Drożejąca żywność napędza inflację konsumencką za Murem. Tymczasem producenci po raz pierwszy od 3 lat borykają się z deflacją. Ludowy Bank Chin ma twardy orzech do zgryzienia, ale prawdopodobnie zdecyduje się na luzowanie polityki pieniężnej mimo rosnących kosztów życia.
Aż o 9,1 proc. podrożała w lipcu żywność w Państwie Środka w porównaniu do ubiegłego roku - podał tamtejszy urząd statystyczny. To największa podwyżka cen jedzenia od stycznia 2012 r.
Ceny wieprzowiny, ulubionego mięsa Chińczyków, wzrosły o 27 proc., drobiu - o 7,6 proc., wołowiny - o 8 proc., a baraniny - o 10,9 proc. Świeże owoce kosztowały o 39,1 proc. więcej niż przed rokiem, a warzywa - o 5,2 proc.
W efekcie inflacja CPI w Chinach przyspieszyła do 2,8 proc. w ujęciu rocznym, najwyższego poziomu od lutego 2018 r. Gwałtowne wzrosty cen żywności odpowiadały za 1,95 p.proc. z 2,8 proc.
Na szczególną uwagę zasługuje drożejące mięso wieprzowe. To kwestia istotna dla mieszkańców kraju za Murem, ale i konsumentów w innych zakątkach Ziemi, ponieważ Państwo Środka jest największym producentem, konsumentem i importerem na świecie, przez co ma ogromny wpływ na ceny globalne. W czerwcu wieprzowina podrożała w Polsce o 10,6 proc. rdr - wynika z danych GUS.
Ceny wieprzowiny w Chinach przyspieszają w ujęciu rocznym z miesiąca na miesiąc. Jeszcze w marcu wzrost wynosił 5,1 proc., w kwietniu było to już 14,4 proc., miesiąc później - 18,2 proc., a w czerwcu - 21,1 proc. Lipcowy wzrost o 27 proc. potwierdza trend.
Problemem jest szalejący za Murem Chiny afrykański pomór świń - z powodu tej choroby w tym roku ma zostać wybitych nawet 130 milionów zwierząt. Malejącej podaży nie jest w stanie zrekompensować dynamicznie rosnący import - w pierwszym półroczu do Państwa Środka sprowadzono ponad 800 tys. ton wieprzowiny, a w samym czerwcu - o 62,8 proc. więcej niż w analogicznym okresie roku ubiegłego.
W drugiej połowie roku dynamika cen wieprzowiny może sięgnąć nawet 70 proc. - podawał kilka miesięcy temu Pekin. A to mogłoby wywindować inflację konsumencką wyraźnie powyżej 5 proc. i wywołać spore niezadowolenie chińskiego społeczeństwa. Szczególnie w realiach spowolnienia gospodarczego (niższego tempa wzrostu płac, wzrostu obaw o stabilność pracy) i konfliktu z USA.
Obawy potęguje również dzisiejsza informacja na temat cen producenckich. W lipcu wskaźnik PPI był o 0,3 proc. niższy niż przed rokiem. Producenci sprzedają zatem swoje towary i usługi taniej niż w lipcu 2018 r. Deflację producencką odnotowano w Chinach po raz pierwszy od 2016 r. To kolejny zły sygnał płynący w ostatnim czasie z chińskiej gospodarki, po spadku zysków przedsiębiorstw przemysłowych oraz dwóch z rzędu odczytach PMI dla sektora poniżej 50 pkt., a także obniżce importu.
Deflacja jest szczególnie niebezpieczna dla tych podmiotów, które są mocno zadłużone. A tych za Murem nie brakuje.
Pytanie, co w tej sytuacji zrobi chiński bank centralny - czy wesprze biznes, luzując politykę pieniężną, czy przestraszy się przyspieszającej inflacji (na co ma relatywnie niewielki wpływ, gdyż wzrost CPI to efekt zjawisk niezależnych od banku, jak epidemia afrykańskiego pomoru świń). Ludowy Bank Chin musi też brać pod uwagę wpływ decyzji na rynek walutowy (czyli relacje z USA i stabilność finansową państwa zagrożoną przez ewentualny odpływ kapitału) czy ceny aktywów inwestycyjnych (bańki spekulacyjne powstające dzięki tańszemu finansowaniu i niższemu oprocentowaniu bezpiecznych inwestycji). Pomocną dłoń podają jednak Chińczykom inne banki centralne, które już ponownie "przestawiły wajchę" na ekspansję monetarną. Gospodarkę Państwa Środka mogą również zacząć jeszcze silniej pobudzać władze centralne i lokalne, poprzez zwiększanie deficytów budżetowych.
Maciej Kalwasiński




























































