Poniedziałkowa sesja przyniosła 46. tegoroczny rekord wszech czasów w wykonaniu indeksu S&P 500. Imponuje nie tylko liczba nowych szczytów, ale też regularność ich ustanawiania: ostatni raz coś takiego zdarzyło się w roku... 1928.


W poniedziałek S&P500 wzrósł o 0,27% i wyznaczył nowy szczyt wszech czasów na wysokości 2.069 punktów. Była to 27. sesja z rzędu, na której S&P500 zamknął się powyżej swej 5-sesyjnej średniej kroczącej. Ostatni raz taka seria przytrafiła się w marcu roku 1928. Co się stało później, wszyscy wiemy: ceny akcji podwoiły się do jesiennego krachu z roku 1929, po którym zniżkowały przez następne trzy lata, w sumie o 85%.
Imponująca seria 27 dziennych świeczek w wykonaniu S&P500

Jeśli historia sprzed 86 lat miałaby się powtórzyć, to w 2015 roku zobaczylibyśmy S&P500 powyżej 4.100 punktów, by następnie w roku 2018 ujrzeć wynik 620 punktów, czyli poniżej dna z marca 2009 roku. Jest to analogia tak drastyczna, że aż trudna do wyobrażenia. Jednak nie takie rzeczy działy się na Wall Street i to nawet całkiem niedawno: wystarczy prześledzić trajektorię indeksu Nasadq z lat 1999-2001.

Tymczasem amerykański festiwal śrubowania giełdowych rekordów odbywa się w coraz bardziej wątpliwych okolicznościach. Poniedziałkowym zwyżkom towarzyszyły stosunkowo niskie obroty: wolumen handlu akcjami na amerykańskich giełdach był o 12,5% niższy od miesięcznej średniej. Wśród 500 spółek wchodzących w skład S&P500 74 zaliczyły 52-tygodniowe maksimum i ani jedna nie spadła do 52-tygodniowego minimum.
Równocześnie wyceny akcji na Wall Street osiągnęły najwyższy poziom od 2009 roku. Według danych Bloomberga S&P500 jest obecnie notowany po 17,2-krotności oczekiwanych zysków, które zdaniem analityków będą o kilkanaście procent wyższe od tegorocznych.































































