Najwyraźniej nie ma już instrumentu finansowego wolnego od ryzyka „nagłego krachu” (ang. „flash crash”). W czwartkową noc do takiego wydarzenia doszło na najważniejszej i najpłynniejszej parze walutowej świata - kursie euro do dolara.


Kwadrans po północy notowania eurodolara nagle skoczyły w górę, w niespełna pół godziny rosnąc z 1,0493 aż do 1,0654, by potem równie szybko spaść w okolice 1,0550. Nagłemu osłabieniu dolara nie towarzyszyły żadne istotne informacje natury fundamentalnej.
Do takich wydarzeń przywykliśmy na akcjach małych spółek lub egzotycznych walut. Gdy sześć lat temu coś takiego przytrafiło się średniej przemysłowej Dow Jonesa, uznaliśmy to za „czarnego łabędzia”. Ale w kolejnych latach nagłe załamania notowań zaczęły zdarzać się coraz częściej. I co ważniejsze – dotyczyły coraz ważniejszych instrumentów finansowych.
W październiku do takiego „nagłego krachu” doszło na najstarszej parze walutowej świata – kursie funta szterlinga do dolara amerykańskiego. Maklerzy i analitycy nie bardzo wiedzieli, co się dzieje i czym spowodowana jest ta nagła zmienność. Dość powszechnie obwiniano niską płynność lub duże błędne zlecenie.
Dzisiejsze załamanie eurodolara ma w sobie liczne podobieństwa do październikowego nagłego krachu na funcie. Oba miały miejsce tuż po północy, w okresie stosunkowo niskiej płynności na foreksie. Amerykanie wtedy już kończą handel, Japończycy dopiero go rozpoczynają, a większość rynków azjatyckich jest jeszcze zamknięta. Po drugie, skok eurodolara zapewne aktywował zlecenia typu stop-loss zlokalizowane w pobliżu 1,05, co doprowadziło do przyspieszenia zwyżki.
„Wydaje się, że nie było żadnego szczególnego czynnika napędzającego wzrost kursu euro przy ekstremalnie niskich obrotach” – powiedział jeden z traderów cytowany przez agencję Bloomberg. Podobnie jak w przypadku innych tego typu ruchów (np. po decyzji Szwajcarskiego Banku Narodowego ze stycznia 2015) trudno było w ogóle ustalić, jak wysoko zaszły notowania eurodolara – na różnych platformach traderzy widzieli różne ceny tej samej pary walutowej.
Inni z kolei twierdzą, że mogła to być próba manipulacji rynkiem przy wykorzystaniu algorytmów HFT (ang. High Frequency Trading). Zresztą nie byłby to pierwszy taki przypadek, gdy komputery dokonują tysięcy (albo milionów) dziwnych transakcji przy całkowitej konfuzji ludzkich uczestników rynku. Jeśli tak faktycznie było, to tylko potwierdza opinie sceptyków głoszących, że olbrzymia płynność rynku walutowego jest w znacznej mierze iluzoryczna.
Dodajmy, że dziś mamy szczególny dzień. To ostatnia sesja w roku, więc kursy referencyjne ustalone dziś przez banki centralne na podstawie notowań rynkowych będą punktem odniesienia dla wszystkich sprawozdań, bilansów i podsumowań całego roku.
























































