Wbrew „fundamentom” czwartkowy poranek przyniósł dalszą wyprzedaż kontraktów terminowych na złoto i srebro. Analitycy usiłują to tłumaczyć umocnieniem dolara i jakoby „jastrzębim” nastawieniem Fedu. W grze mogą być jednak czynniki płynnościowe.


W czwartek przed południem dolarowe notowania złota zniżkowały o 3,7%, schodząc do poziomu 4 716,56 USD za uncję trojańską. Dzień wcześniej królewski metal został przeceniony o 3,3% po tym, jak jego notowania zniżkowały przez pięć poprzednich sesji z rzędu. Zatem dzisiejszy spadek może być siódmym z kolei. Póki co kurs złota znalazł się najniżej od 6 lutego.
Teoretycznie złoto teraz powinno drożeć. Wojna na Bliskim Wschodzie zamiast wygasać, to eskaluje i to w dodatku w dość nieoczekiwany sposób. Iran atakując instalacje naftowe i gazowe w Zatoce Perskiej przyczynia się do wzrostu notowań ropy i gazu. A to prowadzi świat w objęcia kryzysu paliwowego, spowolnienia wzrostu gospodarczego i wyższej inflacji. Czyli tak nielubianej przez wszystkich stagflacji.
Wydawałaby się, że to idealne otoczenia dla silnych zwyżek cen złota traktowanego jako bezpieczna przystań na ciężkie czasy. Tak jednak nie jest i od momentu izraelsko-amerykańskiej agresji na Iran złoto tanieje. „Dlaczego złoto tanieje, gdy świat płonie?” – już trzy dni temu odpowiedzi na to pytanie szukał Michał Kubicki z redakcji Bankier.pl.
Bo Fed, bo dolar, bo stopy…
Post factum analitycy jak zwykle nie mają problemów z wytłumaczeniem tego zjawiska. Większość wyjaśnień skupia się na roli dolara amerykańskiego, który (rzecz jasna oprócz ropy i gazu) jest głównym beneficjentem obecnej zawieruchy na Bliskim Wschodzie. W lutym indeks dolara umocnił się o 0,7%, zaś od początku marca zyskał 2,4%. Ceny złota wyrażane są w USD, stąd też kurs królewskiego metalu jest historycznie ujemnie skorelowany z siłą amerykańskiej waluty.

Druga kwestia to szybko rosnące rynkowe stopy procentowe. Galopujące ceny ropy naftowej, paliw i gazu ziemnego nasilają presję inflacyjną, co wywiera wpływ na rentowności obligacji skarbowych. Amerykańskie 2-latki notowane są przy rentowności 3,82%, a więc o prawie 50 pb. wyżej niż pod koniec lutego. To taki ekwiwalent dwóch 25-punktowych podwyżek w Rezerwie Federalnej. Rosną także rentowności obligacji 10-letnich. I to tak w USA jak i w Europie czy Japonii. Zatem zyskuje na atrakcyjności podstawowa alternatywa dla niepłacącego odsetek złota.
Na to nałożyła się rynkowa percepcja środowej konferencji przewodniczącego Rezerwy Federalnej. Choć Fed zgodnie z oczekiwaniami nie zmienił poziomu stóp procentowych, to w tej chwili wśród decydentów nie za bardzo widać ochotę do dalszego luzowania polityki pieniężnej. Ba, tzw. fedokropki ujawniły nawet jednego decydenta optującego za… podwyżką stopy fundusz federalnych w 2027 roku. - Jeśli nie zobaczymy postępu na froncie inflacyjnym, to nie zobaczycie obniżek stóp procentowych – skwitował w środę wieczorem Jerome Powell.
… a może jednak coś innego?
- Złoto nadal zmaga się z mocnym dolarem i otoczeniem wysokich cen ropy naftowej pomimo podwyższonego ryzyka geopolitycznego. Rosnąca rynkowa zmienność także prowadzi do zamykania długich pozycji w złocie w celu pokrycia wezwań do uzupełnienia depozytów zabezpieczających (ang. margin call) w innych aktywach – powiedział Reutersowi Tim Waterer, główny analityk rynkowy w KCM Trade.
Byłby to nie pierwszy raz, gdy notowania kontraktów na złoto idą w dół podczas rynkowych zawirowań. Podobnie było np. jesienią 2008 roku czy początkowo też w marcu 2020. Chodzi o to, że zlewarowani spekulanci czasami nie sprzedają tego, co chcą, tylko to, co muszą, aby wygospodarować gotówkę potrzebną na uzupełnienie depozytów na innych rynkach. Wtedy po prostu upłynniają kontrakty na złoto, co prowadzi do spadku cen na rynku terminowym (czyli złota „papierowego”).
Pamiętajmy też, że wojna z Iranem była przez rynki finansowe dyskontowana praktycznie od początku 2026 roku. To m.in. ten czynnik napędzał styczniowe szaleństwo na rynkach metali szlachetnych, kiedy to złoto poszło w górę o blisko 30%, by następnie w jeden dzień spaść o bezprecedensowe 11%. A przecież jeszcze we wtorek „barbarzyński relikt” wyceniany był na 5000 USD/oz. – czyli raptem 11% poniżej historycznego szczytu. W tych cenach zawarta była już całkiem spora premia za obecne ryzyko geopolityczne.
I jak zwykle w tego typu sytuacjach srebro spada jeszcze mocniej niż złoto. W czwartek kurs białego metalu nurkował o blisko 8% po spadku o prawie 3% dzień wcześniej. Od początku marca srebro potaniało już o 24%, a złoto 11%. Jedno trzeba przyznać: zmienność na rynku wciąż dopisuje.
































































