W Mjanmie (Birmie) zakończyła się w niedzielę ostatnia, trzecia tura wyborów parlamentarnych, ogłoszonych przez rządzącą krajem juntę wojskową. Mieszkańcy Rangunu, największego miasta w kraju, mówili PAP o towarzyszącej głosowaniu atmosferze strachu oraz o tym, że zostali zmuszeni do pójścia do urn.


Poprzednie dwie tury głosowania odbyły się 28 grudnia i 11 stycznia, obejmując łącznie 202 z 330 gmin. W niedzielę wyborcy oddali głosy w 63 gminach, w tym w dużych ośrodkach jak Rangun i Mandalaj. Na ulicach miast nie było żadnych plakatów kandydatów ani kandydatek, dzień przed głosowaniem zostały one zdjęte, gdyż obowiązywała cisza wyborcza.
Glosujący wybierali przedstawicieli władzy spośród sześciu zatwierdzonych przez juntę partii. Władze uniemożliwiły udział w wyborach ugrupowaniom opozycyjnym, w tym Narodowej Lidze na rzecz Demokracji (NLD), na czele której stoi laureatka Pokojowej Nagrody Nobla Aung San Suu Kyi.
Przed komisjami wyborczymi nie było kolejek, co może wskazywać, że frekwencja w niedzielnym głosowaniu nie będzie wysoka. W pierwszych dwóch fazach wyniosła ona ponad 50 proc. W pobliżu lokali wyborczych widoczne były uzbrojone patrole policji.
Samo głosowanie odbywało się drogą elektroniczną: wyborca naciskał guzik na panelu, gdzie widniało nazwisko kandydata. Następnie maszyna drukowała kartę wyborczą z zaznaczoną odpowiedzią, która automatycznie trafiała do urny.
Rozmówcy PAP w Rangunie, zastrzegając sobie anonimowość, przyznawali, że głosowaniu towarzyszyła atmosfera strachu. Pastor kościoła baptystów, którego budynek stoi naprzeciwko jednej z komisji wyborczej, przyznał, że na niedzielną mszę przyszło o wiele mniej wiernych niż zwykle. Powiedział, że okoliczni mieszkańcy zostali w swoich domach obawiając się, że służby mogły zauważyć, że idą oni na nabożeństwo zamiast na głosowanie.

Jeden z taksówkarzy potwierdził, że brał udział w niedzielnym głosowaniu, gdyż został do tego zmuszony. - W lokalu wyborczym zapisywano kto głosował. Musiałem trzykrotnie podpisać różne listy. Zrobiłem to na wypadek, gdyby pewnego dnia ktoś z komisariatu policji chciał wykorzystać przeciwko mnie to, że nie poszedłem na wybory. Wtedy miałbym duże problemy – zauważył. Kierowca przyznał, że oddał głos na przypadkowego kandydata.
Organizacja Narodów Zjednoczonych, kraje Zachodu oraz organizacje praw człowieka potępiły wybory, uznając, że ich głównym celem jest podtrzymanie władzy w rękach junty wojskowej. - Niezależnie od tego, czy społeczność międzynarodowa przyjmuje to, czy nie, (…) potrzebujemy wysłuchać głosu naszego ludu – powiedział w niedzielę przywódca junty gen. Min Aung Hlaing, cytowany przez telewizję państwową MRTV.
Według źródeł, na które powołał się Reuters, Min Aung Hlaing rozważa wyznaczenie następcy na stanowisku szefa sił zbrojnych, aby samemu objąć fotel prezydenta kraju. Zapytany o to w niedzielę przez lokalne media, nie potwierdził tego, mówiąc, że jest za wcześnie na takie spekulacje.
Armia rządzi w Mjanmie, liczącej ponad 50 mln mieszkańców, od momentu uzyskania niepodległości w 1948 r., z wyjątkiem demokratycznej przerwy w latach 2011-2021, kiedy to wprowadzano liczne reformy społeczne.
W pierwszych demokratycznych wyborach w 2015 i 2020 r. frekwencja wyniosła ok. 70 proc. Sześć lat temu wybory wygrała ponownie NDL. W rezultacie porażki Partii Związku, Solidarności i Rozwoju (USDP), na czele której stoją byli generałowie, wojskowi dokonali przewrotu i anulowali wyniki głosowania. 80-letnią dziś liderkę opozycji Aung San Suu Kyi skazali na 27 lat więzienia. De facto nie wiadomo, czy polityczka żyje, bo – jak w połowie grudnia powiedział agencji Reutera jej syn, Kim Aris – nikt jej nie widział od ponad dwóch lat.
Z Rangunu Marta Zabłocka (PAP)
mzb/ mal/





























































