o Czarnogórę, bez akceptacji społecznej.
Rozmawiał Jacek Pawlicki (PAP)
jap/ par/ mro/






























































