250 tys. euro kary za każdego uchodźcę, którego państwo UE nie zgodzi się przyjąć w ramach programu realokacyjnego – takie rozwiązanie proponuje Komisja Europejska. Zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami Polska miałaby przyjąć 7 tys. uchodźców. Jeśli się nie zgodzi, to zapłacilibyśmy na rzecz państwa, w którym uchodźcy pozostaną, kwotę ok. 1,75 mld euro.


Polacy silniej odczuwają absurd tak dużej kwoty, bo 250 tys. euro to równowartość ponad 1 mln zł. Biorąc pod uwagę średnią wartość 2-pokojowego mieszkania, 10-letniego używanego samochodu oraz medianę zarobków Polaków, to za 250 tys. euro przeciętny uchodźca mógłby w naszym kraju żyć co najmniej 15 lat.
Komisja Europejska tłumaczy, że kwota jest tak wysoka, bo uwzględnia wszystkie pośrednie i bezpośrednie koszty związane z utrzymaniem uchodźcy przez 5 lat oraz ma zniechęcać przeciwne relokacji państwa członkowskie do odmowy przyjęcia wyznaczonych w limicie ludzi.
Dodać należy, że UE za każdego przyjętego uchodźcę płaci od 6 do 10 tys. euro. Gdybyśmy przyjęli 7 tys. osób i za każdą otrzymali średnio 8 tys. euro, to na ich wyposażenie, utrzymanie, ochronę i asymilację mielibyśmy 250 mln zł. Trudno powiedzieć, czy jest to dużo, czy mało, ale spokojnie w toku negocjacji udałoby nam się te kwotę zwiększyć.
Przeczytaj także
Kłopot w tym, że zgoda na relokację nie musiałaby się skończyć na limicie 7 tys. osób. Dzisiaj mowa o takiej niewielkiej liczbie, którą moglibyśmy bez większego problemu i unijnych dotacji wpuścić do kraju. Jednak widząc opieszałość UE w kwestii rozwiązania problemu napływu uchodźców, za pół roku wymagania wobec Polski mogłyby zwiększyć się do 50 tysięcy uchodźców. Z taką liczbą też byśmy sobie poradzili, ale nie o to w tym chodzi – powszechna zgoda na relokację nie rozwiązuje napływu kolejnych fal uchodźców do Europy, bo głównym źródłem problemu nie jest sytuacja wewnątrz, ale na zewnątrz Unii Europejskiej.

KE, czyli „kryzys europejski”
Klimat polityczny, wielka niechęć wobec muzułmanów i obawy polskiego społeczeństwa przed „multikulti” popychają nas w kierunku nacjonalistycznego populizmu. To dziwna gra, bo jeśli odmówimy przyjęcia imigrantów, to wychodzimy na nacjonalistów. Jeśli ich przyjmiemy, to nastroje nacjonalistyczne staną się jeszcze popularniejsze. Rzecz polega na tym, by utrzymywać je w ryzach. Na razie gramy na zwłokę, ale długo nie wytrzymamy i w końcu będziemy musieli podjąć jakąś decyzję. Wewnątrzkrajowa zawierucha polityczna dodatkowo osłabia naszą pozycję.
Sama Komisja Europejska, której władza nie pochodzi z bezpośrednich wyborów, traci twarz nie tylko dlatego, że kompiluje rozwiązania o charakterze tymczasowym, ale przede wszystkim dlatego, że w swoich działaniach nie uwzględnia nastrojów wewnętrznych w poszczególnych państwach członkowskich. Kwota 250 tys. euro za nieprzyjętego uchodźcę to woda na młyn nawet dla umiarkowanych eurosceptyków. Nawet jeśli jej wysokość ustalono na tak wysokim poziomie tylko po to, by w toku negocjacji ją obniżyć, to takie nazbyt czytelne i w pewnym sensie prostackie rozwiązanie zwyczajnie przyniesie skutki odwrotne do zamierzonych.






























































