

Oszuści podszywający się pod policjantów i pracowników banków sięgnęli po wideorozmowy. Pokazują mundur, straszą utratą oszczędności i namawiają do przelewu na „bezpieczne konto". Policja i FinCERT.pl przypominają: obraz z kamery nie potwierdza, kim naprawdę jest rozmówca.
Telefon od rzekomego pracownika banku czy policjanta to metoda znana od lat. Zmienił się sposób, w jaki przestępcy budują wiarygodność. Zamiast zwykłego połączenia głosowego uruchamiają rozmowę wideo przez komunikator. Osoba na ekranie bywa ubrana w mundur, siedzi w otoczeniu udającym komisariat albo ma na sobie zestaw słuchawkowy jak konsultant infolinii.
Przed takim scenariuszem ostrzegły 21 lipca Biuro Zwalczania Przestępczości Ekonomicznej Komendy Głównej Policji oraz FinCERT.pl, czyli Bankowe Centrum Cyberbezpieczeństwa Związku Banków Polskich. Rozmówca przedstawia się jako funkcjonariusz lub pracownik banku, mówi o próbie zaciągnięcia kredytu na dane ofiary albo twierdzi, że pieniądze na koncie są zagrożone.
Bywa, że w rozmowie bierze udział więcej niż jedna osoba. Fałszywy policjant przełącza ofiarę do kolejnego rozmówcy, który podaje się za przedstawiciela banku i potwierdza całą historię. Chodzi o wrażenie, że sprawą zajmują się dwie niezależne instytucje.

Dalej pada żądanie przelewu. Środki mają trafić na „konto techniczne" albo „bezpieczny rachunek" i tam przeczekać rzekomą akcję. Rachunek w rzeczywistości należy do oszustów. Klient zatwierdza transakcję własnoręcznie, więc oddaje im oszczędności bez chwili, w której bank mógłby cokolwiek zablokować.
Dlaczego kamera działa mocniej niż numer widoczny na wyświetlaczu? Rozmówca jest „na żywo", reaguje na pytania, pokazuje twarz. Dochodzi do tego mundur, który części odbiorców wystarcza za dowód, że po drugiej stronie siedzi prawdziwy funkcjonariusz.
A nie musi. Strój da się kupić albo skompletować. Obraz można spreparować - Policja opisała w marcu poznańską sprawę, w której oszuści nałożyli podczas wideorozmowy generowaną przez sztuczną inteligencję nakładkę graficzną, żeby ukryć prawdziwą twarz. Wśród sygnałów ostrzegawczych funkcjonariusze wymieniają nienaturalny wygląd rozmówcy, sztuczność postaci, niespójności w tym, co mówi.
Najważniejszy sygnał jest jednak banalnie prosty. Ani policjant, ani pracownik banku nie każe przelewać pieniędzy na rachunek techniczny „dla bezpieczeństwa". Nikt z nich nie wciąga klienta w tajną akcję, w której trzeba robić przelewy, podawać hasła czy przepisywać kody autoryzacyjne.
Taką rozmowę trzeba przerwać. Potem można samemu zadzwonić do banku - numer jest na jego stronie i na odwrocie karty. Przy wątpliwościach warto zawiadomić policję. Nie oddzwaniaj na numer, który podał rozmówca.
Internetowy amant w końcu prosi o pieniądze
O oszustwach matrymonialnych przypomniały z kolei Policja i NASK - 24 lipca, w Międzynarodowy Dzień Wirtualnej Miłości. Tu znajomość rzadko startuje od prośby o przelew. Najpierw są regularne wiadomości, komplementy, rozmowy o wspólnej przyszłości.
Kłopot finansowy pojawia się później. Może to być nagła choroba, zatrzymanie na lotnisku, zablokowane konto, kosztowna przesyłka albo brak pieniędzy na przyjazd do Polski. Wtedy pada prośba o pierwszą wpłatę.
Ten schemat rozkręca się wolniej niż oszustwo „na pracownika banku". Nie ma jednego alarmującego telefonu i natychmiastowego żądania. Jest relacja budowana tygodniami - i to ona ma sprawić, że prośba o pomoc nie wzbudzi podejrzeń.
Czerwona lampka powinna zapalić się w chwili, gdy osoba poznana wyłącznie w sieci zaczyna mówić o finansowym kryzysie. Nieważne, ile trwa znajomość ani ile zdjęć przysłała wcześniej. Zdjęcie, dokument, a nawet rozmowa wideo niczego nie gwarantują - po drugiej stronie wciąż może być ktoś inny.
Oba schematy prowadzą do tego samego wniosku. Możliwość zobaczenia rozmówcy dziś niewiele zmienia. Kamera potrafi uwiarygodnić opowieść, ale nie potwierdza tożsamości. Gdy pojawia się prośba o pieniądze - zrywasz kontakt i sprawdzasz sprawę innym kanałem.






























































