Banki centralne podnoszą stopy procentowe, by schłodzić popyt i w konsekwencji obniżyć presję inflacyjną. Na razie metoda daje marne efekty. Aby była bardziej skuteczna, „władców pieniądza” muszą wesprzeć ich lennicy.
![Podwyżki stóp procentowych – okładanie kijem i marcheweczka [Komentarz]](https://galeria.bankier.pl/p/4/2/0efeae9c80df50-948-567-0-0-1000-599.jpg)
![Podwyżki stóp procentowych – okładanie kijem i marcheweczka [Komentarz]](https://galeria.bankier.pl/p/4/2/0efeae9c80df50-948-567-0-0-1000-599.jpg)
Wieloletni prezes Rezerwy Federalnej William McChesney Martin powiedział kiedyś, że zadaniem banku centralnego jest wyniesienie z przyjęcia wazy z ponczem w odpowiednim momencie. Ale decyzje „władców pieniądza” można porównać także do użycia kija i karmienia marchewką.
Przeczytaj także
Poprzez politykę monetarną wpływają oni na rynkową cenę pieniądza, co uderza po kieszeni jedne podmioty, a pozwala więcej zarobić innym. Z jednej strony podwyżka stóp procentowych sprawia, że rośnie cena kredytu – nowy jest trudniej dostępny i droższy, a więcej muszą zapłacić również ci, którzy zaciągnęli zobowiązanie o zmiennym oprocentowaniu. Z drugiej strony oznacza także, że rośnie cena, którą warto zapłacić za depozyt, ponieważ zwiększa się koszt pozyskania środków z alternatywnego źródła. Tak kij, jak i marchewka ograniczają popyt, a w efekcie – obniżają presję inflacyjną. Obecnie widzimy, że funkcjonuje tylko jeden z tych elementów.
Polacy, którzy wzięli w ostatnich latach kredyt mieszkaniowy, boleśnie odczuwają kolejne uderzenia monetarnego kija. Ci, którzy chcieliby kredyt dostać, muszą się liczyć z tym, że banki nie będą skłonne pożyczyć im tak dużych kwot jak wcześniej. Równocześnie instytucje nie śpieszą się z podwyżkami oprocentowania depozytów. I nie ma im się co dziwić, ponieważ pieniędzy po prostu nie potrzebują. Polacy nie wycofują z nich środków, mimo że te realnie topnieją w oczach za sprawą już dwucyfrowej inflacji, a płynność sektora pogłębiły w ostatnich latach również covidowe zastrzyki.
W efekcie wpływ polityki pieniężnej na inflację jest stłumiony. Tymczasem problem narasta i grozi utrwaleniem. Co zatem mogą zrobić władze? Jeśli nie zdecydują się odpuścić walki z inflacją, mogą oczywiście coraz mocniej okładać kredytobiorców monetarnym kijem. Ale być może powinny spróbować także innej metody – zaoferować społeczeństwu porządną marchewkę, czyli bezpieczną i zyskowną ofertę lokowania pieniędzy.

Mogą to zrobić bezpośrednio – wyraźnie uatrakcyjniając ofertę obligacji oszczędnościowych Skarbu Państwa i trafiając z nią do zdecydowanie szerszej grupy odbiorców niż nieco ponad 200 tys. osób – lub pośrednio: wpływając na ofertę banków. Ich działalność już teraz jest ściśle regulowana, a politycy mają na nią również pośredni wpływ poprzez obsadę władz spółek kontrolowanych przez „Skarb Państwa” (czyt. polityków). Odpowiednie zmiany prawne czy rekomendacje przekonałyby bankierów do podwyżek oprocentowania depozytów – marcheweczka przynajmniej nieco by urosła.
Przeczytaj także
Potrzebna wydaje się teraz również sama dyskusja na temat relacji państwo-banki-klient. Banki otrzymały od władz przywilej kreowania pieniędzy w oparciu o regulacje, których celem jest przede wszystkim bezpieczeństwo i stabilność krajowych finansów, ale i wspieranie określonych postaw gospodarczych. W obliczu poważnego ryzyka utrwalenia inflacji na poziomach najwyższych od dekad warto się zastanowić, czy obecne zasady „właściwie” dystrybuują koszty finansowej zawieruchy. Czy naprawdę najmocniej po kieszeni muszą obrywać m.in. osoby, które wzięły kredyt na pierwsze własne mieszkanie albo potrzebują to zrobić? Czy drobni ciułacze muszą być skazani na potężne realne straty na depozytach? Na razie monetarnym kijem obrywają głównie najsłabsi, a na porządną marchewkę mogą liczyć co najwyżej tłuste koty.
































































