Inflacja w krajach naszego regionu sukcesywnie rośnie i wyznacza 4-letnie maksima. Ostatnie dane i prognozy wskazują jednak, że w Polsce ceny rosną nieco wolniej niż na Węgrzech i w Czechach.


W lutym roczna dynamika inflacji na Węgrzech wyniosła 2,9% - poinformował tamtejszy urząd statystyczny KSH. To wynik wyższy zarówno od styczniowego (2,3%), jak i od konsensusu prognoz analityków (2,7%). Po raz ostatni nad Balatonem ceny dóbr i usług konsumpcyjnych drożały mocniej w styczniu 2013 r.
Nikogo nie zdziwi, że motorem węgierskiej inflacji są globalnie rosnące ceny paliw (w lutym 19,9% r/r). Warto jednak pamiętać, że żywność u bratanków drożałaby przeciętnie wyraźniej niż obecnie (2,9%), gdyby nie wprowadzona przez rząd na początku roku obniżka podatku VAT na drób, jaja i mleko (z 27% do 5%). Rok temu z podobnych przyczyn wartość inflacji w dół ciągnęły ceny wieprzowiny, wcześniej natomiast czynnikiem ograniczającym inflacje była redukcja opłat za gaz czy energię elektryczną.
Warto też dodać, że najnowszy odczyt jest bardzo zbliżony do celu inflacyjnego Narodowego Banku Węgier (3% z możliwością odchylenia do 1 punktu procentowego).
Dane i prognozy o polskiej inflacji konsumenckiej wskazują, ze wskaźnik ten nad Wisłą (konsensus 2,1% wobec 1,8% w styczniu) będzie ponownie niższy niż nad Balatonem. Taka sytuacja utrzymuje się już dwóch lat.

Jutro o 09.00 natomiast warto zwrócić uwagę na odczyt inflacji w Czechach. W grudniu (2%) i styczniu (2,2%) odnotowano tam odczyty bliskie środka przedziału celu inflacyjnego Czeskiego Banku Narodowego, co uruchomiło falę spekulacji o nieodległym odstąpieniu obrony kursu korony. Więcej na ten temat w artykule „Korona to nowy frank? Czechy nie chcą iść w ślady Szwajcarii”.
Michał Żuławiński




























































