Przeglądając wiadomości gospodarcze, łatwo można ulec wrażeniu, że niezła koniunktura w Polsce jest czymś nadzwyczajnym i nieosiągalnym nigdzie indziej. Lecz wystarczy spojrzeć na kraje naszego regionu, aby zobaczyć, że w Polsce nie dzieje się nic nadzwyczajnego.


Prawdopodobnie weszliśmy w szczytową fazę cyklu koniunkturalnego. Wzrost PKB przyspieszył do ok. 4 proc., bezrobocie spadło do najniższego poziomu od początku transformacji ustrojowej, co napędziło najszybszy od 5 lat wzrost wynagrodzeń. I choć polskie wskaźniki makro są najlepsze od kilku lat, to podobne tendencje zachodzą we wszystkich krajach naszego regionu. Do zobrazowania tej tezy posłużą nam gospodarki Czech, Słowacji, Węgier i Rumunii (V5) – czyli państw Grupy Wyszehradzkiej (V4) powiększonej od Rumunię. A więc krajów z naszego regionu o zbliżonym poziomie rozwoju gospodarczego.
Przeczytaj także
PKB nie mówi wszystkiego
Zacznijmy od najbardziej oczywistej i rozpowszechnionej statystyki, czyli dynamiki produktu krajowego brutto. Ten syntetyczny (i mocno niedoskonały) wskaźnik we wszystkich krajach naszego regionu od lat wykazuje silną zbieżność. Razem przeżywaliśmy postkryzysowe ożywienie w latach 2010-11, razem zaliczyliśmy kryzysik 2012-13 i razem doświadczamy obecnego ożywienia. Różnice są stosunkowo niewielkie. Czechy i Węgry zaliczyły głębszy dołek w 2012-13, zaś Rumunia wykazuje obecnie zdecydowanie szybsze tempo wzrostu od reszty stawki. Ale zasadniczo trendy są takie same dla całego regionu.
Co więcej, istotne podobieństwa wykazuje nie tylko dynamika PKB, ale też jego struktura. Od 2013 roku wzrost produktu krajowego brutto w naszym regionie napędza konsumpcja. Rekordzistką w tej statystyce od lat jest Rumunia – wciąż najbiedniejszy kraj w stawce, ale najszybciej nadrabiający historyczne zaległości. Wzrost wydatków konsumpcyjnych rzędu 8-10 proc. naprawdę robi wrażenie.
Drugą cechą wspólną jest słabość inwestycji. W 2016 roku we wszystkich krajach naszego regionu odnotowano spadek nakładów brutto na środki trwałe. Po części był to efekt nowej perspektywy funduszy unijnych i związanych z nią opóźnień w wydawaniu kasy z Brukseli. Ale na wykresie widać też, że na „unijne spowolnienie” nałożył się zwyczajna cykliczność. Cały region inwestował na potęgę w latach 2014-15 i trudno było utrzymać taką dynamikę przez dłuższy czas.

Drugim (obok konsumpcji) motorem wzrostu gospodarek V5 był eksport – w przeważającej większości do krajów unijnych. Od początku poprawy koniunktury w strefie euro wartość eksportu z Polski, Czech, Węgier i Rumunii rosła w solidnym tempie 5-10 proc. rocznie. Interesujące, że w latach 2013-17 najsłabiej radziła sobie Słowacja... jedyny w tym gronie kraj, który porzucił walutę narodową na euro.
Koniunktura i demografia „zacieśniają” rynek pracy
Silny popyt zewnętrzny (eksport) i wewnętrzny (konsumpcja) w ostatnich latach doprowadziły do wzrostu zatrudnienia i spadku bezrobocia. Tej ostatniej tendencji przysłużyła się pogarszająca się sytuacja demograficzna – cały nasz region doświadcza coraz szybszego ubytku liczby ludzi w wieku produkcyjnym. Swoje dodaje też emigracja zarobkowa do bogatszych krajów UE. W efekcie cały region doświadczył w ostatnich kilku latach spektakularnego spadku stopy bezrobocia.
W Czechach spadła ona z 8 proc. do niespełna 3 proc., co jest najniższym wynikiem w całej Unii Europejskiej. W Polsce stopa bezrobocia liczona według metodyki BAEL (gdzie pyta się ludzi, czy pracują, a nie czy są zarejestrowani w „pośredniaku”) obniżyła się do 4,7 proc. z przeszło 10 proc. obserwowanych jeszcze 5 lat temu. Jeszcze większy sukces na tym polu odniosły Węgry (spadek z 12 proc. do 4,3 proc.), za to bezrobocie wciąż pozostaje problemem na Słowacji (7,5 proc.).
Tyle że stopa bezrobocia nie mówi wszystkiego o koniunkturze na rynku pracy. W Polsce – podobnie jak w Rumunii, Słowacji czy na Węgrzech – problemem jest stosunkowo niski wskaźnik aktywności zawodowej. Pracuje tylko 70-73 proc. populacji w wieku 20-64 lat. Pozytywnym wyjątkiem są Czechy, gdzie wskaźnik ten sięga 78,2 proc., co jest jednym z najwyższych wyników w Europie.
Jednak niezależnie od stanu aktywności zawodowej w większości krajów naszego regionu wzrost zapotrzebowania na pracę sprawił, że przy obecnym poziomie wynagrodzeń w niektórych sektorach gospodarki zaczęło brakować odpowiednich pracowników. W Polsce płace w dużych firmach niefinansowych rosną w tempie 6 proc. rocznie. Podobny – i często jeszcze silniejszy - trend obserwujemy także w innych krajach środkowoeuropejskich. To po części wynika z decyzji rządów o wysokich podwyżkach płacy minimalnej (np. Węgry, Rumunia), która w Polsce w ostatnich latach podnoszona jest w umiarkowanym tempie.
„Zacieśnienie” rynku pracy doprowadziło do eksplozji jednostkowych kosztów pracy w całym regionie. Po kilku latach stagnacji płace wreszcie ruszyły w górę. Według danych Eurostatu (dabne wyrównane sezownowo) w drugim kwartale 2017 r. koszty pracy w Rumunii rosły w tempie aż 18,2 proc. Na Węgrzech praca podrożała o 12,8 proc., w Czechach o 10,5 proc., w Polsce o 7,3 proc., a na Słowacji o 7,1 proc. Czegoś takiego nie obserwowano w naszym regionie od dekady!
Niestety, skutkiem wzrostu płac jest odradzająca się presja inflacyjna. Po bezprecedensowym w naszej najnowszej historii okresie łagodnej deflacji cenowej, jesienią 2016 roku do Europy Środkowej powróciła inflacja.
Jak dotąd wzrost kosztów życia w naszym regionie pozostaje umiarkowanie wysoki i nie przekracza 2,5 proc. rocznie (tzw. inflacja HICP – czyli miara wzrostu cen wystandaryzowana dla całej Unii). W przypadku Węgier i Rumunii znaczący wpływ na przebieg dynamiki inflacji cenowej miały zmiany w stawkach podatku VAT. Rumuni obniżyli główną stawkę tej daniny z 24 proc. do 19 proc., podczas gdy w Polsce wciąż utrzymywana jest "tymczasowa" podwyżka z 22 proc. do 23 proc. Ale to i tak lepiej niż na Węgrzech, gdzie rząd Viktora Orbana podniósł stawkę z 20 proc. aż do 27 proc.
Jednakże przy utrzymaniu obecnego tempa wzrostu płac i ultraluźnej polityki monetarnej w bankach centralnych (jak dotąd tylko Czesi odważyli się podnieść stopy procentowe) wzrost inflacji cenowej wydaje się być tylko kwestią czasu. Zatem prędzej czy później banki centralne będą musiały zareagować, podnosząc stopy procentowe (jak zwykle za późno i zbyt wysoko), ostatecznie w ramach cyklicznego spowolnienia gospodarczego dusząc inwestycje i konsumpcję czynioną na tani (do czasu) kredyt.
Na powyższych wykresach widać, że wbrew oficjalnej propagandzie Polska nie jest jakimś nadzwyczajnym bytem, lecz jednym z naczyń globalnej struktury gospodarczej. I gdy na świecie zacznie się dziać gorzej, odczujemy to w podobnym stopniu jak pozostałe kraje naszego regionu.




























































