"Szok z powodu niższych zarobków dopadnie każdego, kto wraca z emigracji" [Zawróceni]

zastępca redaktora naczelnego Bankier.pl

Na Opolszczyźnie wiele rodzin żyje w rozłące, bo ktoś wyjechał do pracy w Niemczech. Ten wyjazd przeciągnął się do ponad dwóch dekad. Zostawienie żony i dzieci w Polsce było trudne, ale powrót po wielu latach – też. Jeśli dotąd było się głównie gościem we własnym domu, niełatwo zostać w nim na stałe.

Ta historia jest kolejnym reportażem publikowanym w ramach nowego projektu Bankier.pl – „Zawróceni z emigracji”. Poznajemy powody, dla których wyjeżdża się z kraju, zmagania, z jakimi trzeba się mierzyć za granicą i wreszcie wątpliwości, które ponownie sprowadzają człowieka pod stary adres.

Wyjazdy po lepszą przyszłość

W tamtych czasach z Opolszczyzny do pracy w Niemczech wyjeżdżało wielu. W latach osiemdziesiątych Gerard był dwudziestoparolatkiem, ale miał już żonę, dwie córki i poczucie, że musi zapewnić im przyszłość lepszą od wspomnień z własnego dzieciństwa. Urodził się w niezamożnej rodzinie, która nie miała własnego domu, a mieszkała w kilku pokojach wynajmowanych od miejscowego niemieckiego gospodarza. Pamięta trzy izby, ale bez łazienki i codzienne targanie dużej wanny, do której wodę grzało się w garze. Za możliwość życia w tych warunkach płaciło się pracą w polu.

(Bankier.pl)

„Kiedy mama wychodziła na pole o siódmej rano, wracała o dziewiętnastej – okropnie zmęczona. Ojciec cały dzień ciężko pracował w betoniarni, ale po powrocie też musiał iść odpracować swoje u gospodarza. W tym czasie my z siostrą musieliśmy zająć się domem – posprzątać, oprawić kury, kaczki, zająć się świniami, wyrzucić obornik, wszystko pozamiatać. Kiedy podrosłem, ja też pracowałem z nimi w polu. Chociaż byliśmy przyzwyczajeni do ciężkiej pracy od najmłodszych lat, to była męka. Inne dzieci wyjeżdżały na wakacje nad morze, ale naszych rodziców nigdy nie było na to stać. Za wszelką cenę chciałem oszczędzić podobnego losu swoim dzieciom.”

Trudne dzieciństwo może zniszczyć albo wzmocnić. W tym przypadku obróciło się w gigantyczną determinację, żeby przyszłość pozwoliła zapomnieć o przeszłości. „Chciałem zapewnić rodzinie lepszy byt” to słowa, które w rozmowie z tym sześćdziesięcioletnim dziś mężczyzną powracają wielokrotnie. W końcu od nich wszystko się zaczęło. Ale szczerze przyznaje, że w ciągu ponad dwudziestu lat spędzonych na emigracji ten sam argument bywał podświadomą przykrywką dla innych powodów, by jeszcze nie wracać. Być może dlatego, że od początku szykował się na życie na dwa domy.

„Byłem przygotowany na to, że tak może wyglądać całe życie. Że być może będę tylko przyjeżdżał do domu jako gość. Czułem jednak, że muszę poświęcić siebie, żeby żonie i córkom było dobrze. Zawsze byłem ambitny i, chociaż może nie zabrzmi to najlepiej, chciałem mieć więcej niż inni. A jestem z natury człowiekiem, który jak się zaweźmie, to musi mieć to, czego chce.”

"Ja się do tego kraju i do tamtych ludzi bardzo przywiązałem. Były momenty, że nawet nie chciałem już wracać do Polski "
"Ja się do tego kraju i do tamtych ludzi bardzo przywiązałem. Były momenty, że nawet nie chciałem już wracać do Polski "

Pełna pustych półek rzeczywistość lat osiemdziesiątych stała na drodze do wybudowania domu i polepszenia statusu materialnego rodziny i pomogła podjąć decyzję o wyjeździe do pracy za granicę. Nie było żadną tajemnicą, że w Niemczech czy Holandii można zarobić więcej, dlatego na wyjazd za chlebem decydowało się wielu kolegów. W maju roku osiemdziesiątego złożył więc w Mostostalu, gdzie pracował, podanie o wyjazd na budowę zagraniczną. Nie znał wprawdzie biegle niemieckiego, ale szybko wyszlifował go na tyle, że stał się jego drugim językiem. Nie miał też jeszcze wiele doświadczenia w zawodzie spawacza, ale wysokie zapotrzebowanie na takich specjalistów, zapał do pracy i odrobina szczęścia spowodowały, że był to udany wyjazd. Udany nie znaczy przy tym, że łatwy. Cztery miesiące poza domem oznaczały wówczas prawie zupełny brak kontaktu z rodziną – w domu nie było telefonu, więc pisało się listy albo przekazywało informacje przez inne osoby. Po wtóre – Polacy, nawet mimo niemieckich paszportów w kieszeni, za granicą nadal byli tylko „tymi Polakami”. Tymi, których wytyka się palcami. „Traktorami” przyjeżdżającymi zabierać Niemcom pracę.

"Czasami człowiek zadawał sobie pytanie: kim my w ogóle jesteśmy - Polakami czy Niemcami? Dla Niemców cały czas byliśmy Polakami. Z kolei w Polsce, szczególnie w latach szkolnych dało się słyszeć, że jesteśmy Niemcami - głównie od osób przyjeżdżających tu spoza Śląska. Rany wojenne nie były jeszcze wtedy wyleczone.”

Pierwszy wyjazd kończył się w październiku, a już w listopadzie trzeba było znowu jechać do pracy. Tym razem nie tak anonimowo, ale z łatką dobrze pracującego, stroniącego od alkoholu Polaka. Dogadywanie się z Niemcami szło coraz sprawniej, zwłaszcza że chętnie wysłuchiwali opowieści zza Żelaznej Kurtyny, świata znanego im głównie z telewizora. Niektórzy współczuli konieczności emigrowania za pracą i potrafili docenić tanią, fachową pomoc.

Zarobione pieniądze cieszyły i szybko przynosiły oczekiwane efekty. Dom w Polsce powstał w ciągu roku, za dwa i pół tysiąca marek. Budowało się go, bywając w Polsce, kosztem urlopów i wakacji, z pomocą ojca i jego deputatem na beton. Córkom nie brakowało niczego. Z zagranicy zwoziło się słodycze, których w Polsce wielu nie widziało wcześniej na oczy. Do Polski można było przyjeżdżać z całymi torbami zakupów. Wzruszało na myśl o dawnych czasach.

„Dopóki córki były małe, najbardziej cieszyły je słodycze albo pieniądze. Ale kiedy urosły, chciały przede wszystkim, żebym przywoził im ubrania. Szedłem więc do sklepu i kupowałem to, o co prosiły. Później robiłem temu zdjęcia i wysyłałem do Polski. Miałem z tego powodu wielką frajdę, wiedząc, jak je to cieszy. To wielka radość móc kupić dzieciom to, czego chcą. A jeszcze większe widzieć później, że one naprawdę w tym chodzą.”

Trudne, dobre życie

Prezenty cieszyły, ale nie zastępowały odległości. Dało się odczuć, że podczas kilkudniowych pobytów z torbą czekającą już na kolejną podróż, we własnym domu bywa się gościem. Zwłaszcza kiedy entuzjazm po przyjeździe opada i własne dzieci, choćby półżartem, rzucają: „Tato, fajnie, że byłeś, ale jedź już”. Niby przypadkowe słowa, a potrafiły zapaść w pamięć na lata. Bywały momenty gorzkich refleksji, że trzeba żyć tak, a nie inaczej. Bo przecież wiadomo, że każdy chciałby być w domu. Człowiek widział spacerujące rodziny z dziećmi i wpadał w dołek. Na to nie ma mocnych. Dzisiaj bez wstydu przyznaje, że psychika siadała nawet jemu. Że ciężko znosił tęsknotę - za rodziną, ale też rodzicami, wioską, i wszystkim bliskim, co zostało w Polsce.

„Jak odreagowywałem? Zamykałem się w swoim miejscu, to było najlepsze lekarstwo. Czasami kładłem na głowę poduszkę i wyłem jak pies. No cóż… muszę powiedzieć, że tak właśnie było...”

"Czułem, że muszę poświęcić siebie, żeby żonie i córkom było dobrze"
"Czułem, że muszę poświęcić siebie, żeby żonie i córkom było dobrze" (Archiwum autora)

Jednak za sprawą poważnie chorego teścia w Polsce, którego żona nie chciała zostawić samego, bycie razem w Niemczech nie wchodziło w grę. Mimo wszystkich niedogodności, model życia na dwa kraje wydawał się sprawdzać. Wszyscy deklarowali zrozumienie dla faktu, że ta rozłąka jest po coś. Rodzinie miało być lepiej i było lepiej. Nie najgorzej upływało też życie w Niemczech.

„Wie Pani, jeśli mam być szczery, to ja się do tego kraju i do tamtych ludzi bardzo przywiązałem. Były momenty, że nawet nie chciałem już wracać do Polski i gdyby tylko rodzina mogła do mnie dołączyć, na pewno dziś by nas tu nie było. Szybko wpadłem w ten ich codzienny tryb, gdzie chociaż też się goni, to obowiązuje etos schludnego życia. Proszę pamiętać, z jakiego kraju wyjeżdżałem, wiemy doskonale, co działo się tu na ulicach. Wyrwałem się z chaosu, ale w Niemczech zapomniałem o nim bardzo szybko.”

Pomogło wynajęcie mieszkania w dzielnicy, gdzie spotykało się samych Niemców. I choć wiedzieli, że Polak, zaakceptowali jak swojego. Robiło wrażenie, że kiedy rano wychodzi się do pracy, sąsiad z daleka pozdrawia ręką sąsiada. Znając obcy język, jest się niewymagającym pomocy mieszkańcem, funkcjonującym jak wielu miejscowych. Można uciąć sobie pogawędkę z kasjerką w sklepie albo na klatce z sąsiadem. Łatwiej być jednym z nich.

„Wszyscy byli do mnie przychylnie nastawieni, czułem się tam swojsko, jakby to był mój drugi dom. Byłem szczęśliwy, że po pracy wracam do tego mojego mieszkania, które wcześniej wypucowałem sobie na glanc. Lubiłem sobie dobrze ugotować, upiec ciasto – tak spędzałem swój wolny czas.”

Mijały lata. W ciągu ponad dwóch dekad po drodze była też Belgia, Holandia, dwa razy Rosja. Ale gro czasu spędzonego za granicą to Niemcy. Powroty do Polski – raz dłuższe, raz krótsze, a czasem przez wiele tygodni nie było ich wcale. Przełom miał szansę nastąpić po dwutysięcznym roku. Gdy przyszło duże rozczarowanie w związku z uruchomieniem w Niemczech własnej działalności gospodarczej. Kraj wspierał rozwój przedsiębiorczości, dlatego pierwszy okres od startu mógł być mlekiem i miodem płynący. Zanosiło się na gigantyczne zyski. Ale po trzech latach fiskus upominał się, od tych, którzy pozostali na rynku, o swoje. Trzeba było mu oddać dziesięć tysięcy euro. Przyszło załamanie i rezygnacja. A jednocześnie zapomnienie o dawnych czasach, kiedy nie miało się grosza przy duszy. Teraz chciało się więcej i więcej. Pojawił się jednak stały inwestor do współpracy, była szansa na dorabianie w niedziele, by znowu wychodzić na swoje. Szkoda byłoby wracać. Żeby jednak firma dobrze prosperowała, trzeba było być w Niemczech, a znów rzadziej w Polsce.

„Kolega, który był ze mną z Niemczech, w ten sposób rozszedł się z żoną. Można powiedzieć, że nie z jego powodu, bo to był dobry chłopak, który naprawdę ciężko pracował na rodzinę w Polsce. Śledziłem jego historię i wiedziałem, co się dzieje, ale nie umiałem mu pomóc. Widziałem, że jest załamany. Mimo że powodziło im się materialnie, małżeństwo się rozpadło. Dla mnie też to był cios. Myślałem o tym, że skoro nie było mnie w domu przez tyle lat, mogłem skończyć podobnie. A myśmy jednak przetrwali.”

Przekonuje, że od początku czuł, że dadzą sobie z żoną radę. Że ona da sobie radę. Bo przecież wtedy, w roku osiemdziesiątym, wiedziała, co ją czeka. Że na jej barki spadnie znacznie więcej obowiązków, niż gdyby byli w Polsce we dwoje. Musiała przejąć wychowanie dzieci i prowadzenie domu. Było im może łatwiej wierzyć we własne siły, bo znali się od kołyski. Chodzili razem do podstawówki, a jako nastolatkowie zaczęli być razem. Pomóc mógł też szacunek do swoich ról. Świadomość, że lata, które on spędzał na pracy fizycznej w Niemczech, ona poświęcała na może nie przynoszącą góry pieniędzy, ale wcale nie lżejszą opiekę nad domem w Polsce.

„Wiem, że dla niej ta rozłąka też była trudna. Że przez te wszystkie lata ja cierpiałem i ona też cierpiała. Cieszę się, że nie podejmowaliśmy żadnych pochopnych decyzji i że jednak wytrzymaliśmy.”

W rozmowie słychać prawdziwą wdzięczność za te lata. Nie jest natomiast pewne, czy musiało ich być aż tak dużo. Pytany, dlaczego nie wrócił, kiedy wybudował dom, kupił samochody, a wreszcie odłożył na przyszłość, odpiera: apetyt rośnie w miarę jedzenia. Nie pomagały namowy żony, że może już wystarczy, że teraz warto zadbać o zdrowie i wziąć się za siebie. Były argumenty i za, i przeciw. Za granicą trzymał też pracoholizm. Z nim łatwiej podnosić poprzeczkę coraz wyżej.

„Gdybym miał jeszcze raz wybierać, zrobiłbym to samo. Ja po prostu jestem nauczony ciężkiej pracy i wręcz muszę się napracować, dopiero wtedy jestem szczęśliwy. Taką wartość wyniosłem z rodzinnego domu. Moi rodzice też całe życie byli zapracowani, najwyraźniej poszedłem ich śladem.”

Wszystko zaczęło się zmieniać, gdy pierwsza córka szykowała się do wyjścia za mąż. Wszystkie były już dorosłe i wydawały się potrzebować ojcowskiej rady, dobrego słowa. Na horyzoncie pojawiały się myśli o wnuczkach i poczucie, że może czas najwyższy powiedzieć „stop”, „wystarczy”, spakować się na dobre i wrócić do rodziny. Tym bardziej, że sama praca też nie cieszyła jak kiedyś. Ciągnęła się do siedemnastej, byleby później móc odciąć się od ludzi, wrócić do mieszkania i zadzwonić do Polski. Nie było już tego samego zapału, co kiedyś. Coraz cięższe też były odjazdy do pracy. I myśli, że nie wiadomo, kiedy się znowu wróci i czy w ogóle.

„Nie wstydzę się powiedzieć, że nieraz, wjeżdżając pod Wrocławiem na autostradę albo dalej, zbliżając się do niemieckiej granicy, człowiekowi poleciały łzy z oczu. Wiedziałem, że czeka mnie ten dzień, kiedy muszę ostatecznie wybrać, że on się zbliża. Takie myśli nachodziły mnie coraz częściej i kiedyś w końcu powiedziałem swojemu koledze »Chyba wrócę do domu«.”

Później wszystko potoczyło się zaskakująco szybko. Powiadomienie szefa, zamknięcie działalności i innych spraw nie zajęło więcej niż kilka dni. Podobno Niemcy nie mogli uwierzyć w przenosiny do Polski, a tym bardziej w obietnice, że nie zamierza już wrócić.

Powrót to start od nowa

Znalezienie nowego źródła utrzymania było najmniejszym problemem. Kolega, z którym lata temu wyjeżdżali na pierwszą budowę do Duisburga, dowiedział się o tym powrocie i zaproponował współpracę. Trochę trudniej było zaakceptować nową walutę. Po pierwsze – bo przeliczanie każdego wydatku było niebezpieczną, wpędzająca we frustracje pułapką. Po drugie – bo nie bez powodu to do Niemiec jeździ się z Polski po wyższe pensje, a nie odwrotnie. Z pierwszą wypłatą przyszły pierwsze wątpliwości – czy powrót miał sens i jak żyć, gdy skończą się oszczędności. Ale spawaczowi z doświadczeniem może się w Polsce całkiem nieźle powodzić, a kiedy ma dorosłe, odchowane dzieci, nie potrzebuje już tyle pieniędzy, co kiedyś. Z perspektywy czasu wspomina Niemcy, gdzie przecież pieniądz też nie leży na ulicy. I gdzie żeby godne żyć, rodzinie potrzebne są  przynajmniej dwie wypłaty. Z jednej da się co najwyżej popłacić rachunki, żeby wyjeżdżać na wczasy i mieć na inne przyjemności - potrzeba drugiej. Do tego Niemcy to naród, który żyje na kredytach. 

„Szok z powodu niższych zarobków dopadnie każdego, kto wraca. Ale to z czasem człowiekowi przechodzi, bo wchodząc głębiej w nowe życie uświadamia sobie, że tych pieniędzy naprawdę wystarczy, jeśli się wszystko dobrze rozplanuje.”

Znacznie większym szokiem okazał się sam powrót do domu. Kiedy przez ponad dwadzieścia lat jest się w nim głównie odwiedzającym, trudno nagle zostać na stałe. Gdy mija euforia związana z nowym początkiem, te wszystkie różnice w codziennych przyzwyczajeniach, które podczas krótkich wizyt uchodziły płazem, nagle urastają do rangi poważnego problemu. Wszystkim zwyczajom, które dotąd były rozłożone na dwa domy, trudno nagle zamieszkać pod jednym dachem. Denerwuje, gdy człowiek nie może znaleźć sobie miejsca dla siebie i gdy widzi, że zaczyna też przeszkadzać innym domownikom. Droga prowadząca od różnicy zdań do kłótni potrafiła być nagle zaskakująco krótka. Zaczynają się słowne przepychanki – bo jedno ma uwagi do pracy wykonanej przez drugiego, i odwrotnie. Bo ktoś źle odstawił krzesło, bo zrobił coś nie o tej porze. Trudniej przejść przez ten i tak trudny początek, kiedy się wraca z nastawieniem, że świat czeka otworem. Że wszyscy będą się kłaniać i ustępować.

„Myślałem, że będzie źle. Ale mówię sobie »O, nie. Skoro tyle już razem przeszliśmy, to teraz albo ktoś musi ustąpić, albo pójdziemy na kompromis«. Musieliśmy zacząć budować ten wspólny świat od nowa. Bo inaczej finał mógł być taki, jak u mojego kolegi.”

Budowanie od nowa wcale nie przyszło łatwo. Trwało długo. Były ciche dni i boczenie się na siebie. Ratunkiem okazały się dzieci łagodzące konflikty. Wyrozumiałe i przywiązane do ojca. Doceniające jego poświęcenie i fakt, że nie zaznały biedy i trudów, jak ojciec w ich wieku. 

Mówi, że zostawić rodzinę i wyjechać do Niemiec te ponad trzydzieści lat temu było naprawdę trudno. Ale zostawić tam zbudowany świat – też niełatwo. Prawdopodobnie gdyby dziś znalazł się tam z powrotem, znowu szybko poczułby się jak u siebie. Chociaż telefony dzwonią od czasu do czasu, póki co nie ma takich zamiarów. Po blisko ośmiu latach do powrotu do Polski dopiero niedawno zyskał poczucie, że odżywa i że tutaj jest teraz jego „u siebie”.

Czytelników, którzy chcieliby podzielić się doświadczeniami z powrotu z emigracji swojej lub swoich bliskich, zachęcamy do kontaktu z autorką - wiadomości można słać na adres m.wrotniak@bankier.pl.

Malwina Wrotniak

Źródło:
Tematy:

Newsletter Bankier.pl

Dodałeś komentarz Twój komentarz został zapisany i pojawi się na stronie za kilka minut.

Nowy komentarz

Anuluj
2 0 2kbb

Ta akcja zawróceni z emigracji powinna być oznaczona "sponsorowane".... Rząd wydaje ponad 20 mld na 500 + gdzie raptem rodzi się o 20 000 więcej dzieci.... Wobec takich wydatków cóż to jest wrzucić kilka czy kilkanaście mln aby zrobić szum w internecie....

! Odpowiedz
5 7 newsman

największy problem będzie dotyczyltych co na czarno w ;;RAJCHU;tyraja wtym opiekunki i sprzątaczki orodnicy rolnicy , cala ta armia za chwile zjawi się w zusie i zapragnie polskiej emerytury, tam potrzbuja młodej krwi wiec staruchom [podziekuja

! Odpowiedz
5 11 fred_

Koszty stale dla rodziny 2+2 (dzieci w wkieku wczesni szkolnym) w Londynie to minimum 2500 funtow miesiecznie. To absolutne minimum, pisze o stalych kosztach typu rachunki, rata za przecietne mieszkanie/dom, jedzenie. Do tego nalezy dodac ubrania, koszty rekraacji, wakacje, niezaplanowane wydatki itp. Pensja 3tys gbp netto rozchodzi sie od razu. Proponuje by nie pisac ze za granica jest taniej niz w PL

Pokaż cały komentarz ! Odpowiedz
7 11 cest_la_vie

Czlowieku, wez sie ogarnij. Kto jedzie za granice na zarobek i mieszka w Londynie? W 3 pod wzgledem wielkosci miescie w Europie? Opanuj swoja glupote zanim zaczniesz dzielic sie z innymi. Jeszcze raz powtorze, na darmo miliony z polski nie wyjechalo.

! Odpowiedz
3 5 fred_ odpowiada cest_la_vie

Po pierwsze kolego zabierz swoj poziom kultury gdzie indziej, proponuje onet lub wp.
Po drugie ja pisze o mieszkaniu za granica jak normalny czlowiek, nie o szczurach zyjacych po 10 na mieszkaniu, jedzacych makaron i fasolke z puszki, aby taniej. Nie znam sie na tym ale moze Ty nam wiecej opowiesz?

! Odpowiedz
1 2 cest_la_vie odpowiada fred_

Roznica w cenie pomiedzy mieszkaniem w mniejszych miasteczkach a Londynem jest mniejwiecej 3 krotna, takze nie wiem kto decyduje sie na emigracje i mieszkanie w Londynie. Racja, nie znasz sie.

! Odpowiedz
36 38 1as

Zakompleksiona Opolszczyzna z tą swoją proniemiecką mentalnością, dla Opla i marek (teraz ojro) wszystko by zrobili i marzy im się niemiecka władza. Jedźcie i nie wracajcie.

! Odpowiedz
12 4 glos_rozsadku

sory, miał być plus.

! Odpowiedz
19 26 fred_

Wiecej sie zarabia ale koszty zycia tez sa duzo wieksze.
W PL mial dom, tam tylko wynajmowal mieszkanie, tez roznica.

! Odpowiedz
10 10 glos_rozsadku

Otóż to.

! Odpowiedz
Zapisz się na bezpłatny newsletter Bankier.pl