Proeksportowy model gospodarczy powoduje, że przeciętny Niemiec w relatywnie niewielkim stopniu korzysta z owoców wzrostu PKB, a reszta świata ponosi koszty niemieckiego nastawienia.


W ubiegłym roku Niemcy zanotowały nadwyżkę na rachunku bieżącym w wysokości 6,9 proc. PKB - wynika z szacunków Bankier.pl na podstawie danych niemieckiego urzędu statystycznego i banku centralnego. Nierównowaga była co prawda najmniejsza od 2013 r., ale nadal zdecydowanie największa spośród głównych gospodarek świata.
Saldo rachunku bieżącego ilustruje stan równowagi zewnętrznej i wewnętrznej gospodarki. Obejmuje nie tylko zagraniczny handel towarami i usługami, ale także dochody uzyskiwane przez podmioty zagraniczne (firmy czy pracowników) - obce w danym kraju oraz krajowe w innych państwach - i inne transfery bieżące (np. składki do unijnego budżetu czy pomoc humanitarną).
Niemniej ważna jest druga strona medalu: saldo odzwierciedla relację między stopą oszczędności a stopą inwestycji - jeśli pierwsza jest wyższa niż druga, to powstaje nadwyżka. Wypracowany dochód nie zostaje skonsumowany ani zainwestowany, musi więc zostać "wyeksportowany" - dodatnie saldo na rachunku bieżącym jest równoważone przez pozostałe pozycje bilansu płatniczego (różne formy inwestycji w aktywa zagraniczne).
Dlaczego to takie ważne? Skoro Niemcy zdecydowanie więcej sprzedają za granicą, niż stamtąd kupują, to "wypychają" produkcję z innych krajów do siebie. Równocześnie gromadzą aktywa finansowe, które muszą gdzieś za granicą ulokować. To z jednej strony zmusza, a z drugiej ułatwia władzom czy mieszkańcom innych państw zaciąganie długów, aby utrzymać lub poprawić status finansowy. Inne skuteczne sposoby na poprawę konkurencyjności są albo zbyt trudne czy czasochłonne (np. edukacja), albo zbyt kosztowne społecznie i politycznie (np. bezrobocie, cięcie płac). Więcej szczęścia mają tanie kraje "nowej Unii", do których trafia nie gorący kapitał spekulacyjny, a inwestycje bezpośrednio tworzące atrakcyjne miejsca pracy.

Niemiecka gospodarka mogłaby zostać ustabilizowana w wyniku procesów rynkowych. Stała, duża nadwyżka umocniłaby krajową walutę, a wysoka produktywność pracowników wzmocniła ich pozycję negocjacyjną w rozmowach na temat wynagrodzeń. To doprowadziłoby do wzrostu kosztów produkcji między Renem a Odrą, czyli osłabienia konkurencyjności tamtejszych firm, oraz poprawy sytuacji finansowej mas. Potężna nadwyżka na rachunku bieżącym zostałaby istotnie zredukowana. Ale tak się nie dzieje. Aby odpowiedzieć dlaczego, trzeba się cofnąć do przełomu XX i XXI stulecia.
Skąd się wzięła niemiecka nadwyżka?
W ostatniej dekadzie minionego stulecia Niemcy regularnie notowały deficyt na rachunku bieżącym, a na plus wyszły dopiero w 2002 r. Po początkowym boomie infrastrukturalnym po połączeniu RFN i NRD w połowie lat 90. aktywność inwestycyjna osłabła, także na skutek pojawienia się lepszych warunków na wschodzie, m.in. w Polsce czy w Azji. Bezrobocie rosło do prawie 12 proc. w 1997 r., a siła przetargowa pracowników słabła wraz z pojawieniem się rzesz ludzi gotowych pracować za dużo mniejsze pieniądze. Koniunkturę w coraz mniejszym stopniu pobudzały władze, redukując deficyty budżetowe. Niemcy były nazywane "chorym człowiekiem Europy".
Sytuacja poprawiła się pod sam koniec dekady, ale na krótko - w 2000 r. zaczęła pękać bańka dot-comowa na Wall Street, skończył się również miniboom inwestycyjny nad Renem i koniunktura znów siadła. Niemcom mogłyby pomóc wówczas (o ironio!) niższe stopy procentowe i słabsza waluta, ale od 1 stycznia 1999 r. kraj należał do unii walutowej - kurs marki wobec euro został usztywniony, a koszt pieniądza ustalał Europejski Bank Centralny. Potrzebne były bardziej stanowcze reformy.
Skoro nie dało się wzmocnić międzynarodowej konkurencyjności gospodarki poprzez obniżenie kosztów w wyniku deprecjacji waluty czy obniżenie ciężaru zadłużenia, rozwiązaniem okazała się dewaluacja wewnętrzna. W efekcie zmian w prawie liberalizujących rynek pracy oraz porozumienia zatrudniających ze związkami zawodowymi (oczywiście w obliczu okoliczności wspomnianych powyżej) zatrzymano wzrost płac. Według szacunków German Institute for Economic Research w latach 2000-2008 realny (czyli eliminujący wpływ inflacji - wzrostu cen) wzrost wynagrodzeń wynosił równe 0, podczas gdy realny wzrost PKB sięgał średnio 1,2 proc. rocznie. Sytuacja pracowników szczególnie pogorszyła się w latach 2004-2008, gdy przeciętna pensja malała średnio o 0,8 proc. rocznie, a gospodarka rosła o 1,9 proc. rocznie.
Jednostkowe koszty pracy to szeroka miara międzynarodowej konkurencyjności cenowej. Są one definiowane jako średni koszt pracy na jednostkę wytworzonej produkcji.
Rosnącą część wypracowanego dochodu przejmował więc biznes i grupa pracowników posiadająca najbardziej poszukiwane kompetencje. Coraz więcej środków gromadziły przedsiębiorstwa i ich właściciele. Firmy coraz częściej szukały korzystniejszych okazji inwestycyjnych za granicą, a zamożni Niemcy co do zasady przeznaczali na konsumpcję mniejszą część dochodów niż osoby biedniejsze. Czyli oszczędzali jeszcze więcej niż tradycyjnie oszczędni rodacy. Swoją cegiełkę do przechylenia szali między stopą oszczędności (nieskonsumowana część dochodu) a stopą inwestycji na korzyść tej pierwszej dołożyły władze, które od 2003 r. - z przerwą w kryzysie 2009-10 - stabilizowały swój własny bilans. W efekcie saldo rachunku bieżącego wzrosło z -1,8 proc. PKB w 2000 r. do 6,9 proc. w 2007 r.
Duża przewaga eksportu nad importem nie doprowadziła do umocnienia waluty, bo Niemcy byli już członkiem strefy euro, gdzie niemieckie nadwyżki równoważyły włoskie, hiszpańskie i francuskie deficyty. Dobre układy firm z pracownikami i groźba przeniesienia produkcji do nowych i tańszych krajów UE skuteczni studziły presję płacową. Kluczowa była stabilność zatrudnienia, co opłaciło się w latach 2009-2010, gdy stopa bezrobocia wzrosła raptem z 7,6 proc. do 8,3 proc. i jeszcze w 2010 r. wróciła poniżej poziomu sprzed kryzysu.
Nadchodzi koniec niemieckiej nadwyżki?
Problemem nie jest to, że Niemcy dużo eksportują i oszczędzają, ale to, że relatywnie mało importują i inwestują. Gdyby pracownicy zarabiali więcej, byłoby ich stać na więcej atrakcyjnych towarów i usług z zagranicy - szwajcarskich zegarków, modnych ubrań francuskich i włoskich projektantów, argentyńskiej wołowiny czy szkockiej whisky - mogliby też konsumować więcej z tego, co wytwarzają w kraju. Udział konsumpcji w PKB w końcu przestałby się osuwać - obecnie wynosi ok. 50 proc., czyli prawie 10 punktów procentowych mniej niż w Polsce i prawie 20 mniej niż w USA. Zwykli Niemcy w większym stopniu zaczęliby korzystać z owoców wzrostu gospodarczego.
Jeśli kogoś - jak wielu tradycyjnie oszczędnych Niemców - mierzi sama myśl zwiększenia wydatków na bieżące zachcianki, to alternatywą są inwestycje, które podniosą produktywność i standard życia w przyszłości. Naszych zachodnich sąsiadów stać na lepszą edukację, nowoczesną infrastrukturę czy rewolucję energetyczną (choć ta akurat zmierza w nie najszczęśliwszym kierunku). Firmy wolą eksplorować bardziej opłacalne i perspektywiczne rynki zagraniczne, nad Renem otwiera się więc pole do działania władz.
Promocja dla czytelników Bankier.pl
Finax przygotował promocję dla czytelników Bankier.pl. Każdy czytelnik, który spełni warunki promocji, otrzyma:
- Zwolnienie z pobierania prowizji manipulacyjnej za niskie wpłaty (czyli te poniżej kwoty 1000 EUR) na zawsze na wszystkich kontach (można ich otworzyć wiele w ramach jednego rachunku), które otworzy w Finax w okresie promocji.
- Voucher na darmowy miesiąc abonamentu w portalu Legimi na e-booki oraz audiobooki dostępne w ofercie, do wykorzystania w ciągu jednego roku (voucher zostanie wysłany w pierwszym tygodniu marca 2022 r.)
Aby skorzystać z promocji, w okresie od 14 do 28 lutego 2022 r. (okres promocji) należy wykonać następujące kroki:
- Kliknąć w link Bankier.pl prowadzący do strony internetowej Finax.
- Przejść w ten sposób na stronę internetową Finax i otworzyć rachunek.
- Wpłacić na rachunek Finax pierwszy depozyt (wystarczy 150 zł).
Promocja dotyczy wyłącznie nowych klientów, czyli osób, które nigdy nie posiadały konta w Finax.
Po 2012 r. rządy Angeli Merkel redukowały dług publiczny i regularnie notowały nadwyżki budżetowe. Z zasadą "schwarze null" ("czarne zero" - wydatki nieprzekraczające dochodów) Niemcy musieli się pożegnać dopiero w 2020 r. - w obliczu pandemii koronawirusa. Wzrost wydatków publicznych nie przywrócił jednak równowagi wewnętrznej i zewnętrznej, bo równocześnie wyraźnie oszczędności zwiększyły gospodarstwa domowe, obawiające się kryzysu gospodarczego. Niemcy co prawda po czterech latach utraciły miano kraju o nominalnie największej nadwyżce na rachunku bieżącym na rzecz Chin (267 mld dol. vs 274 mld dol.), ale w porównaniu do PKB pozostały liderem wśród największych gospodarek z wynikiem minimalnie poniżej 7 proc.
Sytuację może zmienić nowy rząd SPD, Zielonych i FDP. Dość oryginalne porozumienie socjalistów z liberałami, nazywane koalicją świateł drogowych, zamierza wprowadzić istotne reformy gospodarcze, m.in. zdecydowanie podnieść płacę minimalną (co powinno podnieść ogólny poziom wynagrodzeń) czy zwiększyć inwestycje, np. w zieloną energię i nowe technologie. To wraz ze zmianą nastawienia mieszkańców Niemiec, a nawet tamtejszych ekonomistów, do finansów osobistych oraz polityki gospodarczej, a także wygasaniem pandemicznych obaw czy starzeniem się społeczeństwa, powinno skutkować wzrostem stóp konsumpcji i inwestycji, czyli większą stabilizacją niemieckiej gospodarki.































































