

W programie pomocy kredytobiorcom mieszkaniowym, który zaprezentowała partia rządząca, można dostrzec wyborcze rozdwojenie lub nawet roztrojenie jaźni. Niespójność programu (czy programów - pojawiających się jak na zawołanie z każdej strony) polega na tym, że próbują one za jednym zamachem rozwiązać zbyt wiele problemów. Co więcej, sami kredytobiorcy frankowi w większości wypadków i tak nie są zainteresowani tymi programami. Dlaczego?
Dlatego na przykład, że ci, którzy regularnie spłacają kredyty, wciąż zarabiają na niższych ratach w stosunku do kredytów złotowych. To po pierwsze. Po drugie - dla bankrutów, a to najgłośniejsza grupa, pomoc jest niewystarczająca. Po trzecie - programy chowane są za polityczno-biurokratyczną fasadą.
Odyseja w trzech odsłonach:
Pierwsza odsłona. Większość kredytobiorców dobrowolnie nie zrezygnuje z niższych kosztów obsługi długu. A program przecież zakłada dobrowolność. Według szacunków Bankier.pl blisko 400 tys. gospodarstw domowych, które spłacają kredyty denominowane w walutach obcych, i około 100 tys., które już takie kredyty w ciągu ostatnich 10 lat spłaciło, zaoszczędziło na niższych jego kosztach.
Dodatkowo warto podkreślić, że kredytów tego rodzaju od 2006 roku (wejście w życie Rekomendacji S) udzielano osobom o wyższej o 20 proc. niż dla kredytów złotowych zdolności kredytowej. Krótko mówiąc – kredyty takie brały osoby zamożniejsze niż przeciętny Polak. Większość z nich dziś stać nadal na ponoszenie dodatkowego ryzyka, szczególnie że większość z nich ciągle zarabia na niższych ratach. Cel zmniejszenia ryzyka w bankach i szansa tym samym na obniżenie kosztów kredytowania w ogóle zostaje w ten sposób zaprzepaszczona.
Druga odsłona. W grupie bogatszych kredytobiorców mieszkaniowych, biorących kredyty w frankach, pojawiła się z biegiem lat stosunkowo duża grupa osób, której status z przyczyn losowych pogorszył się. To grupa około 50 tys. kredytobiorców, którzy z różnych względów albo są zagrożeni brakiem wypłacalności, albo już są bankrutami. Nie tylko kurs walutowy jest przyczyną ich kłopotów. Utrata zdrowia, rozwody, wypadki i inne przyczyny losowe, które - tak jak wszystkich kredytobiorców - dotyczą również frankowiczów. Pytanie, czy oddłużenie rozwiąże ich problemy. Niestety nie. I tu program nie przewiduje dobrego prostego rozwiązania na upadłość konsumencką.
Nie daje zabezpieczenia, że ci frankowi i nie tylko bankruci nie popełnią tych samych błędów finansowych, biegnąc np. po chwilówki. Warto skorzystać np. z rozwiązań brytyjskich, które z jednej strony dają szansę na cywilizowane bankructwo, ale też ograniczają łatwość w zaciąganiu zobowiązań w przyszłości. Dla osób niewypłacalnych ścieżka rozwiązania ich problemów powinna być jasna, ale też nałożone powinny być ograniczenia.
Trzecia odsłona. To dobrze, że przedmiotem debaty publicznej (niestety tylko w okresach przedwyborczych) w Polsce są kłopoty kredytowe stosunkowo wąskiej grupy kredytobiorców. I nie jest istotne, że kredyty te były brane przez osoby uprzywilejowane. Przeciętna kwota kredytu denominowanego w frankach szwajcarskich była znacznie wyższa niż kredytów złotowych dostępnych dla osób o niższej zdolności kredytowej. Debata jest potrzebna, ponieważ w Polsce mamy milion gospodarstw domowych wykluczonych finansowo: nie tylko z powodu kredytów hipotecznych, ale i ofiar chwilówek od firm pożyczkowych, łatwych kredytów konsumpcyjnych w SKOK-ach - osób, które popadły w błędne koło długu i własnej nieporadności finansowej. Wydobycie tych problemów na światło dzienne jest konieczne, jeśli chcemy mówić o dobrej perspektywie rozwoju stabilnego państwa. Stawianie zasłon dymnych i proponowanie oderwanych od rzeczywistości rozwiązań, które utkną w biurokratycznej machinie i wkrótce w powyborczej codzienności łatania budżetowych pilniejszych obietnic, jest stratą energii i pieniędzy nas wszystkich.


































































