Nagłe, krótkotrwałe i pozbawione fundamentalnej przyczyny załamania na rynku walutowym powoli stają się normą. Do takiego „flash crash” doszło tej nocy na rynku jena japońskiego.


Wystarczyło 7 minut, aby notowania jednej z najważniejszych par walutowych świata zanurkowały o ponad 8%. Stało się to po 23:00 czasu polskiego. W Nowym Jorku było już po godzinie 17:00. W Sydney dochodziła 9:30, gdy na rynek napłynęły zlecenia sprzedaży dolara australijskiego i tureckiej liry w zamian za japońskiego jena. Stało się to pod nieobecność inwestorów instytucjonalnych z Japonii, którzy zarówno w środę jak i w czwartek mają wolne.
W rezultacie kurs USD/JPY – drugiej najczęściej handlowanej pary walutowej świata – runął o prawie 4%. Jeszcze większa demolka miała miejsce na parze z dolarem australijskim. Notowania AUD/JPY zanurkowały o prawie 8%, schodząc do najniższego poziomu od 2009 roku! Część strat została potem równie szybko odrobiona, ale ślad po umocnieniu jena pozostał wyraźny.
„To wygląda na wypadek płynnościowy, ponieważ ten ruch wydarzył się podczas przekazywania handlu pomiędzy Nowym Jorkiem a Tokio. Był on dodatkowo wzmocniony świętami w Japonii i zleceniami stop-loss inwestorów detalicznych” – uważa Damien Loh, zarządzający funduszem Ensemble Capital.
Jak zwykle w tego typu przypadkach zapewne rozpocznie się regularne śledztwo mające ustalić przyczyny nagłego załamania na rynku jena. Zapewne też pojawi się mnóstwo hipotez, naprędce „wyjaśniających” tę rynkową anomalię. Niektórzy podejrzewają, że to „robota” japońskich inwestorów indywidualnych, którzy w ostatnich latach znów chętnie inwestują za granicą, zmuszeni do tego represją finansową w kraju (tj. utrzymywaniem przez Bank Japonii ujemnych stóp procentowych). Inni twierdzą, że nagły popyt na jena to efekt doniesień o spadku zapotrzebowania na produkty Apple'a.

Wydaje się jednak, że głównym winowajcą tego typu nagłych załamań rynku na ogół bywa niska płynność i brak profesjonalnych uczestników rynku w godzinach nocnych (przynajmniej nocnych dla Europy). Gdy na to nałoży się jakieś święto (jak teraz w Japonii), to przepis na nagły krach jest gotowy. Dodajmy do tego jeszcze takie czynniki jak działanie luźno hasających algorytmów HFT, postawione zlecenia stop-loss i nierzadko nieobecność przy trading desku doświadczonych maklerów.
W ostatnich latach z tego typu anomaliami mamy do czynienia coraz częściej. Niemal równo dwa lata temu podobne wydarzenie zaistniało na parze euro-dolar, czyli na najpłynniejszej parze walutowej świata. W październiku 2016 roku nagły krach przydarzył się na rynku funta. To załamanie doczekało się nawet oficjalnego raportu sporządzonego przez ekspertów Banku Anglii i Banku Rozrachunków Międzynarodowych. Ale i tak najbardziej pamiętny pozostaje nagły krach z maja 2010 roku, który w kilka minut zdołował średnią przemysłową Dow Jonesa o prawie 10%.
Krzysztof Kolany






























































