Gdyby polityka pieniężna w Stanach Zjednoczonych zależała od parametrów gospodarczych, to koszty kredytu już dawno wróciłyby do „normalnych” poziomów. Ale ponieważ polityka Fedu stała się pochodną indeksu S&P500, to szanse na drugą w ciągu niemal dekady podwyżkę są minimalne.


Teoretycznie Rezerwa Federalna ma za sobą wszystkie niezbędne przesłanki, aby śmiało podnosić stopy procentowe i szybko opuścić terytorium awaryjnie niskich, praktycznie zerowych kosztów kredytu. Stopa bezrobocia w USA spadła poniżej 5% i jest najniższa od początku recesji w 2008 roku.
Ukochana przez bankierów centralnych miara inflacji – tzw. inflacja bazowa CPI (czyli roczna dynamika indeksu kosztów życia bez cen paliwa, energii i żywności) - szybko rośnie i już przekracza 2% - a więc poziom uznany przez Fed za docelowy.
Na podobnym poziomie co obecnie inflacja bazowa CPI była na początku roku 2005, gdy Rezerwa Federalna miała za sobą już sześć podwyżek stopy funduszy federalnych po 25 pb. każda. Dekadę temu Fed zaczął podnosić koszty kredytu z najniższego (wówczas) poziomu w historii (1%) i podobnie jak obecnie uczynił to zdecydowanie za późno, przyczyniając się do kryzysu finansowego w segmencie kredytów hipotecznych.

Tani kredyt pompuje spekulacyjne balony
Jaki kryzys teraz szykuje Fed, tego jeszcze nie wiemy. Ale zwlekał z dostosowaniem polityki monetarnej jeszcze dłużej niż w poprzednim cyklu, przez równe 7 lat utrzymując stopę funduszy federalnych praktycznie na zerze. Po grudniowej podwyżce o 25 pb. projekcje członków Federalnego Komitetu Otwartego Rynku (FOMC) zakładały trzy lub cztery podwyżki (po 25 pb.) w 2016 roku. Realizacja tych zapowiedzi wciąż oznaczałaby nad wyraz ślamazarne tempo powrotu do monetarnej normalności, rozumianej jako stopy procentowe rzędu 4-5%.
Ale po styczniowym załamaniu cen akcji nikt nie ma złudzeń, że nawet tak łagodna ścieżka normalizacji polityki monetarnej stała się dla Fedu nieosiągalna. Yellen i spółka boją się zrobić cokolwiek, co uderzyłoby w banki, korporacje i sektor finansowy. A Fed niezmiernie rzadko ośmiela się sprzeciwić wszechwładnym „rynkom finansowym” (czytaj: bankowemu kartelowi).
Jedna podwyżka będzie sukcesem
Kilka tygodni temu rynek kontraktów terminowych ograniczył tegoroczne oczekiwania podwyżek do skromnych 25 pb. Według FedWatch Tool prawdopodobieństwo podwyżki na marcowym posiedzeniu FOMC wynosi zero. Opcją dominującą jest utrzymanie stóp bez zmian w przedziale 0,25-0,50%, na co rynek daje 94,2% szans. Ale równocześnie pojawiły się pierwsze spekulacje na… obniżkę stopy funduszy federalnych. Rynek wycenia prawdopodobieństwo takiej decyzji na zaledwie 5,8% w marcu, 4,3% w kwietniu i 2,9% w czerwcu.
Im dalej w rok, tym rynek widzi większe szanse na podwyżkę stóp procentowych w USA. Obecnie (stan na 15.03) notowania kontraktów terminowych dają 23,9% szans na podwyżkę o 25 pb. w kwietniu i 40,1% w czerwcu. Do grudnia 2016 roku rynek wycenia szanse na podwyżkę stopy funduszy federalnych o przynajmniej 25 pb. na blisko 80%. Szanse na obniżkę wynoszą tylko 1,1%.
W tym kontekście kluczowe będą tzw. fedokropki, czyli graficzna ilustracja rozkładu oczekiwań członków FOMC względem pożądanego poziomu stopy funduszy federalnych. W teorii to znakomite narzędzie pozwalające uczestnikom rynku lepiej przewidywać zmiany stóp procentowych w USA. Tyle teorii. W praktyce członkowie Komitetu przywiązują niewielką wagę do swoich deklaracji i z kwartału na kwartał odsuwają w czasie wejście na ścieżkę prowadzącą do monetarnej równowagi.
Wystarczy popatrzeć na wykres z marca 2015, gdy zdecydowana większość przedstawicieli FOMC chciała do końca 2016 roku mieć stopy procentowe nie niższe niż 1,75%. Teraz jest niemal pewne, że cel ten nie zostanie zrealizowany, podobnie jak założony wówczas na koniec 2015 roku poziom 1,125%. Takie działania niszczą i tak już mocno wątpliwą reputację najważniejszego banku centralnego świata.
Obok tradycyjnego komunikatu FOMC i fedokropek, o 19:00, Rezerwa Federalna przedstawi cokwartalną projekcję wskaźników makroekonomicznych (dynamika PKB, inflacji i stopy bezrobocia). Gwoździem programu będzie konferencja prezes Janet Yellen rozpoczynająca się o 19:30.
Szefowa Fedu z precyzją akademickiego wykładowcy i cierpliwością przedszkolanki zapewne wyjaśni inwestorom, że są ryzyka, zagrożenia i że z powodu „zaostrzenia warunków finansowych” (czytaj: spadku indeksu S&P500) zeszłoroczne plany podwyżek stóp procentowych przestały być aktualne. Skutkiem takiego podejścia będzie sytuacja, w której największa gospodarka świata wejdzie w kolejną cykliczną recesję z niemal zerowymi stopami procentowymi, czyli praktycznie bez pola manewru dla polityki monetarnej. Oznacza to, że następna recesja w USA będzie zapewne cięższa niż zwykle.
































































