Prezydent USA ma nie lada problem. Stany Zjednoczone przegrywają właśnie wojnę z jednym ze swoich największych wrogów. Gospodarka USA coraz bardziej pogrążona jest w bagnie rosnącej inflacji i cen energii, a sama popularność Trumpa oscyluje obecnie wokół poziomu z czasów drugiej kadencji George’a W. Busha, a wręcz zbliża się do poziomu z końca kadencji Richarda Nixona. To wszystko źle wróży Partii Republikańskiej w zbliżających się wyborach połówkowych, które Republikanie przegrają z kretesem. Pytanie brzmi tylko: jak bardzo?


Poparcie dla prezydenta szoruje po dnie – oscyluje w okolicach 36–39%, przy dezaprobacie sięgającej 57%. To historyczny wręcz balast. Takie liczby, notowane na chwilę przed wyborami połówkowymi (które odbędą się już za 6 tygodni), to wyrok dla partii rządzącej. To zresztą jedne z najgorszych wyników dla urzędującego prezydenta w powojennej historii Stanów Zjednoczonych, co musi budzić panikę w sztabach Partii Republikańskiej i nieukrywaną radość po „niebieskiej” stronie. Demokraci w zasadzie jedyne, co dziś robią, to kierują się zasadą „nie przeszkadzać”.
Wpływ na te fatalne nastroje mają dwa kluczowe czynniki: geopolityka i portfele Amerykanów. Przedłużające się uwikłanie w konflikt na Bliskim Wschodzie, w tym nierozwiązane napięcia z Iranem, nie tylko nadszarpnęło wizerunek USA jako sprawnego, globalnego hegemona, ale bezpośrednio uderzyło w rynki surowcowe. Ceny ropy i energii utrzymują się na niepokojąco wysokich poziomach, co napędza uporczywą inflację i nie uszło uwadze Fed-u. Rezerwa Federalna podniosła przedział stopy funduszy federalnych po raz pierwszy od 2023 roku… mimo że zgodnie z oczekiwaniami prezydenta Trumpa miała je obniżać (za co swoją drogą „bęcki” nieustannie zbierał były szef Fed-u, Jerome Powell).
Izba Reprezentantów spisana na straty i to nawet przez “swoich”
Pytanie o skalę porażki Republikanów znajduje swoją pierwszą odpowiedź w Izbie Reprezentantów. Demokraci prowadzą w ujęciu ogólnokrajowym (tzw. generic congressional ballot) średnio o 5 do 8 punktów procentowych. Modele analityczne dają im od 80% do nawet 90% szans na przejęcie kontroli nad Izbą.
Co wymowne, niepokojące dla GOP sygnały płyną nawet z instytutów tradycyjnie uważanych za sprzyjające prawicy. W odczytach Rasmussen Reports, ośrodka historycznie wykazującego lekkie odchylenie na korzyść konserwatystów, dotychczasowa przewaga Republikanów całkowicie wyparowała.

Kluczowe rozstrzygnięcia zapadną na przedmieściach metropolii w stanach Nowy Jork, Kalifornia, Pensylwania czy Wirginia. To tam umiarkowany elektorat, w tym kluczowa grupa wyborców niezależnych oraz kobiety z klasy średniej, masowo odwraca się od radykalnych kandydatów z namaszczeniem ruchu MAGA, obwiniając obóz rządzący o drożyznę i chaos ustrojowy.
W najgorszym dla Republikanów scenariuszu ich strata w Izbie może przekroczyć 40 mandatów. W warunkach amerykańskiego systemu oznacza to potężny wstrząs. Przejęcie Izby przez Demokratów odda w ich ręce kontrolę nad kluczowymi komisjami, prawo do prowadzenia dochodzeń oraz wyłączną inicjatywę w sprawach podatkowych i budżetowych. Dla Białego Domu oznacza to całkowity paraliż legislacyjny w drugiej połowie kadencji, a z perspektywy Wall Street - powrót widma ostrzejszych sporów o limit zadłużenia oraz ryzyko paraliżu administracji rządowej.
W Senacie walka o przetrwanie, czyli kosztowne błędy MAGA
Znacznie bardziej skomplikowany, ale równie pesymistyczny dla GOP obraz wyłania się z walki o Senat. Choć krążące w mediach społecznościowych skrajne mapy, prognozujące całkowite „zniebieszczenie” USA łącznie z konserwatywnymi twierdzami w Idaho, Kansas czy Nebrasce, można włożyć między bajki (tam Republikanie raczej obronią swoje pozycje), to w kluczowych stanach sytuacja jest eufemistycznie mówiąc trudna.
Strategia Donalda Trumpa polegająca na promowaniu w prawyborach kandydatów wyłącznie pod kątem ich lojalności wobec ruchu MAGA, a nie realnych szans na przyciągnięcie umiarkowanego elektoratu, mści się okrutnie. Demokraci, widząc słabość przeciwnika, przyjęli strategię cichej skuteczności. Wystawili silnych, centrowych kandydatów i pozwalają Republikanom tracić poparcie na własne życzenie.
W Teksasie, tradycyjnym bastionie prawicy, obserwujemy zacięty wyścig ze wskazaniem na Demokratów (Talarico ramię w ramię z Paxtonem). W Karolinie Północnej Roy Cooper (D) buduje solidną, niemal dwucyfrową przewagę nad Michaelem Whatleyem. Nawet wyścigi na Alasce czy w Iowie analitycy oceniają jako typowe rzuty monetą (tak zwane toss-upy - przyp. red.).
Niezwykle wymowne wskaźniki płyną z badań Emerson College Polling oraz agregatów RealClearPolling. W scenariuszu bazowym, utrzymanie obecnych przewag sondażowych daje Demokratom stabilną większość na poziomie 51 lub 52 mandatów, pozbawiając Republikanów wpływu na nominacje sędziowskie i kluczowe stanowiska. Z kolei w wariancie skrajnie niekorzystnym dla GOP, a więc sytuacji gdyby Demokraci wygrali we wszystkich stanach wahających się, w tym w Teksasie czy Karolinie Północnej, ich stan posiadania może urosnąć nawet do 53 lub 54 miejsc.
Liczą się dolary, dolary i jeszcze raz dolary
Wyborca w USA głosuje przede wszystkim portfelem, a ten w 2026 roku jest poddawany ogromnej presji. Nie oszukujmy się - dla przeciętnego Amerykanina obietnice z kampanii prezydenckiej rozminęły się z twardą, gospodarczą rzeczywistością.
Drogie paliwo na stacjach, wysokie raty kredytów i rosnące rachunki skutecznie wykończyły cierpliwość amerykańskiej klasy średniej. Budżet przestaje się spinać, giełdy (od których uzależnione są amerykańskie emerytury) z rozlicznych powodów (głównie kaprysów Trumpa) zachowują się jak rollercoaster, a polityczny spektakl wokół Białego Domu po prostu przestaje działać, a MAGA przyjdzie za to zapłacić. W końcu.





























































