
Na zdjęciu sklep Biedronka przy ulicy Szewskiej we Wrocławiu, w dawnym domu handlowym Petersdorff; foto: Justyna Niedbał, Bankier.pl
Dobra lokalizacja oznacza przeważnie wysoki czynsz. Nie wszyscy mogą sobie pozwolić na to, by prowadzić działalność, dlatego okolice rynku w dużych miastach kojarzą się zwykle z luksusem i renomą. Coraz częściej jednak w tych prestiżowych lokalizacjach kwitną biznesy, które – zdaniem niektórych – oszpecają historyczne uliczki. Przybywa też reklam wielkoformatowych, przesłaniających zabytkowe katedry, ratusze i kamienice. Radni nie mają wątpliwości – trzeba to zmienić.
Lumpeks zamiast butiku
Niegdyś na ulicy Oławskiej, Ruskiej, czy Świdnickiej za sprawą licznych kawiarenek, restauracji i klubów kwitło życie kulturalno-towarzyskie. Dzisiaj widok wielu z tych lokali zastąpiły znacznie mniej efektowne witryny sklepów z używaną odzieżą, małych sklepów monopolowych czy nawet dyskontów spożywczych. Miejscy urzędnicy oraz radni z klubu Rafała Dutkiewicza z Katarzyną Obarą-Kowalską na czele już w połowie kwietnia tego roku wyszli z inicjatywą poprawy wrocławskiego krajobrazu. 
| » Nowe wymogi stosowania kas fiskalnych - strach wśrod sklepikarzy |
Na zdjęciu sklep Żabka przy ulicy Świdnickiej we Wrocławiu, czyli na deptaku spacerowym przy samym rynku; foto: Justyna Niedbał, Bankier.pl
- Rzeczywiście pojawił się taki pomysł, bo okolice rynku są najbardziej reprezentatywne w mieście. Niestety nie wszystkie lokale są własnością miasta, a jak wiadomo – własność jest rzeczą świętą. Na razie nie mamy żadnych narzędzi do tego, by nakazać właścicielom lokali dostosowanie się do akceptowanego przez nas wyglądu elewacji.

Możemy tylko negocjować i prosić. Prace nad ewentualnym rozporządzeniem toczą się niestety bardzo powoli. Brakuje sprecyzowanej wizji, jak właściwie miałoby to wyglądać. Możliwości jest kilka: albo chcemy zamienić rynek i okolice w miejsce tętniące życiem – wtedy zezwalamy tylko na działalność towarzysko-rozrywkową, albo zamieniamy go w centrum usługowo-handlowe lub też finansowo-bankowe. Obecnie nad projektem parku kulturowego pracuje Janina Woźniak z Biura Rozwoju Gospodarczego – mówi radna Katarzyna Obara-Kowalska. 
Sklep z odzieżą używaną przy Świdnickiej we Wrocławiu, w okolicy opery i hotelu Monopol; foto: Justyna Niedbał, Bankier.pl
Urzędnicy mają wpływ tylko na zagospodarowanie lokali mieszczących się w nieruchomościach miejskich. Do tego celu wykorzystywane są przetargi ofertowe, w których określa się oczekiwaną branżę. W innych przypadkach, a więc w odniesieniu do lokali prywatnych, można zawierać tylko zapisy ogólne, czyli na przykład wykluczyć handel odzieżą. To zaś oznaczałoby wykluczenie nie tylko lumpeksów, ale też zwykłych butików z ubraniami. 
Sklep z tanią odzieżą przy Świdnickiej we Wrocławiu, tuż przy parafii rzymskokatolickiej; foto: Justyna Niedbał, Bankier.pl
Zabytkowy kościół z billboardem w tle
Ciucholandy, monopole i dyskonty to jeden element problemu. Drugi stanowią reklamy, plakaty i billboardy. Tych ostatnich jest w Paryżu 2,3 tysiąca, a w Warszawie, bagatela, 20 tysięcy. Największa reklama w stolicy ma wielkość 164 mkw., a w Paryżu raptem 8 mkw.
![]() | »Interwencja Bankier.pl: ZUS każe płacić składki z ogromnymi odsetkami |

Dyskont spożywczy Biedronka na skrzyżowaniu Świdnickiej i Kościuszki we Wrocławiu; foto: Justyna Niedbał, Bankier.pl
21 maja tego roku pojawił się projekt ustawy o wzmocnieniu narzędzi ochrony krajobrazu. Firmy reklamowe, które działają na polskim rynku już ponad 20 lat, wystraszyły się konsekwencji nowego prawa i już zaapelowały do zespołu prezydenckiego o konsultacje. W projekcie znalazł się bowiem zapis o tym, że kto umieszcza tablicę lub urządzenie reklamowe z naruszeniem warunków ich sytuowania, o gabarytach większych niż dopuszczalne lub wykonane z wyrobów innych niż dopuszczalne, podlega karze ograniczenia wolności albo grzywny. Nieprzemyślane i zbyt pochopne decyzje ustawodawców mogą zaszkodzić gospodarce, gdyż branża reklamowa korzysta z rozbudowanego łańcucha dostawców i daje pracę tysiącom osób. Propozycje zmian popiera jednak poseł PO Jerzy Fedorowicz, który w jednej ze swoich wypowiedzi twierdzi, że w końcu trzeba zrobić porządek z billboardowym chaosem.
Katarzyna Obara-Kowalska twierdzi, że problemem w miejskiego tej sprawie jest… swoboda działalności gospodarczej oraz wysoki czynsz. Jak mówi, miesięczna opłata za wynajem lokalu w rynku to wydatek rzędu 70 tys. zł. Zważywszy na to, że we Wrocławiu nie ma aż tak rozwiniętej kultury chodzenia na lunch, a następnie wieczorną kolację, jak ma to miejsce w Warszawie, mało która restauracja może się utrzymać. W konsekwencji ich miejsca zajmują dyskonty i lumpeksy.
W jeszcze gorszej sytuacji są kawiarnie. Rada miejska planuje jednak uchwalenie wyższego podatku od nieruchomości dla niektórych typów działalności, które nie będą odpowiednio komponowały się z przyjętym wizerunkiem miasta. Czy nie spowoduje to przesytu punktów gastronomicznych? Radna twierdzi, że to już ureguluje rynek. Obecnie w centrum jest ponad 240 takich lokali, ale zaciętą konkurencję wytrzymują tylko najlepsi. Radni chcą przez takie działania uniknąć sytuacji, z którą borykają się zachodni sąsiedzi w mieście Münster. Lokale w rynku wydzierżawiono tam instytucjom finansowym, przez co praktycznie zlikwidowano życie towarzyskie mieszkańców i turystów, mimo licznych zabytków i wyjątkowego klimatu zabytkowego miasta.
Justyna Niedbał
Bankier.pl































































