W ostatnich dniach na linii Ankara-Amsterdam doszło do poważnych napięć, których efektem było m.in. zamknięcie holenderskich misji dyplomatycznych w Turcji. Na całym zamieszaniu najbardziej korzysta prezydent Recep Tayyip Erdoğan, który może dzięki niemu umocnić swoją władzę.
16 kwietnia Turcy pójdą do urn, aby w drodze referendum zdecydować o zmianie konstytucji kraju i zastąpieniu systemu gabinetowo-parlamentarnego prezydenckim. Jeżeli zmiany zostaną zaakceptowane przez naród, prezydent Recep Tayyip Erdoğan zyska ogromną władzę.
Liczy się każdy głos, więc politycy rządzącej krajem partii AKP prowadzą intensywną kampanię zachęcającą do głosowania na "tak", także wśród europejskiej diaspory, która może liczyć nawet 3 mln osób z prawem głosu. W tym celu planowane są publiczne wiece w wielu miastach.
Emocje ponad rozumem
Na turecką agitację na swoim terytorium nie chciała się zgodzić Holandia, gdzie mieszka około 300 tys. uprawnionych do głosowania obywateli tego kraju. W tym kraju 15 marca odbywają się wybory parlamentarne, a debata publiczna z nimi związana skupia się tematach dotyczących migracji oraz islamu w przestrzeni publicznej. W związku wysokim poziomem emocji w ostatnich tygodniach przed wyborami, władze nie zezwalały na publiczne wystąpienia tureckich polityków, tłumacząc się względami bezpieczeństwa.
Turecki minister spraw zagranicznych Mevlüt Çavuşoğlu 11 marca, czyli 4 dni przed wyborami w Holandii, uznał, że nie potrzebuje niczyjej zgody, żeby przemówić do swoich rodaków. Ogłosił, że będzie lądował, bez wcześniejszej zapowiedzi wizyty.

Decyzja o braku pozwolenia na lądowanie samolotu Çavuşoğlu została podjęta przez sam szczyt władzy, czyli premiera Marka Rutte. Poza wyrażeniem obaw o bezpieczeństwo stwierdził, że holenderska przestrzeń publiczna nie jest odpowiednim miejscem na kampanie polityczne obcych państw.
Niedługo później do tureckiego konsulatu nie została wpuszczona turecka minister rodziny i polityki społecznej Fatma Betul Sayan Kaya, skąd chciała przemawiać do zgromadzonych na ulicy ludzi. Przed budynkiem wybuchły zamieszki, w których wzięło udział około 1000 osób, rozpędzonych następnie przez policję. Sama minister została wydalona z kraju.
Paliwo dla Erdoğana
Zdaniem tureckich władz postępowanie wobec minister stanowiło pogwałcenie Konwencji Wiedeńskiej o stosunkach dyplomatycznych z 1961 r. i spotkało się z ostrym sprzeciwem. Holenderscy dyplomaci z placówek w Ankarze i Stambule zostali wydaleni, a samemu krajowi zagrożono nałożeniem sankcji.
Prezydent Erdoğan w licznych przemówieniach krytykował postawę premiera Rutte. Uznał te działania za dowód, że Holandia jest krajem faszystowskim, a także na wzbierającą w Europie falę rasizmu i islamofobii, w czym akurat trudno mu całkowicie odmówić racji, choć jego słowa są mocno przesadzone. Zdaniem tureckiego prezydenta "zachód pokazał swoją prawdziwą twarz".
Taki kryzys, jak ten w relacjach z Holandią, jest dokładnie tym, czego Erdoğan potrzebował, by skupić elektorat wokół siebie i idei zmiany konstytucji. Opozycja zarzuca prezydentowi, że planowana reforma jest niedemokratyczna i zaburza trójpodział władzy. Atak na jeden z krajów o dojrzałej demokracji liberalnej rzekomo demaskujący jego niedemokratyczne standardy znacznie podkopuje postulaty republikańskiej partii CHP, która bazuje na tzw. zachodnich wartościach i stanowi główną siłę przeciwstawiającą się systemowi prezydenckiemu
Jednocześnie turecki rząd konsoliduje elektorat poprzez wykorzystanie jednej z najstarszych i najskuteczniejszych metod, czyli konfliktu z kimś z zewnątrz, znalezienie wspólnego wroga. Na razie wydaje się, że ta taktyka zdaje egzamin. Turcy nie byli tak zjednoczeni od próby nieudanego zamachu stanu 15 lipca 2016 r. Nawet lider głównej opozycyjnej partii CHP Kemal Kılıçdaroğlu popierał ostrą reakcję rządu wobec Holandii i wzywał do nałożenia sankcji.
Oceniając reakcję Turcji należy jednak wziąć pod uwagę, że ona także postępowała podobnie. Oskarża Holandię o brak wolności słowa, podczas, gdy sama trzyma w więzieniach i aresztach ponad 150 dziennikarzy. Także zgody na niewygodne dla rządu zgromadzenia publiczne często były niewydawane z uwagi na zagrożenie terrorystyczne, które jednak nie istniało podczas prorządowych demonstracji odbywających się w podobnym czasie i warunkach.
Szukanie zaczepki
O tym, że kryzys holenderski jest dla Turcji korzystny, świadczyć mogą także inne działania tureckiego rządu. Mniej więcej tydzień przed wydarzeniami z Rotterdamu podobne zdarzenia miały miejsce w Niemczech. Tam jednak to władze lokalne nie wydawały zgody na wiece polityków AKP, a rząd federalny się do ich kompetencji nie mieszał. Także, gdy w reakcji na odwołanie kilku spotkań z wyborcami, prezydent Erdoğan oświadczył, że "nazizm się w Niemczech nie skończył", reakcja Angeli Merkel była stanowcza, ale stonowana. Wydaje się, że Turcja szukała zwady z jednym z europejskich państw.
Idealną ofiarą była Holandia, z której przedwyborcza debata skupiona wokół imigracji czyniła kraj podatny na prowokacje. I tak wysoki poziom emocji związany z rosnącymi słupkami antyislamskiej Partii Wolności Geerta Wildersa wystarczyło trochę podkręcić, by spotkać się z oczekiwaną reakcją rządu.
Rychły koniec
Kryzys w relacjach pomiędzy Turcją i Holandią może trwać aż do referendum 16 kwietnia, ponieważ jego eskalacja pozwala na jednoczenie elektoratu. Także premier Niderlandów, Mark Rutte, nie powinien być skłonny do ustępstw, nawet już po wyborach 15 marca, które dopiero rozpoczną długotrwały proces zawiązywania koalicji. Na napięciach korzysta także on, skupiając na sobie kamery i kreując się na silnego lidera.
Po zakończeniu sezonu wyborczego należy jednak spodziewać się załagodzenia stosunków. Holandia jest dla Turcji jednym z najważniejszych partnerów gospodarczych. To z niej pochodzi 23,6 proc. wszystkich bezpośrednich inwestycji zagranicznych nad Bosforem, o łącznej wartości 19,6 mld dolarów. W kraju działa 2440 holenderskich przedsiębiorstw, a handel między obydwoma krajami ma wartość 7 mld dolarów.
Z drugiej strony możliwe jest, że Erdoğan już teraz szykuje się na długotrwały konflikt z Unią Europejską, co mocno zagraża porozumieniu w sprawie migrantów. Wszystko zależy od tego, co w głowie ma jeden człowiek i czy jego działania są podporządkowane jakiejś przemyślanej koncepcji.




























































