2 mln osób w Polsce pracuje „na szaro” - wynika z raportu Forum Obywatelskiego Rozwoju. Blisko co dziesiąty pracujący Polak, przynajmniej część dochodów uzyskuje z pracy w szarej strefie. Winne temu jest wysokie opodatkowanie pracy. Szara strefa może się jeszcze powiększyć na skutek m.in. wprowadzenia programu 500 zł na dziecko – przestrzega FOR.


Wg FOR-u „praca na szaro” to działalność wykonywana w sposób niezarejestrowany, z pominięciem podatków. Z ankiety przeprowadzonej przez tę fundację wynika, że aż 9% respondentów przynajmniej część dochodów uzyskuje z pominięciem systemu podatkowego. Najczęściej sprawa dotyczy otrzymywania tzw. wypłaty pod stołem. Pracownik oficjalnie zarabia płacę minimalną, a dodatkowe regularne wynagrodzenie dostaje od pracodawcy gotówką do ręki – już z pominięciem składek na ubezpieczenia społeczne i podatku dochodowego.
FOR zwraca również uwagę, że spora grupa osób pracujących w szarej strefie decyduje się na to, bo nie chce utracić prawa do świadczeń socjalnych. Mowa m.in. o bezrobotnych, emerytach, rencistach oraz matkach, którym alimenty wypłaca Fundusz Alimentacyjny.
Przeczytaj także
Ilu bezrobotnych pracuje na szaro?
Szacuje się, że na 1,5 mln zarejestrowanych bezrobotnych ok. 400 tysięcy pracuje w szarej strefie (niektórzy regularnie, inni doraźnie). Urzędy pracy od jakiegoś czasu prowadzą cichą walkę z tym procederem i wręcz masowo wykreślają z rejestru te osoby, które nie spełniają kryteriów formalnych - np. nie stawiają się na spotkania z urzędnikami w wybranych terminach.
ReklamaZobacz także
W październiku liczba bezrobotnych z prawem do zasiłku wynosiła 200 tys. osób, którym wypłacono łącznie 160 mln zł. Średnia wartość świadczenia wyniosła 792 zł. Świadczenie to ma charakter czasowy, ale często bezrobotni, którzy w danym okresie mają prawo do świadczenia, podejmują pracę „na czarno” – szczególnie w regionach z wysokim bezrobociem, gdzie świadczenie wypłaca się dłużej. Czasami zmusza ich do tego pracodawca, który regularnie ich „zwalnia i zatrudnia”.

Jeszcze ciekawiej wygląda kwestia funduszu alimentacyjnego. Osoba (najczęściej kobieta, ale czasem też mężczyzna), której sąd zasądził alimenty na dziecko, a której ojciec/matka nie wypłaca tych świadczeń, otrzyma alimenty od państwa do 500 zł, tylko w sytuacji, gdy dochód na głowę w rodzinie nie przekroczy kwoty 725 zł. To znaczy, że kobieta z jednym dzieckiem, którego ojciec uchyla się od obowiązku alimentacyjnego, dostanie świadczenie tylko w sytuacji, gdy zarobi miesięcznie nie więcej niż 1450 zł netto, czyli nie więcej niż 2 tys. zł brutto! Co ma zrobi kobieta, która zarabia 2,2 tys. zł brutto, a ojciec jej dziecka nie płaci alimentów? Pójdzie do pracodawcy i prosi o podzielenie wynagrodzenia na część oficjalną i nieoficjalną, by załapać się na alimenty od państwa.
Przeczytaj także
500 zł na dziecko napędzi szarą strefę?
Fundacja zwraca uwagę, że aktualnym przykładem świadczenia socjalnego, które będzie zachęcać do ukrywania części dochodów, jest projekt „500 zł na dziecko”, bo w przypadku pierwszego dziecka świadczenie zależne będzie od dochodów, a to jest silny bodziec do ukrycia zarobków ponad ustawowy próg (patrz przykład z funduszem alimentacyjnym).
W Polsce ukrywanie zarobków jest sporym problemem, szczególnie widocznym w małych firmach. Z oficjalnych statystyk wynika, że w przedsiębiorstwach zatrudniających do 9 pracowników przeciętne wynagrodzenie brutto wynosi 2,2 tys. zł, czyli 1,6 tys. zł na rękę. Wynika z tego, że w małych firmach zarabia się blisko dwukrotnie mniej, niż w firmach zatrudniających powyżej 9 pracowników. Niestety, tak duże rozbieżności najprawdopodobniej wynikają z wypłacania części pensji (w tym premii) „pod stołem”.
Praca w szarej strefie to spory problem dla gospodarki. Z jednej strony dobrze, że ludzie mają dochody, które w znacznym stopniu przeznaczają na konsumpcję. Z drugiej strony, szara strefa to nielegalna konkurencja (zwykle cenowa) dla tych przedsiębiorstw, które płacą podatki i składki.
Do pracy w szarej strefie najczęściej Polaków zmuszają niskie zarobki netto i trudna sytuacja ekonomiczna w danym regionie kraju. Drugą przyczyną jest wysokie opodatkowanie pracy. Mało kto w szkole uczy się, że przeciętna pensja kosztuje 4,8 tys. zł, podczas gdy pracownik na rękę otrzymuje nieco ponad 2,8 tys. zł.
Przeczytaj także
Czy szara strefa się opłaca?
Po co płacić wysokie składki do ZUS-u i NFZ, skoro w mediach ekonomiści i politycy i tak przekonują, że emerytury będą bardzo niskie, a opieka zdrowotna jest teoretycznie na takim samym poziomie niezależnie do wielkości płaconej składki? W tej sytuacji wiele osób świadomie decyduje się na legalną pensję na poziomie minimalnym i dodatek „pod stołem”. Pracodawca może wtedy zapłacić pracownikowi łącznie 3,3 tys. zł netto, a i tak zyskuje 500 zł na składkach po swojej stronie. Za bardzo nie trzeba się też przejmować kontrolami fiskusa, ZUS-u czy PIP-u, bo wypłaty gotówką do ręki są praktycznie niemożliwe do udowodnienia (chyba że ktoś ma taśmy).
Jak to zmienić? Można uszczelnić system podatkowy i wprowadzić bardziej opresyjne rozwiązania, ale efekt będzie taki, że spora grupa ludzi o niskich dochodach oraz niewielkiej liczbie możliwości, by legalnie je zwiększyć, po prostu będzie miała mniej pieniędzy w portfelu. Pozytywny efekt dla budżetu byłby nieproporcjonalnie mniejszy od niezadowolenia społecznego.
Śmiałym projektem byłoby zmniejszenie obciążeń zawartych w wynagrodzeniach pracowników, ale nie da się tego zrobić w rok. Ta propozycja wymagałaby gigantycznej reformy w zakresie ubezpieczeń społecznych, prawa pracy i finansów publicznych. Trzecie rozwiązanie to wprowadzenie stałej zryczałtowanej składki do ZUS-u i NFZ, ale w tym wypadku prócz mniejszych dochodów do budżetu, trzeba by było zaakceptować fakt, że bogaci oficjalnie zapłaciliby mniej – na to zgody nigdy nie będzie.































































