Mnożą się ostrzeżenia o kryzysie w branży budowlanej.


Wprawdzie aktywność budowlana w Polsce rośnie bardzo szybko, ale rosnące koszty sprawiają, że wskaźniki płynności branży bardzo się pogarszają. W czwartek z perspektywy giełdowej pisał o tym Kamil Zatoński z "Pulsu Biznesu".
Ja przyjrzę się dwóm wskaźnikom – płynności (II stopnia) i liczbie niewypłacalności. Pierwszy z tych wskaźników oznacza ilość krótkoterminowych inwestycji i należności w relacji do krótkoterminowych zobowiązań. Wskaźnik ten pokazuje, czy firma może w ciągu kilku miesięcy spłacić wszystkie swoje krótkoterminowe zobowiązania poprzez spieniężenie najbardziej płynnych aktywów. W budownictwie płynność w ostatnich kwartałach wyraźnie się pogarszała, co częściowo może mieć związek z rosnącą aktywnością i zaciąganiem kredytów obrotowych. Ale częściowo może być to też obraz słabszej kondycji branży. Wskaźnik zbliża się do poziomu 100, który jest – w uproszczeniu – poziomem bezpieczeństwa. Choć warto dostrzec, że płynność wciąż jest znacznie wyższa niż w krytycznym roku 2012, kiedy nawał inwestycji publicznych „wywrócił” wiele dużych firm budowlanych.
W przypadku liczby niewypłacalności, ostatnie miesiące przyniosły poprawę trendu. Po silnych wzrostach w 2016 i 2017 roku, liczba niewypłacalności od wiosny maleje i w ostatnich miesiącach była niższa niż przed rokiem. Co ważne, liczba niewypłacalności jest znacznie, o ok. 30 proc., niższa niż w roku 2013.
Branża budowlana jest pod ścianą. Ale do powtórki z kryzysu z roku 2012 jeszcze trochę brakuje. Analitycy giełdowi słusznie ostrzegają, że pewne trendy przypominają te sprzed paru lat. Ale jest jeszcze czas, by zarówno firmy jak i sektor publiczny, który jest głównym zamawiającym na rynku inwestycji infrastrukturalnych, dostosowały swoje polityki.

Chcesz codziennie takie informacje na swoją skrzynkę? Zapisz się na newsletter SpotData.






























































