W sieci pojawia się coraz więcej ogłoszeń namawiających do sprzedaży kredytu frankowego i dzięki temu szybkiego odzyskania nadpłaty od banku. Czy jednak taka transakcja jest rzeczywiście korzystna dla frankowca?


Ogłoszenia namawiające do sprzedaży kredytu frankowego w ostatnim czasie pojawiają się częściej, gdyż jest coraz więcej osób, które już spłaciły kredyt, ale zależy in na odzyskaniu od banku nadpłaty i w końcu zakończeniu tej niezbyt przyjemnej sprawy.
Pojawiło się również wielu kredytobiorców, którzy w związku z upadłością Getin Noble Banku, szukało możliwości scedowania prowadzenia długich rozliczeń w zamian za szybkie pieniądze. Prawnicy jednak zalecają ostrożność – podaje „Rzeczpospolita”.
Na cesję decydują się tylko osoby w trudnej sytuacji
Jak twierdzi cytowany przez „Rzeczpospolitą” Arkadiusz Szcześniak, prezes Stowarzyszenia Stop Bankowemu Bezprawiu, na razie słychać jedynie o nielicznych przypadkach sprzedaży kredytu przez frankowców w trudnej sytuacji, np. zdrowotnej. Natomiast nie ma dużej fali tego zjawiska.
Z kolei według Tomasza Niewiadomskiego, szefa Sądu Frankowego, sędziowie nie zauważają tego zjawiska w sądzie. „Być może są to przymiarki, zbieranie dopiero potencjalnych klientów, być może owe cesje są skrywane i frankowiec występuje przed sądem i ma wsparcie nabywcy roszczeń czy powiązanej z nim kancelarii” – mówi „Rzeczpospolitej” Tomasz Niewiadomski.
Dopuszczalne przez prawo?
Według prawników cytowanych przez „Rzeczpospolitą” tego rodzaju transakcje są dopuszczalne przez prawo, co potwierdził TSUE w wyrokach Delayfix i Lexitor. Problemem może być jednak to, czy cena za taką wierzytelność nie jest zaniżona.
„Gdyby była wyższa niż połowa kwoty do odzyskania w sądzie, to nie miałbym wątpliwości, że to ciekawa oferta/ Nabywca musiałby wziąć na siebie jednak pełne ryzyko przegrania sprawy, które wysokie nie jest” - ocenia dr Mariusz Korpalski, radca prawny.
Według prawników dużo przejrzyściej i bezpieczniej wygląda to w przypadku kredytów w całości spłaconych, kiedy mowa już tylko o roszczeniach pieniężnych względem banku. Wiele osób z różnych przyczyn nie chce iść do sądu ze spłaconym już kredytem, więc taka sprzedaż roszczeń może być dla tych osób atrakcyjna. Wówczas trzeba dopilnować, aby podmiot nabywający roszczenia przejął na siebie obowiązek zapłaty na rzecz banku kwoty kapitału wypłaconego kredytu.
Sprzedaż kredytu ukrywana przez sądem?
Według sędziego Henryka Walczewskiego, cytowanego przez „Rzeczpospolitą”, nieważność umowy kredytu zależy od wyroku sądu, a kto sprzedał roszczenia, nie jest wierzycielem i nie może wnieść takiego pozwu.
„Nie jest wykluczone, że takie sprzedaże są przed sądem ukrywane, a nabywca roszczenia pomaga frankowcowi prowadzić proces. Gdyby jednak kredytobiorca przegrał, nabywca zażąda zwrotu tych kosztów, a w przypadku uwzględnienia powództwa sytuacja kredytobiorcy może być jeszcze gorsza. Po uchwale SN o dwóch odrębnych roszczeniach (tzw. kondykcjach) sprzedane prawa z przyszłego wyroku nie stanowi rozliczenia z bankiem, a tylko zwrot spłaconych rat. Z czego kredytobiorca, który „sprzedał wyrok”, zwróci bankowi kredyt np. z odsetkami, a bank może skorzystać z hipoteki na kredytowanej nieruchomości, co może prowadzić nawet do jej utraty” – twierdzi sędzia.
































































