REKLAMA

Rynek z zawirowaniami

2007-09-18 13:26
publikacja
2007-09-18 13:26
Rozmowa z Krzysztofem Matelą, prezesem Polskiego Związku Windykacji

Na moje stwierdzenie przed pół rokiem na tych łamach, że po burzliwym kilkuletnim rozwoju branży mamy do czynienia z wyraźnym zastojem, odpowiedział Pan wówczas, że mimo pewnych zawirowań rynek cały czas się rozwija i o kryzysie mowy być nie może. Czynie zmienił Pan przypadkiem zdania?


Niezupełnie, choć rzeczywiście mój ówczesny optymizm nieco przyblakł. Ostatnie dwa kwartały utwierdzają bowiem w przekonaniu, że rozwój branży, wbrew przewidywaniom analityków, znacznie wyhamował.

Kryzysu jednak nie dostrzegam. Zjawiska, które możemy zaobserwować, to raczej głębokie modyfikacje i dostosowanie do zmieniających się warunków otoczenia. Przede wszystkim polegają one na przyspieszeniu procesów zaniku pewnych rodzajów firm, funkcjonujących na szeroko pojętym rynku windykacji. Można się pokusić o stwierdzenie, że wymierają całe gałęzie, dotąd charakterystyczne dla branży.

Proszę o przykłady.

Poza nielicznymi wyjątkami zniknęły prawie wszystkie podmioty zajmujące się pośrednictwem w obrocie wierzytelnościami. Podczas gdy u schyłku lat 90. takich firm w Polsce było prawie 50, teraz funkcjonuje zaledwie kilka. Te zaś, które istnieją, aby przetrwać, muszą sięgać po nowe usługi. Zauważalnie zmniejszyła się też liczba firm zajmujących się kupowaniem i windykacją wierzytelności o charakterze medycznym. Trudno także obecnie znaleźć na rynku firmy-tabele ofert, tak popularne zaledwie kilka lat temu.

Przyczyny wspomnianych przemian są trojakie. W grę wchodzi zarówno silna presja rynku, ciągle zmieniające się oczekiwania klientów, jak i stan otoczenia prawnego, przez co przede wszystkim rozumiem przepisy regulujące działania branży.

Z punktu widzenia branży mamy do czynienia ze Skarbem Państwa, który za pomocą ministra finansów próbuje uchwycić obrót wierzytelnościami w karby podatków. To sprawia – co zresztą stanowi stały temat naszych rozmów – że niestety w Polsce w dalszym ciągu istnieje najbardziej niekorzystny spośród wszystkich krajów europejskich sposób rachowania przychodów i kosztów w przypadku kupowania na własny rachunek oraz późniejszej windykacji wierzytelności. Polskie regulacje odstają całkowicie od unormowań obowiązujących w innych krajach.

Skutkiem takiego stanu jest niezwykle wysoka stopa podatku dochodowego wynosząca ponad 80 proc. – a w praktyce często nawet przekraczająca 100 proc. – wartości zakupu, gdyż według aparatu skarbowego podatek należy płacić nawet wtedy, gdy firma windykacyjna nie zarobiła jeszcze na dokonywanej operacji. Jeszcze gorzej rzecz się przedstawia w sytuacji, gdy ktoś kupi wierzytelność i ją sprzeda. Jeśli na tej transakcji odniósł zysk, skarb oczywiście nalicza odpowiednią wartość podatku dochodowego, co jest oczywiste. Ale jeżeli transakcja taka przyniosła stratę, dla fiskusa nie jest ona kategorią kosztu!

Tymczasem obrót wierzytelnościami jest obarczony takim samym ryzykiem, jak w przypadku każdego innego biznesu.

Zapewne nie obejdzie się bez narzekań na inne podatki...

To nie są narzekania, lecz trzymanie się realiów. Co najmniej od 1999 roku firmy windykacyjne są zmuszane do uczestnictwa w nieczystej grze z urzędami skarbowymi pod jednostronnym hasłem: „I tak coś wam naliczymy, tylko jeszcze nie wiemy, co i jak”. Systematycznie pojawia się pomysł opodatkowania tej działalności – na przemian raz podatkiem VAT, raz podatkiem od czynności cywilnoprawnych (wcześniej opłatą skarbową). Po okresie interpretacji „od ściany do ściany” wreszcie Sąd Najwyższy rozstrzygnął, że działalność ta, jako zwolniona z VAT, nie podlega opłacie skarbowej. I na pewien czas zapanował spokój. Do czasu, kiedy jednemu dzielnemu ustawodawcy prawie udało się objąć obrót wierzytelnościami nową ustawą o VAT, choć nikt nie potrafił powiedzieć, kto w tej branży komu i jaką usługę świadczy.

Kiedy to się nie udało, znów pojawiły się próby – skoro nie VAT, to może jednak PCC. Na szczęście sądy administracyjne wydały ostatnio kilka spójnych i logicznych orzeczeń, przesądzających, że obrót wierzytelnościami, jako zwolniony z VAT, nie podlega także PCC. Na jakiś czas mamy więc znów spokój. Pytanie jednak na jak długo? Właśnie tego typu niejasności, mętne interpretacje i wątpliwości w piętnastym roku istnienia branży windykacyjnej, zapewne nie sprzyjają jej rozwojowi. Przedsiębiorcy, którzy rozważają możliwość zaistnienia na rynku windykacyjnym, najzwyczajniej w świecie rezygnują i zaczynają handlować pietruszką, co nie jest obarczone takimi problemami podatkowymi. Nie inaczej jest z firmami, które tego typu działalność już prowadzą. Odsetek rezygnacji jest zastraszający. Jeszcze pięć lat temu można było mówić o ponad 750 podmiotach świadczących usługi windykacji i zajmujących się obrotem wierzytelności. Obecnie liczba ta według szacunków zmniejszyła się do zaledwie 230 i w dalszym ciągu spada.

Jak będzie się rozwijać konkurencja w obliczu zmniejszania się liczby firm windykacyjnych?

Zmniejszanie się liczby firm windykacyjnych na szczęście ma się nijak do gabarytów całej branży. Mamy bowiem do czynienia z typową sytuacją, gdy liczba podmiotów w sektorze gospodarki spada, a jego sumaryczna wartość rośnie bądź pozostaje na zbliżonym poziomie. Wynika to z prostego zestawienia statystycznego. Eliminowane są firmy małe i średnie, natomiast duże nadal wzmacniają swoją dominującą pozycję. Przetasowania na rynku, o czym już wspominałem, wywołane są w dużej mierze rosnącymi oczekiwaniami klientów, którzy – co zrozumiałe – są coraz bardziej wymagający. I trzeba spełniać te ich oczekiwania. Jeszcze przed kilku laty oferty zlecenia działań windykacyjnych, w których klient musiał zapłacić firmie za to, że ta podjęła się jego sprawy, były na porządku dziennym. Teraz taka propozycja windykatora zostałaby przez klientów przyjęta ze śmiechem. „Ściągasz – zarabiasz” – to jedyna akceptowalna przez nich forma współpracy.

Standardem są dziś raporty dotyczące istotnych zdarzeń z funkcjonowania danej wierzytelności. Czymś zupełnie normalnym – żądania certyfikatów jakości, zaświadczeń potwierdzających przestrzegania zasad etyki w biznesie, przynależności do organizacji pracodawców. Klienci narzucają bardzo wysokie wymagania przy współpracy i świadczonych usługach. A równocześnie sprawy kierowane przez nich do windykacji są znacznie bardziej skomplikowane. Nie wystarczy już więc napisać do dłużnika „zapłać”, ani tym bardziej tylko do niego zadzwonić. Bardzo trudne jest często już samo odnalezienie osoby zwlekającej z uregulowaniem swoich zobowiązań. Podczas gdy w latach dziewięćdziesiątych od 60 do 80 proc. obsługiwanych wierzytelności miało ustalone poprawne adresy, obecnie proporcja ta uległa odwróceniu. Mają miejsce transakcje, w przypadku których nawet 80 proc. spraw dotyczy dłużników o statusie: adres nieznany. Presja ze strony klientów dotyczy również czasu. Oczekują oni, iż zlecenie windykacji będzie zrealizowane w ciągu zaledwie kilku tygodni. Niestety to wymaganie nie wpływa korzystnie na parametry ściągalności. Działania windykacyjne wymagają odpowiedniego nakładu czasu. Nawet najlepsza procedura nie przyspieszy uzyskania odpowiedzi z Centralnego Biura Adresowego albo z Ewidencji Pojazdów.

Czyli znów presja na niedoskonałość istniejących unormowań prawnych.

Rozważając procedury administracyjne, z jakimi przychodzi się ścierać firmom windykacyjnym, rzeczywiście nie sposób nie zwrócić uwagi na kilka kolejnych drażliwych kwestii. Po pierwsze – niezwykle wysoki koszt udzielania odpowiedzi na zapytania. Jeżeli porównamy koszt takiego samego pytania w Polsce i w Wielkiej Brytanii, okazuje się, że wypadamy znacząco gorzej. Udzielenie odpowiedzi o miejsce zamieszkania osoby fizycznej w Polsce kosztuje 30,50 zł + 5 zł za znaczek na wniosek + wartość przelewu, a w Wielkiej Brytanii koszt ten jest kilkukrotnie niższy.

Czy zapowiada się na wprowadzenie nowych form działalności w ramach rynku wierzytelności?

Można spotkać się z opinią, że działalność windykacyjna jest nudna i statyczna. Ale dwie podstawowe czynności, jakim jest zlecenie windykacji i kupowanie wierzytelności, tylko z pozoru są niezmienne. Tymczasem modyfikacje oferowanych w ich ramach produktów są częstokroć bardzo głębokie.

Jako przykład niech służy wejście na rynek funduszy sekurytyzacyjnych, co w bardzo istotny sposób wpłynęło na kształt i strukturę rynku obrotu wierzytelnościami. Do momentu zaistnienia tychże funduszy jedynymi nabywcami wierzytelności przeterminowanych były same firmy windykacyjne. Obecnie fundusze obsługują zarówno wierzytelności bankowe, jak też i te stanowiące przedmiot dotychczasowego obrotu, na przykład wierzytelności telekomunikacyjne. Są jednakże zainteresowane wyłącznie transakcjami o dużej wartości nominalnej.

Sekurytyzacja miała zrewolucjonizować rynek. Tymczasem żółwie tempo jej rozwoju raczej wskazuje na trudności adaptacyjne na polskim rynku. Dlaczego?

W istocie – transakcje sekurytyzacyjne w ostatnim kwartale 2006 r. i w pierwszym półroczu br. uległy sporemu wyhamowaniu. Składa się na to kilka głównych przyczyn. Pierwszą i największą jest gwałtowny spadek cen na wierzytelności bankowe. Podczas euforii zakupowej, z jaką wcześniej mieliśmy do czynienia, ceny za bardzo kiepskie – z punktu widzenia możliwości ich windykacji – wierzytelności sięgnęły w niektórych przypadkach poziomu 10–15 proc. ich nominalnej wartości, a nawet 26 proc. w przypadku wierzytelności Kredyt Banku. Taki stan rzeczy trwał mniej więcej rok, a po tym okresie nastąpił znaczny spadek cen, nawet poniżej 7 proc. nominalnej wartości.

Należało się tego spodziewać. Drogo nabyte wierzytelności nie dały szans na odzyskanie choćby ceny, przy znacząco wyższych kosztach własnych transakcji. Powrócił rozsądek i niechęć inwestorów do finansowania nierealnych transakcji. Dostrzeżono wysokie ryzyko pomyłki w wycenie portfeli, co zaowocowało dalszym spadkiem cen.

Obecna sytuacja na rynku przedstawia się jednak bardzo interesująco. Z jednej strony mamy ciężko doświadczony rynek nabywców i inwestorów, który zdążył już się kilkukrotnie sparzyć na zbyt wysokich cenach. Z drugiej natomiast funkcjonuje rynek banków rozpieszczony bardzo wysokimi cenami, oczekujący dalszego ich wzrostu. Nabywcy mają swoje programy inwestycyjne i zakupowe, banki natomiast muszą pozbyć się niepłynnych wierzytelności, które są dla nich ciężarem i potencjalną tarczą podatkową. To wszystko sprawia, iż obydwie strony oczekują na zmianę cen. A to jest bezpośrednią przyczyną oczekiwań, iż transakcje w ostatnim okresie nie były zawierane.

W dodatku na bazie tych zjawisk pojawiła się kolejna usługa w branży windykacyjnej, polegająca na wycenie portfela wierzytelności. O ile szacowanie wartości portfela detalicznego opiera się na porównywaniu struktury z historycznymi wynikami innych transakcji, oczywiście wraz z uwzględnieniem odchyleń, to w przypadku transakcji korporacyjnych takie czynności są niewystarczające. Aby prawidłowo i rzetelnie ocenić rzeczywistą wartość portfela, należy przeprowadzić drobiazgową analizę każdej wierzytelności. Podlega jej zarówno stan prawny długu, ewentualne zabezpieczenie, a także sytuacja samego dłużnika.

Rozmawiał: Marek Matusiak

Więcej w sierpniowym numerze miesięcznika finansowego BANK

Zaprenumeruj BANK
Źródło:
Tematy
Jedź po więcej, ale na spokojnie! Teraz MG HS z ubezpieczeniem za 1 zł na rok.
Jedź po więcej, ale na spokojnie! Teraz MG HS z ubezpieczeniem za 1 zł na rok.

Komentarze (0)

dodaj komentarz

Powiązane: Windykacja

Polecane

Najnowsze

Popularne

Ważne linki