Błędna polityka gospodarcza może doprowadzić nas do recesji

główny analityk Bankier.pl

W dość zgodnej opinii ekonomistów Polska osiągnęła szczyt cyklu koniunkturalnego. To właśnie jest (był?) czas na podniesienie stóp procentowych lub wygenerowanie nadwyżki fiskalnej. Tyle że rząd i bank centralny tego nie robią.

Od roku wzrost produktu krajowego brutto utrzymuje się w pobliżu 5%. To prawdopodobnie maksimum tego, na co w obecnych warunkach stać polską gospodarkę. A dobra koniunktura nigdy nie trwa wiecznie – prędzej czy później zawsze nadchodzi jej kres. Już nawet minister finansów Teresa Czerwińska w maju powiedziała, że „w tej chwili jesteśmy na szczycie koniunktury”. Podobny wniosek płynie z projekcji ekonomicznych NBP i prognoz ekspertów. Niemal wszyscy twierdzą, że w następnych latach wzrost gospodarczy będzie niższy niż w pierwszym półroczu.

(Główny Urząd Statystyczny.)

Z reguły, gdy wszyscy zgadzają się ze sobą, to z reguły wszyscy oni nie mają racji. Jednak tym razem zgodzę się z głównym nurtem, że czeka nas spowolnienie gospodarcze. I dodam, że może nawet recesja. A to dlatego, że rząd i NBP popełniają kardynalne błędy w polityce gospodarczej.

Lata tłuste i lata chude

Jesteśmy w piątym roku ekspansji gospodarczej. W tradycyjnym ujęciu poprawna polityka gospodarcza odznacza się tym, że w czasach dobrej koniunktury budżet państwa generuje nadwyżkę i spłacany jest dług publiczny. Z kolei bank centralny podnosi stopy procentowe wraz z (a najlepiej: przed) rosnącą inflacją cenową. Dzięki temu krajowa gospodarka wchodzi w fazę spowolnienia/recesji, mając w odwodzie pewne bufory w postaci możliwości poluzowania polityki fiskalnej (np. obniżki podatków) lub monetarnej (np. cięcia stóp procentowych).

Osobiście jestem zdecydowanym przeciwnikiem ingerencji polityków (czyli tzw. „państwa”) w gospodarkę i tzw. „antycykliczną” politykę gospodarczą uważam za szkodliwą teorię. Ale jeszcze więcej szkód przynosi polityka „procykliczna”. Czyli taka, która wzmacnia naturalny cykl koniunkturalny. Skutkiem takiej polityki są silniejsze boomy i silniejsze załamania. Mniej więcej coś takiego, co ostatnio obserwujemy w Turcji, gdzie lata błędnej polityki gospodarczej doprowadziły do kryzysu walutowego.

Polsce tak silny kryzys na razie nie grozi. Ale od kilku lat konsekwentnie kładziemy pod niego podwaliny. Zarówno rząd jak i kierownictwo NBP robią wiele, aby takowy kryzys nam zafundować. Na pozór wszystko wygląda dobrze. Minister finansów twierdzi, że w 2018 roku deficyt sektora finansów publicznych (czyli budżetu państwa, FUS-u, samorządów itp.) nie przekroczy 1,7% PKB. Niektórzy mówią, że to bardzo dobry wynik. Tyle że takie np. Niemcy od kilku lat notują nadwyżkę budżetową, a strefa euro jako całość niemal zlikwidowała deficyt (ograniczając go do 0,1% PKB w I kw. 2018 r.).

(Główny Urząd Statystyczny.)

Rok 2017 aż 12 krajów Unii Europejskiej zakończyło z nadwyżką fiskalną, a jeden odnotował zerowy deficyt. Ponad fiskalną kreską znalazła się nawet Grecja! Polska zamknęła zeszły rok z deficytem 1,7% PKB (czyli zapewne podobnym jak w tym roku), ale to nie był już żaden powód do chwały. Pomimo nałożenia nowych podatków (bankowy, „biurowy”), „tymczasowego” utrzymania podwyższonych stawek VAT oraz „uszczelnienia” VAT-u i akcyzy, rząd Polski wciąż wydaje więcej, niż ściąga z podatków. I to przy relacji długu do PKB rzędu 50% - a więc niebezpiecznie blisko konstytucyjnego limitu 60%.

Na rok 2019 resort finansów zapowiada redukcję relacji długu publicznego do PKB o 1,7 punktu procentowego. Powiedziałbym, że tylko o 1,7 pkt. proc. Dodajmy jeszcze, że w ujęciu nominalnym dług zapewne wzrośnie. O ile wzrośnie, to już zależy m.in. od kształtowania się kursu złotego. "A zatem mamy bardzo niski dług, jak na standardy średnie, jeśli chodzi o Unię Europejską" - deklaruje minister Teresa Czerwińska. Z tą opinią nie można się zgodzić! Owszem, Polska jest relatywnie mniej zadłużona niż Włochy czy Francja, ale w "swojej klasie" notujemy jedną z wyższych relacji długu do PKB. Przykłady? Relacja długu publicznego do PKB w Bułgarii wynosi 25%, w Czechach i Rumunii 35%, na Litwie 40%, a w Estonii zaledwie 9%. Może i poziom zadłużenia Polski nie jest bardzo niebezpieczny jak Węgier czy Chorwacji, ale z pewnością nie jest niski!

Jakichkolwiek korekt polityki fiskalnej nie widać w projekcie budżetu na 2019 rok. Rząd zakłada w nim 28,5 mld zł deficytu, czyli równowartość 1,8% prognozowanego PKB. I to wszystko wciąż w otoczeniu całkiem przyzwoitego wzrostu gospodarczego (+3,8%), szybkiego wzrostu konsumpcji (5,9% nominalnie) i wynagrodzeń (6% - też nominalnie). Aż strach pomyśleć, co się stanie z finansami państwa, jeśli jednak gospodarce się pogorszy.

Dobra koniunktura została przespana

Teoria praktyki rządzenia zakłada, że wszelkie reformy gospodarcze – w tym także obniżki podatków – lepiej jest robić w czasach dobrej koniunktury. A taką właśnie teraz mamy. Tymczasem nie mamy ani obniżek podatków (za to dokładane są nowe, jak choćby „opłata emisyjna” doliczana do cen paliwa czy „podatek solidarnościowy” nałożony na pracę oraz tzw. exit tax drakońsko opodatkowujący nieistniejące zyski kapitałowe), ani istotnych reform pozwalających na uwolnienie potencjału polskiej gospodarki. Kwitnie za to socjalne rozdawnictwo a la 500+, „Dobry Start” czy dopłaty do czynszów. Jeśli zatem władza nie potrafi się zmotywować do prowzrostowych reform teraz, to kiedy da radę? Konkluzja jest smutna: o jakichkolwiek obniżkach podatków możemy zapomnieć na najbliższe lata albo nawet dekady.

To samo dzieje się po drugiej stronie policy-mix. Rada Polityki Pieniężnej przespała w mojej ocenie optymalny moment na porzucenie reżymu rekordowo niskich stóp procentowych, jaki przypadł na przełomie lat 2016-17. Mieliśmy stopę referencyjną NBP na poziomie 1,50% zarówno przy łagodnej deflacji cenowej (rzędu -1% rocznie), jak i mamy przy inflacji CPI oscylującej wokół 2%. Oznacza to, że od początku 2017 roku RPP utrzymuje realnie ujemne stopy procentowe, które zniechęcają do oszczędzania oraz pompują kredytowy bąbel na rynku nieruchomości i obligacji korporacyjnych.

(Narodowy Bank Polski.)

Projekcja inflacyjna Narodowego Banku Polskiego zakłada, że inflacja CPI będzie zmierzać w stronę 2,5-3,5% rocznie przy hamującym wzroście gospodarczym. Trudno o bardziej ewidentne przyznanie się do błędu. I do niewyciągnięcia z tego wniosków. RPP widząc, że inflacja będzie przyspieszać, powinna była podnieść stopy procentowe jeszcze zanim gospodarka zacznie zwalniać. I tę szansę świadomie przegapiła, kierując się trudnymi do zrozumienia pobudkami. Członkowie Rady bezczelnie zapowiadają, że nie mają zamiaru ruszyć stóp nawet do końca 2019 roku, gdy inflacja CPI może już przekraczać 3%.

Brak decyzji o normalizacji stóp procentowych doprowadził do tego, że polska polityka monetarna znalazła się w sytuacji bez dobrego wyjścia. Jeśli inflacja CPI znów przyspieszy, RPP będzie zmuszona do zacieśniania polityki monetarnej w otoczeniu spowolnienia gospodarczego, pogłębiając spadek dynamiki PKB. Może też pójść wzorem Turcji lub Argentyny i nie robić nic, czekając aż rynek walutowy postawi sprawę na ostrzu noża. Pozostają więc tylko rozwiązania złe i katastrofalnie złe.

Jeśli RPP w obecnym składzie nie potrafiła podnieść rekordowo niskich stóp procentowych przy wzroście PKB rzędu 4-5%, to jest dobra (a raczej zła) szansa, że nie zdecyduje się na to do końca swojej kadencji. Trudno bowiem wyobrazić sobie lepsze okoliczności na podwyżkę kosztów kredytu niż te, których doświadczyliśmy w tym i poprzednim roku.

To nielubiane słowo na „R”

Polska gospodarka stoi przed niezbyt optymistycznymi perspektywami na następne kilka lat. Dotychczasowe motory wzrostu - tania i łatwo dostępna siła robocza oraz import lepszej technologii i zachodniego kapitału – zostały wyczerpane. Od roku 2020 w Polskę uderzy demograficzne tsunami, spotęgowane beznadziejnie szkodliwą decyzją o obniżeniu wieku emerytalnego przy równocześnie wydłużającej się długości życia. Skutkiem tego przy pierwszych objawach spadku zatrudnienia ZUS stanie przed koniecznością skokowego zwiększenia wypłat emerytur. A nowo napływające na rynek pracy roczniki będą dwukrotnie mniej liczne od odchodzących. Również po roku 2020 zacznie wysychać strumień unijnych pieniędzy, współfinansujących budowę infrastruktury. Czyli inwestycji, które teraz napędzają wzrost polskiego PKB.

A to wszystko przy braku możliwości stymulacji fiskalnej (ze względu na wysoki dług publiczny) i monetarnej (bo stopy procentowe są bardzo niskie). Dlatego zakładam, że w razie jakichś perturbacji na świecie w Polsce doświadczymy czegoś, czego nie obserwowaliśmy od 26 lat. Recesji. O ile w ostatnich 25 latach pogorszenie koniunktury gospodarczej było w Polsce "importowane" zza granicy, to następny kryzys możemy wyprodukować samodzielnie. Jest spora szansa, że zostanie on wywołany bądź pogłębiony przez błędną politykę gospodarczą z lat 2015-19.

Krzysztof Kolany

Źródło:

Newsletter Bankier.pl

Dodałeś komentarz Twój komentarz został zapisany i pojawi się na stronie za kilka minut.

Nowy komentarz

Anuluj
5 5 marliki

Ja myślę że jeśli inflacja wzrośnie to za sprawą pchania jej przez koszty pracy. Dziś mniej rentowne firmy z uwagi na niemożność przerzucenia tych kosztów na konsumenta powoli do tego będą dążyć. Niskie stopy procętowe i rządowe transfery dla ludności doprowadziły do zwiększonego popytu i będą go wspierać. Wzrost gospodarczy z tytułu tych transferów pochodzi z konsumpcji. Brak Inwestycji przedsiębiorców raczej jest ostrożnym podejściem do wzrostu konsumpcji i popytu. Ale mam nadzieję że w dłuższej perspektywie w obliczu wyższych wynagrodzeń firmy jednak zdecydują się na wymianę mniej efektywnych środków trwałych na bardziej efektywne. Na dłuższy dystans niskie kredyty dają możliwość zakupu takich środków trwałych, a wyższe pensje do tego przymuszają. Myślę że kto głowe ma na karku skorzysta. Mam nadzieję że większość firm.

Pokaż cały komentarz ! Odpowiedz
27 7 orle

O błędnej opinii i sugestiach dotyczących polityki gospodarczej
Krzysztof Kolany rozpoczyna swój tekst pt.: Błędna polityka gospodarcza może doprowadzić nas do recesji (https://www.bankier.pl/wiadomosc/Bledna-polityka-gospodarcza-moze-doprowadzic-nas-do-recesji-7610178.html) od następującej tezy oraz wynikającej z niej opinii o prowadzonej w naszym kraju polityce gospodarczej: „W dość zgodnej opinii ekonomistów Polska osiągnęła szczyt cyklu koniunkturalnego. To właśnie jest (był?) czas na podniesienie stóp procentowych lub wygenerowanie nadwyżki fiskalnej. Tyle że rząd i bank centralny tego nie robią.” Natomiast kilka akapitów dalej stwierdza: „Osobiście jestem zdecydowanym przeciwnikiem ingerencji polityków (czyli tzw. „państwa”) w gospodarkę i tzw. „antycykliczną” politykę gospodarczą uważam za szkodliwą teorię. Ale jeszcze więcej szkód przynosi polityka „procykliczna”. Czyli taka, która wzmacnia naturalny cykl koniunkturalny. Skutkiem takiej polityki są silniejsze boomy i silniejsze załamania. Mniej więcej coś takiego, co ostatnio obserwujemy w Turcji, gdzie lata błędnej polityki gospodarczej doprowadziły do kryzysu walutowego.”
Tymczasem to, co dalej pisze, to po prostu propozycja polityki procyklicznej. Uważa, że Polska przespała dobrą koniunkturę. Albowiem inne kraje, „takie np. Niemcy od kilku lat notują nadwyżkę budżetową, a strefa euro jako całość niemal zlikwidowała deficyt (ograniczając go do 0,1% PKB w I kw. 2018 r.). Rok 2017 aż 12 krajów Unii Europejskiej zakończyło z nadwyżką fiskalną, a jeden odnotował zerowy deficyt. Ponad fiskalną kreską znalazła się nawet Grecja! Polska zamknęła zeszły rok z deficytem 1,7% PKB (czyli zapewne podobnym jak w tym roku), ale to nie był już żaden powód do chwały.”
Gdy występuje nadwyżka budżetowa, to rząd tworzy dodatkowe oszczędności w stosunku do tych, które są tworzone z kapitalizowanego oprocentowania od aktywów finansowych oraz od akumulowanych zysków przedsiębiorstw, a które przy optymalnym stanie koniunktury, czyli gdy dokonuje się wzrost przy stałej zrównoważonej stopie, stanowią wystarczającą podaż środków finansowych do realizacji nakładów inwestycyjnych, zapewniających kontynuowanie istniejącej stopy wzrostu. Natomiast napływ na rynek finansowy tych dodatkowych oszczędności budżetowych, gdy zostaną zainwestowane w produkcję, powoduje podniesienie realizowanej stopy wzrostu, co przekłada się na wzrost stopy zysków oraz dalsze pobudzenie wzrostu koniunktury. Z powyższego wynika, że polityka oszczędności budżetowych w okresie wysokiej koniunktury działa procyklicznie, czyli pobudza dalszy wzrost koniunktury.
Nieporozumieniem jest więc zalecanie prowadzenia polityki nadwyżek budżetowych w okresach panowania wysokiej koniunktury w nadziei, że jakoby w ten sposób można było by ograniczyć lub w ogóle zlikwidować dług publiczny. W warunkach, gdy kreacja nowego pieniądza powiększająca jego obieg we wzrastającej gospodarce, oparta jest na udzielaniu przez banki handlowe dodatkowych nadwyżkowych kredytów, dla których nie ma pokrycia w lokatach oszczędnościowych, spłata powstałych z tego tytułu długów jest niemożliwa, bo skutkowałoby to wycofywaniem pieniądza z obiegu i recesją. Jeżeli więc państwo spłaca swoje długi, czyli jest w ten sposób obniżany rozmiar długu publicznego, to równolegle o analogiczną wartość muszą podnosić swoje zadłużenie podmioty prywatne, przedsiębiorcy i gospodarstwa domowe. Można też oszczędności budżetowe wyeksportować, czyli zakupić zagraniczne papiery wartościowe pod warunkiem, że są one dostępne, że akurat istnieje ich podaż. Gdyby jednak w fazie wysokiego boomu w gospodarce światowej politykę upłynniania nadmiernych oszczędności z nadwyżek budżetowych zaczęły równolegle prowadzić wszystkie kraje, to nie byłoby w ogóle popytu na nowo emitowane papiery dłużne przez rządy. Żaden kraj nie chciałby kupować zagranicznych papierów dłużnych, a wszystkie chciałyby sprzedawać swoje! W tej sytuacji jedynym rozwiązaniem jest rolowanie państwowego długu przy jak najniższej stopie oprocentowania nowo emitowanych papierów dłużnych, za które są wykupywane wcześniej wyemitowane papiery w terminach ich zapadalności. Co prawda jest to metoda, która nie daje możliwości zmniejszania absolutnej wartości publicznego długu, jednak pozwala systematycznie obniżać jego udział w dochodzie. Obniżany taką metodą udział długu publicznego w dochodzie następuje tym szybciej i bardziej, im jest większa rozpiętość pomiędzy stopą wzrostu PKB a stopą procentową, którą są obciążone państwowe papiery dłużne. Chociaż absolutna wartość nominalnego długu państwa wzrasta na skutek powiększania go o kapitalizowane jego oprocentowanie, to przecież w tej części, w jakiej jest powiększany z kapitalizacji oprocentowania, nie obciąża w ogóle realnego dochodu, czyli ma charakter tylko symboliczny.
Polityka niskiej stopy procentowej, jaką RPP zdecydowała się i prowadzi w obecnym stadium wysokiej koniunktury, jest najracjonalniejszą i najefektywniejszą polityką obniżania poziomu długu publicznego w dochodzie. Jednak metoda ta jest i będzie mogła być skutecznie stosowana dopóty, dopóki Polska będzie korzystała z unijnych funduszy spójności, z których finansowane zadania i inwestycje kreują dodatkowy popyt na produkcję krajową oraz stymulują ciągły jej wzrost. Właśnie dzięki tym funduszom, które dopływały do naszego kraju w okresie po zapaści koniunktury gospodarczej w wyniku kryzysu na rynkach kredytów hipotecznych w latach 2007/2008, gospodarka Polski ostała się jako jedyna zielona wyspa w krajach Unii Europejskiej, czyli z dodatnią stopą wzrostu gospodarczego.

Pokaż cały komentarz ! Odpowiedz
20 4 pn1300

w Indiach, Somalii, Republice Środkowej Afryki również? Tak poważnie, to ograniczając to do Europy to ok. Ale jest ZA MAŁO ZŁOBKÓW!!! W Katowicach 2 lata czekałem na przyjęcie córki. Prywatne żłobki? W większości koszmar, jedzenie z cateringu, dzieci zaniedbane, brudne... poziom może akceptowalny w Workucie w Rosji.
Do tego: brak promowania zwyczaju pracy na pół etatu ( czyli wybór: bezpłatny urlop wychowawczy lub pełen etat, z dojazdami to dziennie 10h. ).

Pokaż cały komentarz ! Odpowiedz
15 68 jacek-19

Przezremy hosse jak Grecja , ale nam nie pomoga jak Grecji , i bedziemy jak Wenezuela .

! Odpowiedz
73 26 kapitaneo

Pan Kolany porównuje wybrane wskaźniki z innymi krajami ale już np. wysokości stóp procentowych z innymi nie porównuje. Jak dobrze pamiętam to takie Czechy miały stopy bliskie 0 więc nic dziwnego, że teraz podnoszą a w Rumunii szaleje inflacja, która zjada praktycznie cały wzrost PKB. Jak polska firma ma konkurować jeśli niemiecka/ francuska ma dostęp do kapitału niemal na 0%. Wskaźniki, panie Kolany to nie wszystko.
Chcesz pan obniżać podatki jak w Rumunii? Polska na tle głównych konkurentów w Europie ma umiarkowaną wysokość podatków tym bardziej jak pominie się państwa-miasta jak Estonia, itp.
Czas pokaże jak będzie.
Wg. mnie Polska ma wciąż duże rezerwy. Bezrobocie ok. 1 mln + osoby, które nie pracują bo płace są wciąż niskie. Modernizacja również postępuje wolno bo skoro siła robocza jest tania to się nie opłaca kupować maszyn, itd.

Pokaż cały komentarz ! Odpowiedz
5 9 mknowak

Ci co teraz nie pracują już raczej nie będą pracować bo nikt ich nie zatrudni. Sam szukam pracownika i podania typu 10 lat nie pracowałem/pracowałam teraz chcę pracować wyrzucam do śmietnika.
Trzymanie niskich stóp powoduje tylko że badziewne firmy mają tanie kredytowanie a dobre młode firmy które by chciały wejść na rynek mają problem bo nie mają żadnego kredytowania i ne są wstanie wygrać z tymi którzy są na rynku.

Pokaż cały komentarz ! Odpowiedz
25 77 tom979

Demokracja się nie sprawdza. W końcu w kraju demokratycznym i tak zwycięża populizm. A kraj zmierza do upadku. Ludzie nie mają pojęcia o rządzeniu. To jest tak jakby szpitale oddać w ręce nie lekarzy tylko znachorów. Do tego by dobrze leczyć trzeba mieć studia i doświadczenie. Tak samo jest z rządzeniem. A tymczasem ostateczny władca czyli suweren nie ma pojęcia o rządzeniu. Tylko niewielki procent społeczeństwa wie coś o ekonomii albo polityce. Każdy tylko ma swoje mądrości. No i wybierają niekompetentnych polityków. Nawet jak politycy są kompetentni to muszą działać tak jak naród chce.
Demokracja upada w Wenezueli, w Turcji. Niedługo przyjdzie kolei i na Polskę.
Jedynie Monarchia była jak do tej pory systemem, który gwarantował długie trwanie państwa. Demokracja to nie wytrzyma nawet stu lat. A zazwyczaj upada szybciej.

Pokaż cały komentarz ! Odpowiedz
53 27 mosze_zilbersztajn

Państwowy bank PKO BP jest teraz skarbonką żydowskiej organizacji Chabad Lubawicz.
To stopy procentowe muszą być niskie. Przecież nasi naszym nie będą pożyczać na lichwiarski procent, he, he.

! Odpowiedz
4 28 ajwaj

A ty Mosze z których Silbrsteinów ? :)
Z Odessy jak Kalkstein, Kolomojski, Waltzmann czy Drohobycza ?

! Odpowiedz
6 10 mosze_zilbersztajn odpowiada ajwaj

Z małego żydowskiego miasteczka na niemieckim pograniczu.
Jak Ozjasz Szechter, Izaak Stolzman i Josek Urbach.

! Odpowiedz