Dlaczego w Polsce mamy wysokie bezrobocie? Czy to prawda, że lepiej być bezrobotnym w Niemczech niż pracować w Polsce? Kto straci na kolejnej likiwidowanej uldze podatkowej? Odpowiedzi na te pytania znajdą państwo w kolejnym artykule z cyklu Tydzień w Biznesie.
Dzień Walki z Bezrobociem był świetną okazją, by wyjaśnić, skąd bierze się bezrobocie i dlaczego na „zielonej wyspie” pracy bezskutecznie poszukują ponad dwa miliony ludzi. Gdy problemowi przyjrzeć się z bliska, rozwiązanie staje się wręcz banalne. Ekonomia od dawna zna przyczyny tego zjawiska. Bezrobocie to zwyczajna nadpodaż siły roboczej. Na wolnym rynku taka sytuacja nie utrzymuje się długo.
Gdy ilość pracy oferowana na rynku przewyższa zapotrzebowanie, zgodnie z prawem popytu i podaży spada cena pracy (czyli płaca), co prowadzi do osiągnięcia nowego punktu równowagi, czyli osiągnięcia stanu pełnego zatrudnienia. Wie to każdy student pierwszego roku ekonomii. W końcu czy ktoś słyszał o nadprodukcji tosterów, komputerów czy usług fryzjerskich? Tak samo w wolnorynkowej gospodarce nie istnieje problem nadmiaru rąk do pracy, zwany bezrobociem.
Polski rynek pracy ma niewiele wspólnego z wolnym rynkiem. Obok sektora finansowego jest to chyba najbardziej uregulowana przez państwo część gospodarki. Kodeks Pracy określa kogo, jak i na jakich zasadach można zatrudnić i zwolnić. Swoboda umów jest fikcją.
Płaca minimalna określa, ile musisz zapłacić pracownikowi. Do tego dochodzą finansowane z podatków zasiłki i przywileje. Bezrobotni racjonalnie kalkulują, że nie opłaca im się pracować za mniej niż trzy tysiące złotych brutto. Bowiem w przypadku podjęcia pracy utraciliby wszystkie benefity socjalne w postaci rozmaitych dopłat i dodatków. Stąd biorą się patologiczne sytuacje, gdy w powiecie o 40-procentowym bezrobociu nie można znaleźć pracowników do prostych prac budowlanych. Wielu ludziom wciąż trudno zrozumieć podstawowy fakt: im trudniej jest pracownika zwolnić, tym trudniej będzie znaleźć mu zatrudnienie. Więcej na ten temat w artykule Krzysztofa Kolanego To państwo tworzy bezrobocie.
Lepiej być bezrobotnym w Niemczech niż pracować w Polsce
Lepiej być bezrobotnym w Niemczech niż pracować w Polsce – taką opinię o pracy za złotówki ma niejeden Polak. Coś w tym jest, bo świadczenie dla bezrobotnego z Francji nie może być niższe niż 3 tys. zł. Dla porównania – zasiłek w Polsce to nieco ponad 700 zł brutto. Warto zauważyć, że średnia pensja u nas to nieco ponad 3,4 tys. zł brutto, czyli 2,4 tys. zł na rękę - to mniej niż 600 euro.
![]() | Poradnik: : Jak się liczy wynagrodzenie? |

Z danych MPiPS wynika, że chociaż bardzo wielu Polaków pracuje za granicą, to stosunkowo niewielka liczba z nich po utracie pracy decyduje się powrót do Polski i transfer świadczenia. Większość zostaje w kraju, w którym pracowała. W 2011 liczba transferów zasiłków z innych krajów UE, Europejskiego Obszaru Gospodarczego i Szwajcarii wyniosła 3,2 tys. To ponad 1,4 tys. mniej niż w 2010 roku i 2,5 tys. mniej niż w najbardziej kryzysowym, 2009 roku.
Ponad 50% transferowanych zasiłków pochodzi z Irlandii. Świadczenie w tym państwie można otrzymać nawet na okres 65 tygodni. Jego wysokość to ok. 3 tys. zł. Co ciekawe, stosunkowo mało zasiłków w Polsce transferowanych jest z niemieckich urzędów pracy – tylko 300. Nie oznacza to, że Polacy nie pobierają świadczeń od naszego zachodniego sąsiada. Jest się o co starać, bo wynoszą one ok. 60% dochodów osiąganych przed wystąpieniem bezrobocia. Do tego dochodzą dodatki na dzieci, itp. W sumie bezrobotny w Niemczech może liczyć na ponad 2 tysiące euro zasiłku bez większego problemu. Więcej na ten temat w artykule Lepiej być bezrobotnym w Niemczech niż pracować w Polsce.
Kto straci na likwidacji 50% kosztów uzyskania przychodów?
Rząd chce zlikwidować ulgę na dziecko dla osób osiągających dochód wyższy niż 85 tys. zł rocznie oraz ulgę na internet, ale największe kontrowersje w mediach wzbudza likwidacja 50% kosztów uzyskania przychodów dla twórców. Oburzają się i twierdzą, że to dyskryminacja. Ale czy na pewno?
Obecnie osoby uzyskujące dochody z tytułu praw autorskich lub praw pokrewnych mają prawo do stosowania preferencyjnych 50% kosztów uzyskania przychodu. Regulacja ta dotyczy dziennikarzy, artystów, pisarzy, itp. Zgodnie z projektem, od przyszłego roku rząd planuje wprowadzić limit stosowania preferencyjnych 50% kosztów uzyskania przychodów do kwoty 42,7 tys. zł rocznie. Z szacunków MF wynika, że budżet państwa zyska na tym 164 mln zł. Równocześnie MF wskazuje, że średnie roczne dochody osób posiadających obecnie prawo do 50% kosztów uzyskania przychodów wynoszą 78 tys. zł. MF podkreśla, że proponowane rozwiązanie wpłynie na wzrost przeciętnego podatku podatnika-twórcy w stosunku do przychodu o 7 pp. Jednak sama regulacja bezpośrednio będzie dotyczyć tylko 17 tys. osób - to one zawyżają przeciętny dochód tej grupy zawodowej.
Z rządowej propozycji wynika, że sprawa dotyczy tylko najlepiej zarabiających. To niekoniecznie muszą być twórcy – często są to tylko zwykli odtwórcy. Internauci raczej nieprzychylnie oceniają tych, którzy bronią przywilejów podatkowych – zwłaszcza w kontekście wynagrodzeń za wydane ekspertyzy i publikacje przez etatowych urzędników, którzy za tego typu zlecenia mają prawo do podwyższonych kosztów uzyskania przychodów. Więcej na ten temat w artykule W przyszłym roku zapłacisz wyższy podatek.
Bankier.pl































































