"Podwyżka stóp procentowych o dodatkowy 1 pkt proc. przy inflacji na poziomie 17 proc. nie ma większego znaczenia" - uważa były członek RPP Bogusław Grabowski. "Polska polityka pieniężna w porównaniu do października ubiegłego roku nie została zacieśniona, tylko wręcz rozluźniona. Mamy dzisiaj dwukrotnie bardziej ujemne realne stopy procentowe i słabszą walutę" - wskazuje w rozmowie z "Rzeczpospolitą".


Od października 2021 r. Rada Polityki Pieniężnej podniosła stopę referencyjną z najniższego poziomu w historii 0,1 proc. do 6,75 proc., czyli najwyższego poziomu od stycznia 2003 r. W poprzednich 20 latach polskie władze monetarne nigdy tak agresywnie nie podwyższały kosztu pieniądza w banku centralnym.
Część ekonomistów podkreśla jednak znacznie i rolę realnych (a nie nominalnych) stóp procentowych. "Realne stopy procentowe powinno się liczyć, odejmując od bieżącej stopy nominalnej przewidywaną inflację. Ale liczą się oczekiwania konsumentów, a nie analityków, którzy oczekują hamowania inflacji. A Polacy spodziewają się, że inflacja utrzyma się na obecnym poziomie albo nawet wzrośnie" - tłumaczy w rozmowie z "Rz" Bogusław Grabowski. Dlatego jego zdaniem "to, czy RPP podniesie stopę referencyjną NBP do 7 proc., czy do 8 proc., nie będzie miało dużego wpływu na inflację".
Inni ekonomiści wskazują tymczasem, że dochody wielu osób nie rosną nawet w przybliżeniu tak szybko jak główny wskaźnik cen konsumpcyjnych, a niektórych - nawet wcale. Dlatego dla części gospodarstw domowych zwyczajowo szacowana realnie dodatnia stopa procentowa w warunkach bardzo wysokiej, bieżącej czy oczekiwanej, inflacji oznaczałaby popadnięcie w poważne tarapaty finansowe. Analogicznie mogłaby wyglądać sytuacją tych firm, które nie byłyby w stanie wystarczająco szybko przenieść rosnących kosztów (nie tylko kredytu) na odbiorców.
Tradycyjnie pojawia się również problem oszacowania realnej stopy procentowej. Ile wynosi inflacja, a oczekiwania inflacyjne? Wbrew pozorom trudno znaleźć jednoznaczną odpowiedź na te pytania. "Inflacja to nie jest wzrost CPI. To jest na dobrą sprawę różnica między popytem i podażą" - zauważa prof. Grabowski. Wskaźnik CPI, którego odczyt określamy mianem inflacji, mierzy zmianę cen typowego koszyka towarów i usług konsumpcyjnych. Tymczasem pieniądzem płaci się również za inne dobra. Inflacja to spadek siły nabywczej pieniądza, a nie wzrost cen wybranych dóbr.

Niektórzy komentatorzy twierdzą, że podwyżki stóp procentowych nie przynoszą pożądanych efektów. Mimo że cykl zacieśnienia polityki pieniężnej rozpoczął się w Polsce przed rokiem, tempo wzrostu cen nadal rośnie. Zgodnie z podręcznikiem wzrost kosztu pieniądza w banku centralnym wyraźnie przekłada się na obniżenie tempa wzrostu cen w gospodarce dopiero po 4-6 kwartałach. Choć być może w warunkach szokowych, a z takimi przychodzi nam się mierzyć w ostatnich 3 latach, transmisja może zachodzić nieco szybciej. Wielu ekonomistów podkreśla także wpływ zewnętrznych czynników podażowych na inflację, na które decyzje RPP nie mają żadnego wpływu. Na ten argument odpowiada prof. Grabowski.
"Nie ma takiej możliwości, żeby inflacja była poza kontrolą polityki pieniężnej. Inflacja to nie jest wzrost CPI. To jest na dobrą sprawę różnica między popytem i podażą. Bez względu na to, czy ta różnica wynika z tego, że popyt rósł za szybko, czy z tego, że podaż rosła za wolno, tę lukę trzeba zamknąć. A ponieważ bank centralny nie ma wpływu na podaż, na przykład na wydobycie ropy naftowej, to musi wpływać na popyt. A polityka pieniężna wpływa na popyt tylko jednym kanałem: kredytowym" - tłumaczy były członek RPP.
Grabowski podkreśla, że wpływ polityki pieniężnej jest z nawiązką neutralizowany przez zwiększenie wydatków rządowych. "Polityka pieniężna jest zdecydowanie za słaba w kontekście takiej polityki fiskalnej" - ocenia. "Polityka pieniężna w warunkach tak ekspansywnej polityki fiskalnej ma utrudnione zadanie. Musi ograniczać przyrost kredytu dla sektora prywatnego o wiele mocniej, niż byłoby to potrzebne, gdyby jednocześnie nie było przyrostu kredytu dla sektora budżetowego – a to właśnie oznacza deficyt. Ale jeśli RPP będzie podnosiła stopy procentowe, to rząd będzie za deficyt karany. Każda złotówka, którą rząd będzie chciał wydać na rozmaite transfery, będzie okupiona wzrostem kosztów obsługi długu. NBP nie ma wpływu na politykę fiskalną, ale ma wpływ na koszty jej prowadzenia" - dodaje. W tym tygodniu rentowności polskich obligacji skarbowych ponownie przebiły poziom 8% i są najwyższe w sięgającej 2005 r. historii notowań. Wyceny na rynku wtórnym będą się przekładać na wyceny na rynku pierwotnym, czyli warunki, które będzie musiało zaoferować inwestorom Ministerstwo Finansów.
Grabowski mierzy się również z obawami o negatywny wpływ zdecydowanych podwyżek stóp procentowych na rynek pracy i koniunkturę gospodarczą. "RPP nie ma się kierować perspektywami gospodarki, tylko inflacją" - mówi. "Członkowie RPP nie mogą usprawiedliwiać tego, że nie wypełniają swojego konstytucyjnego obowiązku, kwestią wzrostu" - dodaje.
"Prognozy Departamentu Analiz i Badań Ekonomicznych NBP z lipca pokazywały, że w horyzoncie oddziaływania polityki pieniężnej, tzn. w ciągu trzech lat, stopa bezrobocia będzie poniżej NAIRU, czyli stopy, która nie powoduje przyspieszania inflacji. Czyli nawet gdyby NBP miał drugi cel w postaci ograniczenia bezrobocia – a go nie ma - to jego psim obowiązkiem byłoby podnoszenie stóp procentowych. W świetle jego własnych prognoz faktyczne bezrobocie nie dojdzie bowiem do poziomu tzw. bezrobocia naturalnego. Zasłanianie się przez członków RPP wzrostem gospodarczym to próba realizacji celu politycznego, czyli wspierania rządu, zamiast celu konstytucyjnego" - twierdzi Grabowski.
Bogusław Grabowski jest jednym z byłych członków RPP, który podpisał się pod listem otwartym zawierającym krytykę prezesa NBP Adama Glapińskiego.
MKa





























































